Nasze motocyklowe Eldorado – Ameryka Południowa, Kolumbia

- Road of Adventure

Ameryka południowa była zawsze na liście moich marzeń. Kiedyś myślałam, że będzie to standardowy plecakowy wyjazd, w dodatku do zupełnie innego kraju na tym kontynencie. A wyszło motocyklowo w Kolumbii. W ciągu dwóch tygodni przejechaliśmy prawie 2200 km.

Po powrocie z Afryki Zachodniej, gdy opisałam tamtejsze przygody, napisał do mnie Marek, mniej więcej tymi słowami: „Ty, w przeciwieństwie do innych, nie boisz się Afryki. Ja tam ciągle jeżdżę sam, byłem w większości krajów, może kiedyś uda się nam pojechać razem?” Propozycja ciekawa i kusząca, pomyślałam, bo jak wiadomo, ja chcę pojechać wszędzie. „To gdzie jedziemy?„. Może Uganda i Rwanda? Togo,Benin,Ghana? A może jakiś inny kierunek, np. Oman? Albo w zupełnie inną stronę? Ekwador? A może… Kolumbia?

Udało nam się znaleźć wypożyczalnię w Medellin, która miała dwa motocykle Bajaj Discover 150 ST, będące w naszym zasięgu finansowym. Zarezerwowaliśmy je i pomimo panoszącego się w Ameryce Południowej wirusa Zika ruszyliśmy do Kolumbii.

Bogota

Każde z nas leci inną trasą, więc spotykamy się dopiero w Bogocie. Nasz hostel położony jest w historycznej części stolicy. Meldujemy się, robimy małe przepakowanie wartościowych rzeczy. No właśnie… Gdzie nosić kasę lokalną? Gdzie dolary? Gdzie karty kredytowe? Czy paszport ze sobą, czy zostawić w hostelu? Później wychodzimy na zasłużone piwko, by zapoznać się z lokalną atmosferą.

Rano ustalamy dalszy plan działania – do Medellin jedziemy dopiero nocnym autobusem, w związku z czym mamy czas na zwiedzenie stolicy. W niedziele centrum Bogoty jest zamknięte dla ruchu samochodowego, więc ludzie poruszają się pieszo i na rowerach. Dodatkowo wszystkie muzea są darmowe i za namową policjantów odwiedzamy… muzeum policji. Mamy okazję poznać historię kolumbijskiej policji, jej umundurowanie i wyposażenie, zobaczyć historyczne pojazdy, kolekcję broni, a także zapoznać się z działalnością antynarkotykową, w tym całą historią i rekwizytami związanymi z Pablo Escobarem (m.in. broń, zegarek, biurka ze skrytkami na kasę, telefony satelitarne i maszynki do liczenia pieniędzy, których miał więcej niż kolumbijskie służby). Następnie kolejką linową udajemy się na wzgórze Monserrate. Wagonik wywozi nas na 3150 m n.p.m. Pod nami roztacza się panorama Bogoty. Ośmiomilionowe miasto wylewa się poza horyzont.

Pierwsze wrażenia

Nocny autobus do Medellin jedzie całkiem żwawo, więc dojeżdżamy godzinę przed czasem. Wymiana pieniędzy na lokalną walutę w dworcowym kantorze, w towarzystwie uzbrojonych konwojentów, jest co najmniej ciekawym doświadczeniem.

Motocykle odbieramy od Harry’ego, Austriaka, który prowadzi tu klinikę weterynaryjną, a przy okazji wypożycza motocykle. Dopełniamy formalności i każde z nas wyskakuje z miliona kolumbijskich pesos i 250$ kaucji. Nasze małe motocykle są nieprzyzwoicie lekkie i skręcają w miejscu. No i te biegi – luz na samym dole i wszystkie kolejne w górę. Harry nie daje nam żadnych narzędzi czy części zapasowych, twierdząc, że drogi są dobre, a motki niezawodne – oby miał rację.

Ruch jest spory, ale szybko się do niego przyzwyczajamy. Po prostu nie można się wahać. Jazda po głównych drogach, zwłaszcza w okolicach większych miast, to walka z ciężarówkami. Jeżdżą one tutaj dość szybko, ścinają zakręty, bo wolą jechać siłą rozpędu niż męczyć się na niskim biegu. W efekcie albo jest je dość trudno wyprzedzić, albo kąsają na winklach, bo jadą ze stałą prędkością narzuconą przez tempomat. Przez to często nie mieszczą się na swoim pasie i zahaczają o ten przeciwny. Jeśli tak wyglądała jazda autobusem z Bogoty, to dobrze, że prawie całą drogę przespałam.

