Czy konsumpcjonizm i motocyklizm idą w parze?
Ania Dobosz
24 marca 2020

Damska torebka nie jest po to by w niej coś znaleźć. Jest po to by w niej wszystko mieć. Minimaliści, którym do życia potrzebne jest tylko sto rzeczy, mogą zamieszkać w mojej. Znajdą tam wszystko.

Posiadanie. Ciągle chcemy mieć więcej. Czy naprawdę najlepszą rzeczą jest ta kolejna? Ta, którą dopiero kupimy? Notorycznie niezaspokojeni określamy poziom zadowolenia, poziomem naszej własności. Czy motocykl w naszym życiu ma wpływ na to, że „mieć” zamienia się choćby trochę w „być”?

Pewnego razu po świętach, debet na koncie skłonił mnie do przemyśleń. Czy żeby „być” trzeba „mieć”? Czy można kupić sobie tożsamość? Kupić bycie sobą? Kupując motocykl stajemy się motocyklistami. Taka teoria. Najnowszy model kombinezonu i kask z najwyższej półki mamią nas momentalnym profesjonalizmem. Chcemy. Stać nas. Kto nam zabroni?! Nikt. Tylko, że to zazwyczaj pustka ubrana w powierzchowność. A prawdziwa pasja, która odkrywa takich nas, jakimi zawsze chcieliśmy być, jest gdzieś w tym wszystkim na ostatnim miejscu.

Nie twierdzę, że to co mamy nas nie kształtuje. Tylko czy kolejny, niepotrzebny gadżet nie rozmywa tego, kim naprawdę jesteśmy? Czy kupując nie oczekujemy, że zmieni to nas, bez chęci i odwagi by zmienić się samemu? Sportowy model kasku nie zrobi z nas przecież mistrza toru. Tak, ten z lanserskim malowaniem też nie. Pomoże? Może. Ale czy materialistyczne wyprzedzanie czasoprzestrzeni nie jest zwyczajną stratą kasy? Może wcale nie jesteśmy stworzeni do wyścigów? Dlaczego nie spróbować kilku jazd w obecnym hełmie? Wszystko chcemy mieć już! Natychmiast! I dużo! Wszechmocni i nieograniczeni niczym! A później drżymy na myśl o wyciągu bankowym. Ja drżę często. Nie należę do ascetek. Oj, nie! I mnie zdarza się żegnać limit karty kredytowej. Ale od kiedy jeżdżę, potrzeba udowadniania sobie tego, kim jestem, nie zmusza mnie już do kupowania „siebie”. Wbrew logice przyspieszenie na motocyklu powoduje spowolnienie. Spowolnienie rzeczywistości. Pogoń za mamoną zostaje gdzieś obok. Nie muszę niczego udawać. A pieniądze? Wiadomo, że każda pasja ich wymaga. Chyba, że pasją się zarabia. Ale to byłby nadmiar szczęścia. Wracam więc do rzeczywistości. I pracuję. I zarabiam. Nie jest to jednak już celem samym w sobie.

Dłuższe, motocyklowe wojaże nauczyły mnie też redukowania. Nie mogę, jak wcześniej, zapakować połowy domu do bagażnika, spokojna o to, że „mam wszystko”. Do tej pory ciuchy miały spełniać jedno zadanie. Miałam w nich wyglądać świetnie. Teraz muszą być wiatroodporne. I wodoodporne. I przepuszczalne. Mieć dużą oddychalność. No i systemy wentylacji. Zabieramy wpinki, podpinki, kombinezon przeciwdeszczowy. A gdzie reszta bagażu? Szaleństwo jakieś! Dwa kufry i siatka do przypięcia namiotu. Okazało się, że wystarczy. By coś przeżyć. Poznać. Odczuć. Minimalizm, który zapanował w moim bagażu początkowo mnie przeraził. Tylko tyle?! Czy to wystarczy? Uświadomiłam sobie, że to, co miało czynić mnie szczęśliwą, sprawiło, że stałam się od tego zależna. Świetnie. Uzależniona na własne życzenie. Dekompletacja nie była prosta. Ale już dokonana, zmieniła się w wolność. W tym miejscu muszę jednak zdementować plotki. W wirze zmian nie planuję na razie pozbywać się kolekcji szpilek i kapeluszy – aż tak wolna jeszcze nie jestem.

Zawsze, kiedy wsiadam na dwa kółka, mam wrażenie, że zostawiam wszystko za sobą. Wszystkie niepotrzebne mi rzeczy. Magia podróży bez zbędnego obciążenia, skutkuje odciążeniem głowy. Odcinam się od rzeczywistości, która nieustannie zmusza mnie do konsumpcjonizmu. Mijane bilbordy z ofertą co kupić by być dżezi, cool lub groovy, podnoszą kącik moich ust w kpiącym uśmiechu. W tej chwili prócz drogi niczego mi nie trzeba. Nic nie muszę. Jestem zwolniona z podejmowania nieistotnych decyzji. I wygrywam w tym szaleństwie trochę siebie.

Ale szlafroczek w panterkę zawsze zabieram. Jest po prostu niezbędny.

Ania Dobosz
Redaktor naczelny

Masz sprawę ? Skontaktuj się: