Route 66 – motocyklowa podróż przez USA

Autor:

|

19 czerwca 2012

|

Pod:

Stany Zjednoczone, Harley-Davidson i ciągnąca się po horyzont droga. Marzenie wielu motocyklistów, które Jarkowi udało się spełnić. I to dwa razy!

autor: Jarek Frankowski

Od redakcji: Jarek pojechał na Route 66 dwukrotnie – w 2009 oraz w 2010 roku. Swoją relację przesłał do MotoRmanii w odpowiedzi na poradnik „Dookoła Świata Na Dwóch Kołach, Czyli Co Kraj To Obyczaj”, jako własne spostrzeżenia na temat USA. Was również zachęcamy do podobnych działań – wystarczy mail!

Wszystko zaczęło się w połowie lat 80-tych, kiedy w warszawskim kinie Iluzjon obejrzałem film “Easy Rider”. Już wtedy byłem pasjonatem motocykli, więc widok dwóch facetów przemierzających USA na Harleyach zrobił na mnie niesamowite wrażenie. Dłubiąc w garażu przy motocyklach (wtedy był to Awo Simson oraz K-750) marzyłem, że kiedyś wsiądę na Harleya i przejadę przez Stany.

Zawsze jednak było jakieś ale… Że daleko, że drogo, że praca itp. Do momentu, kiedy skończyłem 40 lat. Zbiegło się to z zakończeniem 3 letniej terapii w ośrodku uzależnień. I kiedy pomyślałem, że trzeba to uczcić – pomysł był tylko jeden. Podróż drogą Route 66!

Dalej sprawy potoczyły się błyskawicznie. Na forum ducatolików (miłośników motocykli Ducati), jeden z kolegów organizował taką podróż. Był rok temu ze znajomym na dwóch motocyklach, teraz szukał chętnych do jazdy większą ekipą.

Nie zastanawiałem się chwili. Wniosek o wizę, rezerwacja motocykla, biletów lotniczych i odliczanie dni do wyjazdu. W międzyczasie szukanie kasy na podróż.

Dwa tygodnie przed wyjazdem, kiedy pojechałem motocyklem do Urzędu po odbiór międzynarodowego prawa jazdy, stojąc w kolejce prawie zemdlałem. Poczułem straszny ból w klatce piersiowej i paraliż lewej ręki. Nie mogłem oddychać. Moto zostało na parkingu, a ja karetką na sygnale do szpitala. Podejrzenie zawału. To ładnie pomyślałem, nieźle się zaczyna…

Na szczęście okazało się, że to wszystko ze stresów, tak bardzo denerwowałem się przed podróżą.

W końcu nadszedł Ten Dzień.

Lecąc samolotem myślałem, że jeszcze kilka lat temu będąc w miejscu, gdzie dają darmowe drinki popłynąłbym tak, że tydzień bym dochodził do żywych. Nie mówiąc o jeździe motocyklem. Uśmiechnąłem się tylko i wtedy zrozumiałem, że zaczynam nowe życie.  W momencie wylotu nie piłem prawie 4 lata, spełniam największe marzenie życia i wtedy poczułem, że wszystko jest możliwe – trzeba tylko chcieć. Reszta przyjdzie sama. Wspominałem, jak zanim odebrałem wizę, czytałem w necie o problemach w ambasadzie. Poszedłem na rozmowę z ambasadorem z lękiem i obawą. Układałem w głowie plan rozmowy i zastanawiałem się, jak zrobić najlepsze wrażenie, aby dostać tę upragnioną wizę. Drżącą ręką podałem dokumenty, na co ambasador z uśmiechem: “Wow, wspaniała podróż, gratuluję pomysłu i zazdroszczę!” Kilkanaście minut rozmawialiśmy o motocyklach, czy aby wielki Harley nie za duży dla mnie i skąd pomysł. Rozstaliśmy się prawie jak przyjaciele, życząc sobie miłego dnia i wszystkiego najlepszego.

