„Wyjeżdżasz? A co ty zrobisz z dziećmi?!?” matka często słyszy takie pytanie, zaś ojciec niemowlaków czy przedszkolaków, jeżdżący na zloty, żeglujący na wielotygodniowych rejsach, ślęczący nad doktoratem, wyjeżdżający w długie służbowe podróże nikogo nie dziwi… Część II rozważań o rodzicach-motocyklistach.

Weekendowe spotkanie motocyklowej ekipy. Większość już dotarła, maszyny lśnią w zachodzącym słońcu, jeźdźcy przy stoliku, pieniste złoto w szklankach przed nimi. Słychać szum silnika. Kumple wstają, by przywitać motocyklistkę, która właśnie zsiada z maszyny.

- Jak dobrze że udało ci się dotrzeć! Cudnie! A co ty zrobiłaś z dziećmi?
Słucham i dziwię się. Co trzeci z obecnych tu mężczyzn również ma małe dzieci. Im nikt nie zadał takiego pytania…
– No jak to co? Ojca mają – wzrusza ramionami dziewczyna.

Zobacz też: [Część I] Mama-motocyklistka: nieodpowiedzialna egoistka?

Młode matki słyszą takie pytania powszechnie, kiedy pojawią się same z dala od domu, chociażby tylko na firmowym piwku wieczornym. Najczęściej jednak wcale się nie dziwią i odpowiedź zazwyczaj brzmi „są z nianią, są z babcią”. Tak bardzo przezroczyste i bezdyskusyjne jest obowiązujące w naszym społeczeństwie założenie, że dzieci to w głównej mierze sprawa i odpowiedzialność kobiety, mimo iż miano rodzica przysługuje tak samo ich ojcu.

Ewa – businesswoman, absolwentka filozofii, matka czwórki dzieci z dwóch związków, opowiada:
Zauważyłam takie bardzo dziwne zjawisko: nawet jeśli tata się angażuje, to jego żona musi mu stworzyć do tego odpowiednie warunki, wszystko przygotować: rozpisać plan dnia, co, gdzie i o której, przyszykować zestaw ubranek, ugotować jedzenie i listę, co i kiedy dziecku dać do jedzenia, a czego nie dawać. Ojcowie często poświęcają czas i wysiłek dzieciom, ale cała odpowiedzialność spoczywa na kobiecie. To jest bardzo wyczerpujące emocjonalnie, aczkolwiek ja osobiście dzięki temu mam poczucie bezpieczeństwa wynikające z posiadanej kontroli.

Inny fenomen to taki, że jeśli mój mąż był poza domem, bo pracował albo załatwiał sprawy, to oczekuje, że po powrocie będzie mógł odpocząć i zjeść coś ciepłego. Czyli: ja będąc w domu z dziećmi mam mu ugotować obiad, a po jego powrocie dalej zajmować się dziećmi, by miał czas na jedzenie i odpoczynek. Z kolei kiedy ja wracam do domu, mąż oczekuje, że zajmę się dziećmi, żeby on mógł odpocząć i zjeść po tym jak „zmęczył się” bo był z dziećmi. No i ani nie posprząta w czasie gdy mnie nie ma, ani nie czeka na mnie z obiadem. :-/

No nie, oczywiście że nie mam żadnej pasji. Od kilkunastu lat, kiedy urodził się najstarszy syn, nie miałam szans robić nic dla siebie. Gdyby nagle z nieba spadło mi pół godziny wolnego czasu, nie wiedziałabym, co z nim począć.

Jest jeszcze jedno niezrozumiałe dla mnie, powszechne oczekiwanie – że jeśli dziecko jest chore, to zajmie się nim matka. Biznesy mojego męża zawsze są „ważniejsze” niż moje, niezależnie od tego ile które przynoszą dochodu” – zauważa z przekąsem Ewa.

Rzeczywiście, pamiętam swoje zaskoczenie, gdy jedna z bohaterek reportażu o stosunku pracodawców do młodych matek cytowała swojego szefa, który zżymał się, że dziecko choruje, a ona bierze zwolnienia lekarskie: „Jak to, znowu nie będzie pani w pracy? Czy z dzieckiem nie może zostać babcia?” – Dlaczego prezes nie spytał o ojca dziecka, tylko założył, że jest to sprawa kobiet?

