Czyli Wyścigowe Motocyklowe Mistrzostwa Polski na Torze Poznań widziane przez Monikę zmysłowo i z bliska.

Park maszyn. Przedziwna przestrzeń. Chyba jedyne miejsce do którego można je porównać to obóz wojenny rycerzy zakonu templariuszy. Pomieszany nastrój radosnej podjarki i rywalizacyjnego napięcia. Czubate namioty, a pod nimi konie, rycerze, zastępy giermków i damy dworu. (Hm, w sumie, czy u zakonników były damy dworu…?) Zamiast chorągwi, sztandarów i proporców z krzyżami i herbami rodowymi – powiewające na wietrze pionowe bannery z logami sponsorów.  Wokół motocykli pootwierane skrzynki z narzędziami. Wszędzie leżą śrubki, nakrętki i poucinane trytytki. Zawodnicy chodzą w jednoczęściowych kombinezonach, jest gorąco, więc kombiki zazwyczaj rozpięte, rękawy w geście bezradności zwisają z tyłu poniżej pleców. Mechanicy zaś bezpretensjonalnie porozbierani aż do slipek. Schylają się nad rozkręconymi silnikami, stroją zawiasy. Chyba nigdzie poza nadmorskimi plażami nie widuje się tylu roznegliżowanych mężczyzn. Dziewczęta mają łatwiej. Skąpy przyodziewek jest elementem ich etosu. Uzbrojone w parasolki, poprawiają makijaże, koafiury i manikiry.

Upał jest z każdą godziną coraz trudniejszy do wytrzymania. Na galerii pod wieżą bez parasolki da się wytrzymać tylko jeden wyścig. Zmoczenie koszulki co pół godziny zimną wodą trochę pomaga. Powietrze faluje nad nitką toru. Ci, którzy się ścigają, twierdzą że po starcie nie czuje się już gorąca. Spiker napomina dziewczęta by trzymały parasolki tak, aby rzucać cień na jeźdźców i konie.

Wzium! Wzium! W którym miejscu się nie znajdę, cały czas słychać wizg śmigających motocykli. Nawet jak nie patrzę na tor, ściganie się zawsze pozostaje na krawędzi obszaru myślenia. To trochę podobne do medytacji albo mantry. Umysł nawet na chwilę nie wychodzi z tego odmiennego, wyższego stanu świadomości.

Po parku maszyn chodzi, biega i jeździ mnóstwo ludzi i pojazdów, więc trzeba uważać. Motocykle zjeżdżające z toru, dzieci, psy, ludzie niosący stojaki do motocykli, koła lub opony, lawirujący między nimi skuterzyści z gołymi głowami, kolanami i łokciami – taka najwygodniejsza opcja na transport wewnętrzny po tym przestronnym terenie. Padokowe panny patrzą uważnie pod nogi, bo na betonowej kostce trudno się chodzi w przewysokich szpilach. Ponad głowami tej zaaferowanej masy ludzi śmignie czasem wysoka sylwetka Marcina Kondratowicza na rowerze. W okolicach wielkiego czarnego tira z ogromnym logo „MotoRmania” na boku natrafić można na przenikliwy, uważny wzrok Pejsera albo dziki błysk szaleństwa w oku Moniki Jaworskiej. Ponad potężnymi, pokrytymi przez groźne tatuaże ramionami dobroduszne spojrzenie Saleciaka. Pod namiotem ekipy tarnowskiej, spod burzy loków promiennie uśmiecha się Kosa. I nawet anioły zatrzymują się w locie gdy po powietrzu płynie jedwabisty włos Natalii „The Bellisima” i jej nieziemskie, aksamitne spojrzenie…

Wyścigi. Te, w których startują znajomi i ulubieńcy, to duże wyzwanie dla serca. Fizycznie i emocjonalnie. Ten moment, kiedy już wszyscy schodzą z pól startowych i oni zostają tam sami. Sam na sam z maszyną, czterokilometrowym paskiem asfaltu i kilkunastoma innymi ludźmi, z którymi łączy ich ta sama pasja, a dzieli ten sam cel. Być szybszym, najszybszym. W końcu ruszają w ogłuszającym ryku, a my patrzymy: jak jemu czy jej poszedł start? Zyskał czy stracił? Znikają za zakrętem, a tłum na galerii rzuca się do przeciwległej barierki, bo będzie ich za chwilę widać na Sławiniaku. A gdy już znikną za Niepojętym, wykonuje się sprint – po schodkach i na Sławiniaka właśnie, patrzeć z bliska. Czy Kosa, który startował z pole position, utrzyma swoje miejsce, czy Natalia da radę wyprzedzić tego który przed nią, czy Katanka dogoni Natalię. Pejser jedzie ze złamaną ręką. „Nic takiego”, mówił mi, ale przecież się martwię, czy bardzo boli, czy da radę ukończyć wyścig.