Żeby zdobyć pieniądze na ostatnią ratę musiałem sprzedać ukochanego Jeepa. Okazało się, że kilka tygodni później na forum jeepa znalazłem okazyjnie auto, którym jeżdżę do dzisiaj. Starszy, mniej wypasiony, ale jeszcze bardziej kochany..

Wracając do podróży…

Pożegnaliśmy słoneczną Warszawę, po czym po kilkunastu godzinach lotu wylądowaliśmy w deszczowym Chicago. Na lotnisku odebrali nas członkowie America’s First Polish Motorcycle Club Sokół. Niezwykle sympatyczni, pomocni i otwarci ludzie. Zawieźli nas do motelu, a wieczorem zaprosili na super imprezę w siedzibie klubu, gdzie odbyły się nocne motocyklistów rozmowy…

Następny dzień to aklimatyzacja, zwiedzanie Chicago i przygotowania do jazdy. Nie mogłem się doczekać chwili, kiedy odbiorę motocykl i ruszymy w drogę. W końcu ta chwila nadeszła…

Po odbyciu długiej procedury – podpisaniu miliona papierków, sprawdzeniu motocykla, można było zabrać się za mocowanie gratów. Spakowany byłem w nieprzemakalny wór motocyklowy, więc nie miałem z tym większych problemów. Kilka gumowych linek i po sprawie. Nie mogło zabraknąć polskiej flagi, którą kolega przytroczył za pomocą jak zawsze niezbędnych “trytytek”.

Tu kilka słów o bagażu.

Na podróż przez całe Stany, czyli przez różne warunki klimatyczne byłem przygotowany następująco:
- tekstylna kurtka motocyklowa z podpinką i ochraniaczami IXON, kurtka skórzana
- kombinezon przeciwdeszczowy
- spodnie skórzane, bojówki motocyklowe z ochraniaczami MOTTO
- rękawice zimowe, rękawiczki letnie, rękawiczki bezpalcowe
- buty długie turystyczne, buty za kostkę
- zbroja motocyklowa, bez której nie wsiadam na moto (w USA złamałem tę oraz kilka moich żelaznych zasad BHP, ale o tym później)
- kask “na czopera” kupiony przed wyjazdem (mam kask szczękowy, ale pomyślałem, że na Harleya kupię orzecha. Żeby nie iść w koszty, postanowiłem kupić tani kask z dolnej półki, co okazało się dużym błędem, o tym też napiszę później )
- bielizna termiczna
- bielizna zwykła (kilkanaście kompletów – majtki plus skarpetki, tzw. “zestaw jednorazowego użytku”)
- T-shirty

Po zainstalowaniu tego wszystkiego, ruszyliśmy kawalkadą ośmiu motocykli. Przebijając się w deszczu przez korki dojechaliśmy do centrum Chicago, gdzie zaczyna się historyczna droga Route 66.

Tak zaczęła się przygoda

Zobaczcie pokaz slajdów z podróży:

******************************************************************

Trasa została podzielona na 12 etapów:
1. Chicago – Saint Louis – 384 km
2. Saint Louis – Springfield – 336 km
3. Springfield – Tulsa – 334 km
4. Tulsa – Oklahoma City – 184 km
5. Oklahoma City – Amarillo – 398 km
6. Amarillo – Tucumcari – 175 km
7. Tucumcari – Santa Fe – 291
8.Santa Fe – Gallup – 310 km
9.Gallup – Holbrook – 237 km
10.Holbrook – Flagstaf – 168 km
11. Flagstaf – Las Vegas – 362 km
12. Las Vegas – Los Angeles 416 km

Razem 3788 km, w rzeczywistości wyszło więcej, bo doszły wieczorne rundki “wokół komina”.

Po prawie 4000km na Harleyu mogę stwierdzić, że jest to bardzo wygodny sprzęt do podróżowania. Pierwsze kilometry dla mnie, użytkownika sportowego motocykla były trochę hmm… niewygodne, potem już była bajka.

Chodzi o to, że wsiadając na sprzęt o szerokości dwa razy większej od mojego Ducati, musiałem przyzwyczaić się do tzw. rozwarcia nóg. Pozycja na “ukrzyżowanego” jest co prawda bardzo widowiskowa, ale dla faceta mającego mało do czynienia ze sportem, czytaj – słabo rozciągniętego, trzymanie nóg przez kilka godzin w tak dużym rozwarciu, kończyło się bólem w pachwinach. Jadąc motocyklem robiłem różne ćwiczenia, aby sobie ulżyć. Wyglądało to komicznie, ale pomagało. Na szczęście po dwóch dniach integracji z motocyklem jakoś się ułożyłem i do końca wyprawy mogłem skupić się na czerpaniu przyjemności z jazdy.

Co do samej jazdy.

Straszono nas zewsząd amerykańską policją. Że rygorystyczna, że nie wolno przekraczać dozwolonej prędkości, bo od razu jakby znikąd zjawia się patrol. A dozwolone prędkości są faktycznie nieduże – 50 mil, czasami 70 mil/h to zdecydowanie poniżej naszych chęci i możliwości.

Wygląda to tak: prosta po horyzont – znak 70mil/h. Nagle ograniczenie do 50 mil/h bo zakręt – czytaj delikatny, praktycznie niezauważalny łuk. Potem znowu prosta i znowu 70. I weź tu nie przekraczaj prędkości…

Po kilku dniach, kiedy nie widzieliśmy żadnego patrolu zaczęliśmy robić testy Harleya.

Zaczęło się tak: jedziemy karnie w grupie, na tzw. “zakładkę”. Nagle w lusterku widzę, jak kolega z tyłu wrzuca migacz, wyprzedza całą grupę i z rykiem silnika znika w oddali. Kiedy dojeżdżamy do niego, jedzie spokojnie z bananem na twarzy i na migi pokazuje – 112. Na reakcję nie czekaliśmy długo. Kolejna prosta po horyzont i kolejny uciekinier. Tym razem pokazał 116. Pora więc na mnie. Położyłem się na baku, nogi na tylne podnóżki i rura. 118 to wszystko co udało się wycisnąć z FatBoya, a dalsza jazda z prędkością przepisową była już powolnym spacerkiem przez USA.

Wreszcie kolejna stacja benzynowa i w końcu widzimy prawdziwego amerykańskiego policjanta i jego Dodga pełnego komputerów. Oczywiście idziemy do niego pogadać. Fajny wóz, skąd jesteśmy (oooooo jak miło, chociaż nie sprawiał wrażenia, że znał naszą kochaną ojczyznę), dokąd jedziemy. Miłej i bezpiecznej drogi itp. W końcu padło pytanie, czy możemy zrobić z nimi kilka fotek. No problem. Zaczęło się od przyjacielskich uścisków, a skończyło na zdjęciach w kajdankach, na masce Dodga, w rozkroku, z wycelowanym pistoletem. W życiu nie widziałem tak wyluzowanego policjanta, a swoją drogą ciekaw jestem, jak by skończyła się prośba o fotkę naszych panów z drogówki, chowających się wiecznie po krzakach.

Wszędzie, gdzie stawaliśmy na jedzenie czy tankowanie, ludzi byli bardzo życzliwi. Zawsze rozmowni, przyjacielscy i mocno zdziwieni, że przyjechaliśmy z tak dalekiego kraju pojeździć motocyklami po USA.