Niestety, wewnątrz „klasy kobiecej” nie ma wsparcia i solidarności w tym zakresie. W firmie, w której pracowałam, mąż jednej z dziewczyn wracał do domu tylko na weekendy. Wszystko było na jej głowie, ale to przecież było tak naturalne, że nikt nawet nie pytał, czy jej pomóc. Zaś kiedy żona innego z pracowników tej firmy gdzieś wyjeżdżała, zaraz wokół chłopaka pojawiała się ekipa bojowa złożona z mamy, teściowej, sióstr itd. garnących się do pomocy, no bo „jak on sobie poradzi sam z dzieckiem”. Psychologia nazywa takie postawy wyuczoną bezradnością – im bardziej facet demonstruje, że sobie nie radzi, tym mniej się musi starać, bo mu wszyscy spieszą na ratunek…

Młode kobiety często zauważają z żalem, że to ich bliscy, szczególnie właśnie matki nie dają im wsparcia w żadnym zakresie aktywności pozadomowej. Dzieci i ewentualnie praca zawodowa to wszystko, czym ich zdaniem ich dorosłe córki powinny się zajmować. Marta, pracownik naukowy, samotnie wychowująca dwóch synów, mówi: „Kiedy wybieram się w trasę z przyjaciółmi, muszę skłamać ojcu mych dzieci i moim rodzicom, że jadę na konferencję albo dorabiam wyjazdowo. Ich zdaniem nie mam prawa nie tylko do zainteresowań, ale nawet do odpoczynku”. Marysia, księgowa: „Mój mąż komunikuje mi tylko, że w weekend wybiera się na działkę albo idzie na trening. Planuje weekend sobie i automatycznie mi, bo to oznacza, że ja zostaję z córką. Jeśli ja chcę wyjść z koleżankami na kawę, muszę go prosić.

Na Kawę, na Suzę, na Hondę… Ojciec niemowlaków czy przedszkolaków, jeżdżący na zloty, żeglujący na wielotygodniowych rejsach, ślęczący nad doktoratem, wyjeżdżający w długie służbowe podróże nikogo nie dziwi. W rodzinach wokół mnie mężczyźni z reguły realizują jakąś pasję, paralotnię, squasha, czy choćby zwykłą siłownię. Ich żony, które podobnie jak mężowie pracują na pełnym etacie, spytane o zainteresowania, wzdychają zrezygnowane: „Nie mam czasu…” A jeśli matka małych dzieci znajduje w sobie dość siły i asertywności, by wydostać się czasem na otwartą przestrzeń, budzi niedowierzanie, czasem oburzenie i często zawiść. „Jesteś nieodpowiedzialna, powinnaś być przy dzieciach, zamiast jeździć w siną dal!” – cytowała swych bliskich pewna motocyklistka. – „Na nic nie masz czasu, a na motocykl masz. A co będzie, jak coś ci się stanie?”

Oczywiście, nie wszyscy mężczyźni są tacy, aczkolwiek nie podejmę się bez rzetelnych badań w tym kierunku zgadywać czy stanowią większość, czy mniejszość. W miniankiecie netowej, którą przeprowadziłam, większość motocyklistek, które mimo przyjścia na świat dzieci nie zrezygnowały z pasji, ma wsparcie od swojego partnera, ale zazwyczaj wtedy, jeśli jest on również motocyklistą. W takich parach pojawia się inny dylemat – kto zostanie z dzieckiem, jeśli oboje chcą jechać na zlot. Dylemat pogłębia się, jeśli i babcia i dziadek dziecka są również motocyklistami! :-) Być może jedyny morał z tych luźnych obserwacji to taki, że musimy naprawdę bardzo starannie wybierać ojców dla naszych dzieci, no i uzgadniać to z nimi jasno i konkretnie zanim one przyjdą na świat, byśmy pewnego dnia nie obudziły się, nie tylko w przenośni ale i najdosłowniej, z ręką w nocniku.