Zawodnicy na finiszu. Sprint Sławiniak-Wieża. Wyzwanie dla serca. W biurze prasowym na monitorze wyświetlone miejsca i czasy zawodników. Oni zjeżdżają z toru. Szczęśliwi i podekscytowani albo niezadowoleni i wkurzeni. Przybić piątkę, pogratulować, czasem pocieszyć. Wręczanie pucharów i szampan. Nie ma hostess, więc obrywają najczęściej w pierwszym szeregu fotoreporterzy. Ciuchy to nic, ale obiektyw potem paskudnie się klei. Ryzyko zawodowe ;-)

Kręcąc się po parku maszyn, co godzinę czy dwie widzę wiśniowe auto z napisem Automobilklub Wielkopolski, jak niespiesznie manewrując między namiotami zwozi na tarczy rannego konia. Zawsze ten odruch zerknięcia na niego i dojścia po uszkodzeniach, co tam się wydarzyło. Jedna strona czy obie. Bok, czy też góra. Przód czy tył, lub oba. Smutek – dla kogoś może być już po zabawie. Raz zdarzyło się, że analogiczny pojazd przyjechał też po jeźdźca. Opuszczał tor w znacznie większym pośpiechu. Pytałam potem w biurze prasowym, czy są jakieś niusy ze szpitala. Będzie dobrze, odzyskał przytomność nim karetka ruszyła, uff. Wracam pod nasz namiot przekazać info chłopakom z mojego zespołu, też zaniepokojonym losem człowieka, którego imienia nie znają, a który nagle nie jest im obojętny. Zgrzytliwy kontrast, dobiegające z namiotu opodal przekleństwa, że przez czyjś wypadek został przerwany wyścig, „a miałem już którąśtam pozycję”. No cóż, ludzie są różni, kwadratowi i podłużni.

Wieczorem robi się chłodniej i ciszej. Kombinezony, poprzycierane i brudne, wiszą pod namiotami lub drzewami. Wygląda to trochę halloweenowo, jakby się ktoś powiesił. W niektórych namiotach nadal trwa walka z entropią materii, walka na klucze, śrubokręty, wiertła i imbusy. Zawodnicy i ich support teamy na rozkładanych krzesełkach dyskutują o dzisiejszych treningach i wyścigach oraz rozkminiają szczegóły technicznego przygotowania maszyn. Nawet jakby ktoś zasponsorował mi nockę w pięciogwiazdkowym hotelu i tak wolałabym spać tu, pod namiotem, być blisko zapachu silników, benzyny, asfaltu i smaru.

Zmierzch. Niektórzy przywieźli ze sobą nadmuchiwane baseny. Leżący w wodzie człowiek pozdrawia mnie: „dobrý večer”. A może by tak przespacerowwać się po torze? Dzielimy się tym pomysłem z nieznanymi nam chłopakami, którzy kombinują coś przy motocyklach, w otwartym, ostro oświetlonym hangarze głównego budynku. „Ale dziewczyny, macie latarkę? Zanim wrócicie, będzie zupełnie ciemno.”

No to szwendamy się. Taki odruch, żeby idąc położyć się w zakręt. Szukamy bezskutecznie kawałków owiewki z Aprilii, w żwirku na prawo od Sławiniaka. Ech, to była efektowna gleba. Na startmecie jesteśmy z powrotem po trzech kwadransach, aż trudno uwierzyć że im objechanie toru zajmuje niewiele ponad półtorej minuty, a tym naszym, na 125kach, około dwóch.

Nazajutrz, w środku dnia nagle nad naszymi głowami, na wysokości paru metrów, przelatuje bocian. Taki symbol ironii dla tych, co to twierdzą, jak bardzo wyścigi szkodzą przyrodzie i okolicznym mieszkańcom. „Bocian! Jak on tu może żyć, to my też możemy!” Siada na dachu kibli i patrzy. Coś tam sobie dziubie w trawie. Ludzie dają mu wodę w wiaderku. Chyba jest młody i nie bardzo wie, co ma z sobą zrobić. Dobry wybór, zamiast lecieć gdzieś za stadem, zostałeś na torze. Ech gdyby wszyscy młodzi ludzie tak umieli. Olać wytyczone szlaki życia, szkołę, studia, kredyty, welony czy kołyski i oddać się wyścigom.

Niesamowity urok jest w końcówce ostatniego dnia. Zwijanie obozu, pakowanie aut, camperów, ciężarówek, przyczep. Montowanie maszyn na lawetach. Napięcie już zeszło, to czego się baliśmy, awarie, szlify, pech – co miało się stać, już się stało i nie trzeba się więcej stresować. Zwycięskie konie dumnie wystawione przed namioty, puchary postawione na siodłach lśnią w promieniach zniżającego się nad linię drzew słońca. Naszym sukcesem jest obcięcie 6 sekund. Spokojnie, myślimy sobie, układając już bez pośpiechu klucze i śrubsztaki w skrzynce narzędziowej. Nasz czas jeszcze nadejdzie.