Na jednej ze stacji, moja chęć rozmowy z każdym i dowiadywania się jak najwięcej skończyła się dla mnie mało ciekawie…

Zostawiłem motocykl do tankowania i poszedłem pogadać z parą Indian – starsze małżeństwo, które robiło zakupy na stacji. Kiedy pani spojrzała mi głęboko w oczy i zaczęła mówić cichym głosem poczułem coś dziwnego, ugięły mi się nogi i zakręciło w głowie. Miała w sobie niesamowity spokój i jakąś dziwną energię…

Zapraszała mnie na wieczorny koncert na bębnach. Reszta ekipy już mnie poganiała, bo trzeba jechać dalej – powiedziałem, że dogonię ich, tylko porozmawiam. Ciężko było oprzeć się tej kobiecie i jej mężowi, oboje przyciągali mnie czymś nieokreślonym. Wyszedłem ze stacji na miękkich nogach, wsiadłem na motocykl i… Nie mogę wycofać. Okazało się, że kolega zatankował mój sprzęt i przestawił go, robiąc miejsce dla następnego. Niestety postawił go tak, że przednie koło ważącego ponad 300kg motocykla wpadło w koleinę. Do przodu nie mogłem wyjechać, a nie miałem siły, żeby go wypchnąć. Ekipa gdzieś tam nawija kilometry, ja sam na stacji z dwójką szamanów… Chyba strach dodał mi sił, bo w końcu wyrwałem motocykl, jakoś wykręciłem i pojechałem. Od tej pory postanowiłem zawsze trzymać się grupy…

Kolejną przygodę z miejscową ludnością miałem w pizzerii. Pracowała tam bardzo ładna dziewczyna, którą próbowałem namówić na wspólne zdjęcie. Muszę przyznać, że szło to dużo gorzej niż z policjantem…

W końcu zjedliśmy, każdy zapłacił – zwyczajowo zostawia się pieniądze na stole i wyszliśmy na zewnątrz. W między czasie udało się namówić koleżankę, więc fotka, na motocykle i w drogę. Jadę i z uśmiechem, wspominam trudy wykonania pamiątkowego zdjęcia w niektórych rejonach USA, gdy nagle uświadamiam sobie, że z tego wszystkiego nie zapłaciłem za pizzę! Od razu wzrok w lusterka i wypatruję policyjnego koguta. Dobry humor nagle mnie opuścił i postanowiłem więcej nie polować z aparatem na niewinne dziewczęta…

Jak pisałem – po drodze spotykaliśmy mnóstwo ciekawych ludzi. Jedną z nich była właścicielka galerii sztuki, w której sprzedawała własnoręcznie wykonane przedmioty. Kiedy podjechaliśmy, od razu potraktowała nas jak starych znajomych, co zresztą było trochę zgodne z prawdą, bo rozpoznała dwóch kolegów będących tu rok temu.

Kobieta ta od razu przypadła mi do gustu, totalnie wyluzowana, miałem wrażenie, że jesteśmy w czasach hippisowskich. Mieszkała w skromnym ale malowniczym domku, żyła samotnie ale w zgodzie ze sobą, była bardzo przyjazna i radosna.

Kolejną malowniczą postacią był dziadek, który na swojej posesji urządził “Muzeum rzeczy znalezionych wzdłuż drogi Route 66″. Czego tam nie było…

***********************************************************************

Jadąc przez Stany mijaliśmy mnóstwo malowniczych miasteczek. Klimat drogi 66 najbardziej chyba czuć w miasteczku Seligman, gdzie zresztą – w jedynym miejscu w USA, mogłem napić się prawdziwej kawy z prawdziwego włoskiego ekspresu. Było to u przesympatycznych ludzi – starszego małżeństwa, które od wiosny do jesieni prowadzi sklepik z pamiątkami, a na zimę przenoszą się do Kalifornii. Są oni właścicielami śmiesznego samochodziku, który kiedyś służył w straży pożarnej, teraz jest atrakcją turystyczną. Jest to Ford z 1948 roku- auto na chodzie, o czym przekonaliśmy się rano, opuszczając to urocze miasteczko. Otóż właściciel zaproponował nam, że kiedy będziemy ruszać dalej, wyprowadzi kawalkadę naszych motocykli na obrzeża miasta, akompaniując nam syreną. Po śniadaniu wsiedliśmy na motocykle, pojechaliśmy na jeden koniec miasta, gdzie czekał już nasz pilot. Ustawiliśmy się w kolumnę i powoli ruszyliśmy. Pierwszy strażak, my za nim. Strażak włączył sygnał i koguty, a my klaksonem dziękowaliśmy miasteczku za wrażenia i gościnność. W tym czasie wzdłuż całej drogi ustawiły się tłumy turystów, dla których byliśmy chyba największą atrakcją tego dnia. Było to bardzo miłe, więc dumnie prężyliśmy się na motocyklach, jadąc oczywiście bez kasków. Niezły sposób na życie- pomyślałem- kilka rundek dla turystów po mieście, które całe jest przesiąknięte klimatem Route 66 i pełne pamiątek z okresu świetności drogi. Tu zawsze będą tłumy chętne uwiecznić kawalkadę harleyowców, więc może by tak zostać… A na zimę do Kalifornii…