Robi się coraz ładniej, pogodowo i krajobrazowo. Drzewa mają bajecznie kolorowe kwiaty. Pojawiają się „płaskie” palmy wyglądające jak wachlarz, jak i bananowce z kiściami owoców opakowanymi w niebieskie worki. Na zielonych wzgórzach widać plantacje kawy. Przez ciągłe postoje powodowane zachwytem nad pięknymi okolicznościami przygody droga idzie nam bardzo powoli. Większe tempo wyzwala w nas jedynie niebo, które każdego popołudnia zasnuwa się ołowianymi chmurami.

Większość lokalnych miasteczek ma podobny plan budowy – centralny plac z deptakiem (na którym wieczorem ustawiają się stragany z jedzeniem), obowiązkowo kościół na jednym z boków, a reszta to hoteliki, knajpki i sklepy. W miarę możliwości staramy się zatrzymywać na noclegi właśnie w takich miejscach, żeby wieczorami chłonąć atmosferę, jedząc lokalne przysmaki ze straganów, i popijając zimne piwo przy latynoskich dźwiękach sączących się z wszechobecnych głośników.

Palmy i Kolibry

Miasteczko Salento jest idealnym punktem wypadowym do Doliny Cocora, słynącej z charakterystycznych palm woskowych, których wysokość sięga nawet 60 m. To narodowe drzewo Kolumbii. Postanawiamy zrobić mały trekking najbardziej typowym ze szlaków, który najpierw wiedzie przez pola, następnie wbija się w dżunglę, a potem można wyjść jeszcze wyżej, na rozległe paramo wiodące aż pod wulkan Nevado del Tolima. Niesamowitym doznaniem jest wizyta w „domu kolibrów” – nawet udaje się sfotografować te maleńkie i ruchliwe ptaki.

Policja i Wojsko

Czujemy, że powoli zaczyna się pora deszczowa. Jedna z mocniejszych ulew powoduje, że skracamy dzień jazdy i zatrzymujemy się w Popayan – uroczym i uporządkowanym miasteczku. Ciekawe jest to, że w jego centrum obowiązuje zakaz jazdy dwóch mężczyzn na jednym motocyklu – związane jest to z częstymi kradzieżami i rozbojami, a policjanci skutecznie ten zakaz egzekwują. Ulice są w zasadzie mieszanką dwóch kolorów – jaskrawej żółci i zgniłej zieleni. Jest pełno policji i wojska. Maszerują po ulicach we wszystkich kierunkach. Na skrzyżowaniach jest ich sporo, a im bliżej głównego placu w mieście tym więcej. Zastanawiam się – to, że są, to znaczy, że jest niebezpiecznie, czy wręcz przeciwnie? W sumie czujemy się bezpiecznie – odwiedzamy nawet bardzo lokalną knajpę – klub bilardowy w którym bawią się mieszkańcy miasteczka.

Wykopaliska

W San Agustin planujemy odwiedzić Park Archeologiczny. W okolicy jest sporo miejsc, które słyną z prekolumbijskich rzeźb i rękodzieła wykopanych spod ziemi, ale na pewno nie uda nam się zwiedzić wszystkich, więc stawiamy na jedno, dobre miejsce. Najbardziej podoba mi się Las Statui – ścieżka w lesie, gdzie rzeźby sobie stoją na postumencikach, zadaszone niezbyt ładnymi daszkami z blachy falistej.

Burza Na Pustyni

Jeszcze dobrze nie dojechaliśmy do Pustyni Tatacoa, a już jest zjawiskowo. Im bliżej celu tym krajobraz bardziej zachwyca. Postanawiamy przenocować pod namiotami, więc rozstawiamy je, a potem udajemy się na mały spacer po labiryncie wąwozów i skał wyrzeźbionych przez wodę i zmieniających swój kształt przy każdych opadach deszczu. Noc również obfituje w przygody – silny wiatr i potężną ulewę. Ironia losu – największy deszcz wyjazdu łapie nas na pustyni.

Tekst: Agata Dudek
Zdjęcia: Agata Dudek, Marek Wachowski


Autor – ADV Hoppers

ADV Hoppers to międzynarodowa para motocyklistów i miłośników przygód: Agata Dudek i Joris De Poortere. Aktualnie w podróży dookoła świata, której przebieg można śledzić na blogu i w mediach społecznościowych.

Może ci się zainteresować

MotoRmania jest zaskakującym, lifestyle’owym portalem o tematyce motocyklowej. Podstawą publikacji są rzetelnie i niezależnie przeprowadzane testy motocykli, których dodatkową atrakcją jest inspirujący sposób prezentacji zdjęć. Kompetencja redakcji MotoRmanii została wyróżniona zaproszeniem do testów fabrycznych motocykli wyścigowych klasy Superbike, co błyskawicznie ugruntowało status magazynu jako najbardziej fachowego miesięcznika motocyklowego w Polsce. Nasz portal to długo oczekiwany powiew pasji i prawdziwie motocyklowego stylu życia!

©2010 – 2023 Wszystkie prawa zastrzeżone MotoRmania.com.pl