Dla siedemnastu czytelników „MotoRmanii” styczniowy wypad na Sycylię okazał się propozycją nie do odrzucenia. Nikt jednak nie przypuszczał, że zamiast klimatów z „Ojca Chrzestnego”, przeżyje walkę o paliwo przypominającą scenariusz „Mad Maxa”.

CAPTAIN’S LOG  czyli z zapisków Pejsera

Rozpakowywanie Tira

Do wtorku nie byliśmy świadomi w co się pakujemy. W niedzielę lądowaliśmy w Trapani, gdzie czekał już „Czarny Ciągnik”, który dowiózł nasze motocykle z Polski. W poniedziałek rano wyładowaliśmy maszyny i bez najmniejszych problemów pokonaliśmy trasę do Agrigento, gdzie znajdował się nasz docelowy hotel. We wtorek mieliśmy zrealizować pierwszy cel, czyli dojazd przez góry do Corleone. Tyle tylko, że przy próbie zatankowania motocykli na pobliskiej stacji zobaczyliśmy większą kolejkę samochodów niż w Polsce lat osiemdziesiątych. Nieświadomi sytuacji podjęliśmy decyzję o zatankowaniu gdzie indziej, w efekcie pakując się z deszczu pod rynnę. Na kolejnych stacjach paliwa nie było, i tylko łut szczęścia pozwolił nam dotrzeć na oparach do centrum Agrigento, gdzie wykończyliśmy resztki benzyny znajdujące się w dystrybutorze. Powaga sytuacji zaczynała do nas docierać podczas pierwszej blokady drogowej. Włoskie firmy transportowe ustawiły samochody ciężarowe na drogach w proteście przeciwko cenom oleju napędowego. W efekcie wyspa została zablokowana skuteczniej niż parking pod Tesco, kiedy manewruje tam moja babcia. Brakowało paliwa, w niektórych miejscach zaczynało brakować żywności, a atmosfera robiła się coraz bardziej napięta. Doświadczenia na blokadach dróg sprawiły, że teraz każdy z nas mógłby z powodzeniem reaktywować Samoobronę. Ciekawostką jest, że protestujący zamiast wielkiej smuty urządzali je raczej w formie radosnych pikników z muzyką, podrygiwaniem i odpowiednią dawką napojów procentowych. Naturalnie granica pomiędzy rozgestykulowaną, nachalną gościnnością, a potencjalnym wybuchem agresji była cieńsza niż tafla lodu na wiosnę, jednak podczas przebijania się przez blokady mieliśmy jeden wielki atut. Byliśmy Polakami, a ponieważ na każdej sycylijskiej ścianie wisi krzyż lub obraz Matki Boskiej, a z portfeli wyglądają wizerunki Karola Wojtyły, obdarzono nas specjalnymi względami. Palikot kariery by tam nie zrobił, za to grupa „MotoRmanii” po wypiciu kilku „karniaków”, spaleniu gumy (co wywołało u Włochów większą owacje niż wygrana na Mundialu) i serii przyjaznych uścisków zapewniła sobie immunitet. Zdobywaliśmy ostatnie krople benzyny docierając do zapomnianych stacji w górach. Z dnia na dzień było coraz trudniej, ale my z kolei robiliśmy się w poszukiwaniach coraz bardziej skuteczni. Wiedzieliśmy, że im bliżej Corleone, tym większe mamy szanse. Pogoda była wspaniała, drogi kręte i bardzo wymagające technicznie, widoki zapierały dech w piersiach, a każdy dzień był wyzwaniem i niewiadomą.

Mr. GRZYBEK- CZŁOWIEK, KTÓRY SIĘ PRZEBIŁ DO TUNEZJI

Sycylia - w drodze

Dolecieć taki świat drogi na Sycylię i nie skoczyć te głupie 200 km do Afryki byłoby szkoda – stwierdziłem i tak też zrobiłem. Z Palermo prom wypływa cztery razy w tygodniu wieczorem i rano już jesteśmy w Tunisie. Drogi generalnie są dobre i mają z reguły szerokie szutrowe pobocza – na Dżerbę z Mareth dojeżdżałem już po zmroku elegancką, pustą, nową szosą z odblaskowymi słupkami i metalowymi dupsami (nie wiem jak to się nazywa) ułatwiającymi widoczność na pasach oddzielających pasy ruchu. Na trasie ze Sfaxu do Gabes znajduje się wioska rzeźników, z rzędami kramów wzdłuż drogi z baranami powieszonymi łbami w dół, z wypatroszonymi wnętrznościami i na wpół obdartymi ze skóry. Mili panowie sikawkami zmywali krew kapiącą na pobocze z tych smakowitych zestawów obiadowych… Najbardziej interesujące dla motormaniaków są zakręty, a te znajdziemy za Gabes (na wysokości Dżerby) w pustynnych górach Ksur – ok. 500 km na południe od Tunisu. Pusto, asfalt bardzo dobry (prawie bez dziur), ziarnisty jak w Norwegii, piękne, „księżycowe” widoki, wioski wykute w skale z Berberami w wełnianych, brunatnych płaszczach z kapturami „w dziubek” (już wiem, skąd Lucas wziął rycerzy Jedi w Gwiezdnych Wojnach, które kręcił właśnie tutaj). Trzeba tylko uważać na żwirek na poboczach, ale to raczej standard we wszystkich (prawie) górach.