Z marzeń wybudził mnie głos kolegi – “Koniec tej zabawy, zakładamy kaski i ruszamy dalej. Trzeba nadrobić czas, bo dziś kawał drogi przed nami!”

Kolejnym ciekawym miasteczkiem jest Oatman w stanie Arizona. Ale zanim się do niego dojedzie czeka nas raj dla motocyklistów, gdzie możemy sprawdzić, jak Harley czuje się w zakrętach. Do miasteczka prowadzi bowiem nietypowa – bo pełna zakrętów droga przez góry, zupełnie jak w Alpach. Tam miałem okazję kilka razy przytrzeć gmolami, a banan nie schodził mi z twarzy…

Najbardziej urokliwymi mieszkańcami tutaj są… osły. Są dosłownie wszędzie i jak widać wszędzie czują się jak u siebie. Oprócz pamiątek można kupić też marchewkę, którą osły zjedzą z przyjemnością…

Po nakarmieniu zwierzątek pora na hamburgera w miejscu, gdzie są chyba najdroższe na świecie tapety…

Jedzenie w Stanach to temat na oddzielną opowieść…

***********************************************************************

Dużo czasu minęło i wiele się w moim życiu zmieniło. Ale jedno pozostaje takie same, bez względu na porę roku czy dnia – fastfoody w USA. Ich obecność praktycznie wszędzie trochę mnie przeraża i jest odpowiedzią na pytanie, dlaczego tylu Amerykanów choruje na otyłość. Nie będę pisał o jakości plastikowego jedzenia, zapamiętałem natomiast obiad w polskiej restauracji w Chicago oraz w chińskiej gdzieś po drodze. Ale skoro podróżujemy Drogą 66 – zacznijmy od śniadania w działającej od 1923 roku restauracji Lou Mitchell’s, położonej dokładnie w punkcie startowym pierwotnej Route 66.

Kolejna knajpka, którą zapamiętałem znajduje się pod koniec drogi 66, w stanie Kalifornia. Wszyscy byli ze sobą po imieniu – iście domowa atmosfera, a zamiast placka drożdżowego na deser podawano truskawki.

***********************************************************************

Powrót w 2010

Chyba każdy, jadąc drogą Route 66 obiecuje sobie, że na pewno wróci. Po drodze tyle się dzieje, że nie sposób tego ogarnąć na raz. Ja również czułem niedosyt, ale powtórną podróż chciałem odbyć z kamerą.

No cóż – może następnym razem…

Tym razem pomagałem na trasie, ale moim głównym zadaniem było zapewnienie grupie komunikacji werbalnej na obcej ziemi. Tak, tak – robiłem za tłumacza, co przy mojej znajomości angielskiego trudno wytłumaczyć, gdyż jako tłumacz powinienem się raczej tłumaczyć przed innymi, niż tłumaczyć innych…

Jechałem na końcu kolumny motocykli i porozumiewałem się z prowadzącym przez radia w kaskach. To była ta przyjemniejsza część dnia, schody zaczynały się, kiedy z motocyklisty zamieniałem się w tłumacza. Nikt nie wierzył, że z języka angielskiego znam tylko podstawy, a resztę nadrabiam uśmiechem, potakiwaniem i ogólną chęcią kontaktu. W większości przypadków, żeby zrozumieć sens wystarcza, że rozumiem trzy słowa w zdaniu – reszta to logika i rachunek prawdopodobieństwa. Ale kiedy musiałem kupić dętkę motocyklową w niedzielę albo ubłagać serwis samochodowy o zdjęcie koła w motocyklu moje metody okazywały się nieskuteczne.

