Sycylijska motowojażeria
Magda Raczynska
5 czerwca 2012

Czterdziestostopniowy żar, autostrady oblepione kwiatami, szafirowe morze podpierające góry, wąskie ślimaki (nie mylić z francuskimi), a na nich pełen luz i per niente przepisów.

Niedawno odwiedziłam Włochy. Ściślej mówiąc Sycylię. To właśnie na niej i na szczęście z lotu busa, mogłam podziwiać prawdziwe drogowe wojaże. Ostatecznie oprócz potu zalewało mnie przyjemne uczucie ulgi, że tak jak daleko Sycylia jest na mapie, tak samo zachowanie na sycylijskich drogach nie dorasta do pięt polskim zwyczajom.

W dużych miastach takich jak Palermo panuje spore natężenie ruchu. Mieszanka tłoku z rasowym gwarem. Uliczki są wąskie, bardzo często jednokierunkowe.

A sami kierowcy?

Powszechnie wiadomo, że charakteryzuje ich wielki temperament i to nie tylko w kontaktach z kobietami, ale również z pojazdami na drogach. W parze z ignorancją dla tamtejszych reguł, sygnalizację świetlną lub znaki drogowe traktują jako element krajobrazu. Generalnie im bardziej na południe tym gorzej. Nie śmię myśleć o Neapolu…

Skuter – najpopularniejszy środek transportu bywa często prawdziwą zmorą. Potrafi pojawić się wszędzie i znikąd. Pewnie ze względu na klimat, tajemniczo „zakażoną” mentalność Włochów i ze względu na zatłoczone centra miast, w których okazuje się mimo, że małą, ale za to zbawienną mocą. Łatwość w parkowaniu, możliwość śmigania w szpilkach (płeć…, a kogo to obchodzi), prostotę konstrukcji oraz ekonomiczną eksploatację. I nieważne jak, ważne byle szybko i do celu.

Na drogach królują kultowe Vespy i Lambretty, skutery typu Piaggio, Gilera i Aprilia.

W większość wstrzelają się skutery z szesnastocalowymi kołami. I tak przykładowo mijam postać na dwóch kółkach, grubo ponad stukilogramową. Trudno określić płeć, ale wystające światło stopu oraz kierownica zdradzają ewidentnie domyślny szkielet skutera. Wszystko byłoby całkiem normalne, gdyby nie wielkie tektury rozmiarów drzwi zgrabnie oparte o niezgrabne kolanka prowadzącego. Szkoda, że tłok zasłonił widok przytulania się w zakręt, bo taką fotkę chętnie wysłałabym na konkurs „the best of”. Kolejną atrakcję zafundowali mi młodzi rodzice jadący na popularnym jednośladzie. Wbijali się w korek z siedzącą na przemian dwójką małych dzieci. Na deserowym horyzoncie atrakcji pojawił się młody mężczyzna. Typowy Włoch. Krótkie spodenki, okulary Versace i klapki. Kozak? Z pewnością, bo gościu jedną ręką prowadził motocykl, drugą palił papierosa i tą samą o zgrozo rozmawiał przez komórkę. Carabinieri ani śladu. Pasy ruchu, bardzo proszę, tylko po co? Z dwóch zrobione trzy, a czwarty według własnego uznania. Chodnik, pobocze. Zielone, zabrudzone, albo zatłoczone. Do wyboru do koloru. Rozglądałam się tylko, czy nikt po dachach nie jeździ.

Na pasie dla skręcających ustawiają się trzy samochody, pomiędzy nimi 2 skutery.

Tak rozpoczyna się pseudowłoska corrida.

Kto pierwszy ten lepszy. Słowo dziękuję to tylko Najwyższemu, za szczęśliwy milimetr ratujący życie. Na dwukilometrowej trasie minęłam 5 wypadków. Większość kierowców bez kasków. Piesi się nie liczą.

Teraz rozumiem, dlaczego zapytany przeze mnie przewodnik o najbliższą wypożyczalnię skuterów najpierw zlustrował moją posturę, podejrzewając, że pewnie pytam dla jaj, a następnie zupełnie serio zapytał czy mam doświadczenie w jeździe. Moja aprobata zrodziła w nim kolejne argumenty typu przeciw, którymi skutecznie mnie zniechęcił. I bardzo dobrze. Dzisiaj mu za to dziękuję. Dzisiaj we Włoszech samochody czy skutery to „jeden pies”. Dzisiaj oprócz jeżdżenia trzeba się wiecznie modlić…

Magda Raczynska
Redaktor naczelny

Masz sprawę ? Skontaktuj się:

Materiały premium

czytaj kolejne artykuły