Niestety po powrocie na Sycylię nie mogłem już skorzystać z cennych szkoleniowych rad Pejsera, bo z powodu wspomnianych blokad na drogach i braku benzyny mieliśmy wyjeżdżać dzień wcześniej. Został mi więc ostatni dzień jazdy na Sycylii, który postanowiłem przeznaczyć na podróż z Palermo do Reggio (na wschód – tam musi być jakaś cywilizacja… – copyright by Camillo) na końcówkę „buta” by zapolować na benzynę (jak w Mad Maxie).

Z powodu braku paliwa ruch odbywał się prawie wyłącznie w pobliżu miast, i pomiędzy Palermo a Mesyną na kilkudziesięciu km autostrady nie minąłem żadnego pojazdu – bezcenne!

I tam właśnie (przed Mesyną), na pustkowiu, nagle… – pojawiła się ostatnia chyba czynna stacja benzynowa na Sycylii! Skorzystałem z pomysłu miejscowych i dalszą podróż przez Katanię (oczywiście po zatankowaniu pod korek) odbyłem z wygodnym podparciem odcinka lędźwiowo-ogonowego w postaci 20-litrowego baniaczka z benzyną, umieszczonego na tylnym siodle.

Mimo, że właściwie w ogóle nie jeździłem z grupą, to wspaniała atmosfera wieczornych spotkań i wspólnych posiłków (oraz jazdy z Franco jego transitem w 16 osób na pokładzie!) zostanie ze mną na długo. Mam nadzieję, że wkrótce się spotkamy, być może na kolejnej zimowej wyprawie czarną, (już dwupoziomową!) naczepą „MotoRmanii!

Tak, to była najpiękniejsza (jak na razie) wycieczka motocyklowa of my life …

Marzena Mierzwa vel BLONDIE

Blondi z miejsca pasażera skanowała linię pokonania zakrętu

Jako motocyklowy świeżak, trochę obawiałam się tego wyjazdu. Wiedziałam, że będę zawsze zostawała w ogonie i wszyscy będą musieli na mnie czekać – tak też się stało. To chyba normalne zważywszy na fakt, że jeszcze na początku zeszłego sezonu (nota bene pierwszego na dwóch kółkach) wyjeżdżałam z garażu z zamkniętymi oczami. To co mnie zaskoczyło to fakt, że nikt z tego powodu nie robił najmniejszych problemów. Zawsze można było liczyć na dobre rady i wsparcie, nigdy wcześniej nie rzucił się na mnie taki tabun facetów jak przy mojej pierwszej glebie parkingowej podczas jazdy do Corleone. Później już było dużo lepiej. Po przejechaniu paru serpentyn z Pejserem, jako plecak już wiedziałam, jaka powinna być trajektoria pokonywania zakrętów. Emocje mocniejsze niż przy pierwszym skoku ze spadochronem. Prawie klepałam zdrowaśki, ale tylko do pierwszego łuku, później koncentrowałam się na złożeniach i powoli zaczynałam czaić, o co w tym wszystkim chodzi.

Podsumowując, te 1000 kilometrów na Sycylii dało mi więcej niż dotychczasowe 2 k po polskich prawie autostradach.

Grzegorz Piotrowski, czyli wspomnienia o silniku WSK

Kiedy zobaczyłem, że przegapiłem wyjazd do Hiszpanii poczułem się jakby ktoś mi przyłożył silnikiem od WSKi w głowę, ale po chwili ujrzałem światełko w tunelu – wyjazd na Sycylię. Bez chwili wahani wysłałem maila ze zgłoszeniem. I jak się okazało był to przysłowiowy strzał w dziesiątkę. Kiedy w Polsce zaczął sypać śnieg my mogliśmy cieszyć się niezliczoną ilością zakrętów, które dzięki fachowym radom Pejsera uciekały nam spod kół coraz szybciej i szybciej. Trasy wiodły przez malownicze tereny południowo-zachodniej Sycylii wijąc się przez doliny, wzgórza i przełęcze. Wielkie wrażenie na mnie wywarł przejazd przez górskie odcinki trasy, kiedy jadąc ponad 100 km/h wąską górska drogą po jednej stronie widziałem skały, a po drugiej kilkunastometrową przepaść. Ale jak to wiadomo nie samą jazdą człowiek żyje i nieodzownym elementem były wieczorne spotkania z zacną kompaniją przy „dwunastoletniej ognistej herbacie” na których to spotkaniach można było wymienić doświadczenia oraz dostać boleści żołądka od nadmiaru śmiechu.

Przemek Szymanek vel „Trój Bój Siłowy Dowcipów Na Każdy Temat” i Ewa, która to wszystko znosi…

Wyprawa pod hasłem „pier…lę dalej nie jadę” ! Grupa motocyklistów ze względu na trudności pozyskiwania paliwa walczyła jak legendarny bohater filmu Mad Max i stała się grupą „The Road Warriors”. Nie przysłaniało to jednak czerpania przyjemności z jazdy po krętych i górzystych trasach Sycylii. Po trudach dnia stres niwelowano „empticzkami” (czyli butelkami, które szybko robiły się puste). Czytelnicy nie mający możliwości przeżycia takich wrażeń powinni pisać się na każdy wyjazd organizowany przez redakcję „MotoRmanii”. Profesjonalne podejście do przygotowania imprezy i umiejętności jazdy motocyklem organizatorów pozwalają na bezpieczne poruszanie się po nieznanych bezdrożach. Pozdrawiamy całą grupę Ewa(alias Kula) i Przemek.

Piotr Syldatk czyli Hayabusa i siła spokoju…

To był wyjazd, jakiego się nie zapomina – dużo słońca, szeroki wachlarz motocykli do wypróbowania, nowe spojrzenie na trajektorię pokonywania zakrętów, ciekawe dyskusje, gościnność Sycylijczyków, ale przede wszystkim godziny spędzone na motocyklu w doborowym towarzystwie. Podsumuję tak, skończyła się nam benzyna na Sycylii i nasza niesamowita przygoda… Do zobaczenia na drodze lub na torze.

P.S.  Pejser, Darek … po poznaniu Was czytanie MRM już nigdy nie będzie takie samo.

Piotr Kokot czyli człowiek z kopertą

Piotr mówił, że jego VFR1200 zwija asfalt, ale nikt mu nie wierzył..

Wyjazd był rewelacyjny i przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Po pierwsze ekipa: wybuchowa mieszanka wyjątkowych osobowości. Od ADHD po pełne opanowanie. Po drugie miejsce – długo nie zapomnę Sycylijczyków, z którymi „piliśmy zdrowie na blokadzie” no i oczywiście sycylijskich zakrętów, z którymi wiąże się „po trzecie”. Dzięki nim i „warsztatom Pejsera” wjeździłem się w swój nowy motocykl. Mój VFR1200 zbierał skrajne opinie – dla jednych gorszy (poprawność polityczna nie pozwala mi wymieniać nazwisk), dla innych lepszy. Dla mnie najlepszy, wyjątkowy i posiadający możliwości, które przekonają nawet największych niedowiarków. Po czwarte, po prostu jazda (sensu stricto i w sensie metaforycznym), trwająca 24 godziny na dobę, pozwalająca na totalne oderwanie sie od codzienności, powodująca niecierpliwe oczekiwanie na to, co przyniesie kolejny dzień i kolejny długi wieczór. Po piąte pogoda – wstrzeliliśmy sie idealnie. Mógłbym tak jeszcze dłuuuugo wymieniać, ale czas na podsumowanie podsumowania: MotoRmania Rules!

P.S. „Śmieszy to Pana, Ciebie, śmieszy Cię to?”…

Kamil „Śmieszy Cię to?” Dudek

Wyjazd pod hasłem „this is empty” (chodzi, a jakże, o butelki, przp. red.) zorganizowany na „pełnym gazie”. Wspaniała grupa ludzi nie schodzących poniżej 8 tys. obrotów. Nie wiem tylko, dlaczego Włosi nie pozwolili nam korzystać z zewnętrznego basenu, przecież było, aż 16 stopni !

Długo oczekiwana pierwsza gleba zaliczona.

Waldek „wchodzę w zakręt – nie zawsze wychodzę” Ciesielski

Najlepiej na górskich drogach radził sobie KTM 990SMT Waldka. Pod koniec wypadu każdy chciał mieć ten motocykl.