Zaprawdę nie życzę nikomu awarii w ogólnoamerykański dzień Kościoła i grilla, kiedy wszystko pozamykane, a jechać trzeba dalej. Perspektywa zostania jeden dzień i czekania na otwarcie sklepów w poniedziałek, a potem nadrabiania ok. 400km nie wyglądała jak american dream. Nie był to nawet czarny sen, bo wszystko działo się w realnym świecie i to w dodatku nie Trzecim! Ech, przez moment zatęskniłem za miastem nad Wisłą, gdzie niemożliwym jest zmienić mentalność ludzi, ale nie oponę w motocyklu…

Te geograficzno-filozoficzne rozważania przypomniały mi portal http://www.bikerornot.com/ – taki facebook na dwóch kołach, w większości amerykańskich. Czasami tam zaglądałem towarzysko, przy okazji ucząc się angielskiej pisowni. Nadeszła pora na sprawdzian – wyszukałem użytkowników mieszkających w okolicy i wysłałem im pytanie o tylną dętkę do Harleya. Za pół godziny dostałem odpowiedź, że mam czekać w motelu na pomoc. Niedługo później, pilotowany przez dwa Harleye, jechałem do warsztatu, a w zasadzie małej manufaktury, której właściciel buduje, naprawia i przerabia motocykle. I dla znajomych jest czynny 24h/dobę. Bez problemów naprawił koło, pamiątkowa fotka i w drogę – chciałem jak najszybciej dołączyć do reszty ekipy.

———————————————

W tym roku postanowiliśmy odwiedzić muzeum przy fabryce motocykli, które jak żadne inne wpisują się w klimat drogi Route 66. Mowa oczywiście o firmie Harley-Davidson, zaczynającej w 1901 r. od produkcji czterech silników mocowanych w ramie od… roweru. Nie będę tu pisał o firmie – każdy, nawet nie pasjonujący się motocyklami zna tę nazwę, większość również dziwi się, jak to możliwe, że – delikatnie mówiąc – niedoskonałe technicznie motocykle są uważane za jedne z najbardziej prestiżowych. No cóż, odpowiednia polityka firmy i każdy lekarz, prawnik ma w garażu Harleya.

Wracając do fabryki – już z zewnątrz robi wrażenie. Na początku- niczym w bajkowym świecie Disneya. Potem trochę historii. I w końcu to, co w Harleyu najlepsze, czyli radosna twórczość właścicieli.

Na koniec obowiązkowa wizyta w sklepie i tu niespodzianka – okazało się, że jedna z pracowniczek mająca polskie korzenie, radośnie reagując na nasze “szeleszczenie” poprosiła o wspólną fotkę.

————————————————

Podróż Route 66 to nie tylko H-D. Ostatnie dwa dni postanowiłem spędzić w samochodzie, którym jechał znajomy do Los Angeles.

Jadąc spokojnie przez pustynię, kontemplowaliśmy krajobraz, kiedy mijając jakieś ruiny kątem oka zauważyłem napis, którego widok zawsze powoduje u mnie żywsze bicie serca – “DUCATI”. Nie mam pojęcia, skąd się wziął, natomiast nie mogłem sobie odmówić wizyty w tym dziwnym miejscu. I tu kolejna niespodzianka – na miejscu spotkaliśmy grupę artystów realizujących film o znanym amerykańskim fotografiku.