Moja przygoda z motocyklem dopiero się zaczęła i nie przesadzę, jeśli powiem, że byłem największym „świeżakiem” wyjazdu. Teraz już w drodze powrotnej, analizując ten wypad, stwierdzam: nieważne jak i gdzie, ważne, w jakim towarzystwie. Sycylia przywitała nas totalnym luzem i temperaturą naszych oczekiwań. Były długie nocne Polaków rozmowy, szkolenia z „ratownictwa wodnego” w basenie, ostra jazda po sycylijskich zakrętach, analizy, porównania, dużo śmiechu i zabawy. Jednak największym ekstremum nie była sama jazda, a możliwość jej wykonywania. Sycylijczycy chodź zacny naród, nie „konsultując”  tego z nami, postanowili postrajkować w tym samym czasie, kiedy łoiliśmy ich górskie trasy. Z dnia na dzień patrzyliśmy na kolejne zamykane stacje paliw. Poszukiwanie paliwa okazywało się prawdziwą przygodą i znakiem zapytania o plany na jutro. Było naprawdę ostro. Mam nadzieję, że wkrótce to powtórzę, bo świetnie jest spędzać czas z ludźmi, którzy kochają to co robią.

MACIEJ SUCHAREK Z K6 DO SPRZEDANIA

To był mój „Me Time” (mam nadzieje nie ostatni w tym roku). Impreza była warta każdej wydanej złotówki/euro. Valentino Rossi to ze mnie nie będzie, ale dziękuję za wszystkie rady dotyczące poprawnej i bezpiecznej jazdy. Super że można było wymienić się z chłopakami motocyklami i sprawdzić na własnej skórze jak jeździ dane moto. Może to jakiś pomysł dla importerów? Z rozmów wynikało, że kilka osób chce zmienić lub dokupić motocykl. A w salonie tak nie poznasz motocykla. Muszę koniecznie podziękować chłopakom z Modeki. Przed wyjazdem dopasowali mi kurtkę i spodnie przez telefon w 15 minut. Pasują jak ulał.

ADAM „FAN WYŚCIGÓW” ZAREMBA

Bardzo wszystkim dziękuję za ten rewelacyjny wypad, a w szczególności Pejserowi za profesjonalną organizację. Fantastyczne trasy, piękne widoki i oczywiście wspaniałe towarzystwo. Sycylijskie zakręty na długo zostaną mi w pamięci. Nawet chwilowy brak benzyny i blokady dróg nie popsuły nam humoru, który nas nie opuszczał przez cały wyjazd. Ja już szykuję się na kolejny…

ZBYCHU „NASPEEDOWANY” TRIUMPHEM

Zbychu, Speed i pierwsze kroki na drodze do wertykalności.

Troszkę się obawiałem przed wyjazdem, że mogę nie dać rady … Nie mam zbyt dużego doświadczenia na moto – nic bardziej mylnego. Może jechać każdy, kto ma motocykl. Chłopaki nauczyli nawet stawiać na koło. Sycylia dopisała dobrą bezdeszczową pogodą. Zakręty, widoki, szklanka mocnego trunku własnej roboty przy ulicznej blokadzie no i oczywiście odwiedziny kolebki sycylijskiej mafii nie do opisania – trzeba pojechać i zobaczyć.

Wojtek „Łubu-dubu” Siemczyk

Ciao Ragazzi! Pomysł wyjazdu na Sycylię w środku nijakiej zimy kiełkował w naszych głowach od paru tygodni. Dzidowanie po pachnących cytrusami górach między średniowiecznymi wioskami jest zawsze fajne. Dzięki Motormanii spełniliśmy nasz plan, a atmosfera stworzona przez ekipę pozwoliła przetrwać wszelkie groteskowe sytuacje związane z brakiem paliwa, blokadami dróg itd. Parę dni ostrej jazdy po górach i kilka ważnych uwag Pejsera dało nam mnóstwo frajdy. Oczywiście, równie ważną atrakcją były wieczorne kolacje po włosku w pełnym składzie, które nigdy nie mogły się szybko skończyć. Grazie tutti! Kasia i Wojtek SMCK

Ponownie Wojtek Siemczyk, tym razem po zarzucie, że się podlizywał…

Ekipa Motormanii odnosiła się do swoich pacjentów z wyraźnym lekceważeniem – ani razu nie byli widziani na basenie, wybrzydzali też na za tani alkohol, którym dysponowali uczestnicy. Do płaczu doprowadzały nas lekceważące uwagi Pejsera na temat motocykli, które zostały zabrane przez uczestników. Nie wspominam już o tym, że Panowie z Motormanii nie biesiadowali z czytelnikami, zamykając się na całe dnie w pokojach. Pomijam już fakt, że każdy po instrukcjach Pejsera, zaczął się po prostu wypieprzać – nawet podczas postoju. Żal na maxa. Nie polecam tego biura.