W Polsce jeżdżenie w kamizelce odblaskowej jest domeną budowlańców i wywożących śmieci, a motocyklista w takim przyodziewku bywa brany za kolegę po fachu Janusza Weissa, lub za złodzieja…

Każdy – dosłownie – motocyklista, jakiego zauważyłam będąc raz w trasie (2,5 tys km) przez drogi Szwecji i Norwegii, miał na sobie kamizelkę odblaskową, albo przynajmniej duże elementy w kolorze kanarkowożółtym lub jarzystopomarańczowym. W Polsce noszenie „oczojebki”, mimo iż w jednych kręgach jest popularne, a w innych wyzwala grymasy na twarzy, nadal jest domeną budowlańców i wywożących śmieci, a motocyklista w takim przyodziewku często budzi zabawne reakcje.

Ja jeżdżę w kamizelce z zasady („jesteś widoczny – jesteś bezpieczny”; oczywiście wiem że każde zabezpieczenie, czy pigułka, czy gumka, czy kamizelka jedynie zmniejsza stopień ryzyka, a eliminuje go) i bywam przez to brana za kursantkę nauki jazdy („jechałem wczoraj szosą chociwelską, patrzę – nauka jazdy, ale z bliska zobaczyłem, że to ty”) ale mój instruktor, który porusza się potężnym motocyklem i sam jest słusznej postury, od kiedy zaczął jeździć w białym kasku, zaobserwował, że na jego widok ludzie w puszkach odkładają komórki, zapinają pasy i włączają światła mijania. Jak widać, jazda w kamizelce podnosi bezpieczeństwo ruchu drogowego także poprzez poprawę praworządności innych kierowców! Ciekawe, prawda?

Na pierwszej mojej kamizelce nadrukowałam wielki liść klonowy, który swego czasu był symbolem „zielonego”, niedoświadczonego kierowcy, oraz napis „SXAWNG”. Chciałam żeby inni użytkownicy drogi wiedzieli, z kim mają do czynienia, aczkolwiek dopytywano mnie czasem, czy ten listek oznacza zamiłowanie do zielonych części rośliny Cannabis sativa, zwanej po polsku konopią indyjską. Kiedy tej oczojebki nie dało się już doprać, zaczęłam jeździć w innej, którą dostałam jako fotoreporter na Gymkhanie. Któregoś pięknego popołudnia snując się, jak to ja, niespiesznie przez trzeciorzędne drogi prowincjonalnych regionów naszego kraju zatrzymałam się w uroczym miasteczku, które nazwiemy dla dyskrecji Tweenwalk. Jak zawsze w takich miejscach, podszedł do mnie lokalny człowiek, zagadnąć. Ale ten był inny, zamiast pytań „skąd? dokąd? pani tak sama?” zreferował mi szczegółowo wszystkie problemy ekonomiczne, demograficzne, społeczne oraz ekologiczne Tweenwalku. Ów zatroskany przedstawiciel społeczeństwa obywatelskiego dysponował też diagnozą owych bolączek. Otóż upadek lokalnych przedsiębiorstw, emigracja zarobkowa ludzi w wieku od 20 do 35 roku życia oraz niezrównoważony rozwój bakterii beztlenowych i populacji trzciny w części przybrzeżnej jeziora miejskiego były wszystkie, zdaniem tego pana, skutkiem wad charakteru i ułomności etycznej i intelektualnej wybranego demokratycznie burmistrza miasta, którego profil psychologiczny również w ramach tego wykładu otrzymałam. Gdy w końcu udało mi się stamtąd uciec zdałam sobie sprawę, że namolność pana wzięła się zapewne stąd, iż na mej kamizelce widnieje napis „prasa”. No tak.

Później Redakcja wyposażyła mnie w oczojebkę z takimże napisem oraz logo MotoRmanii pod nim. Pierwsza długa trasa, na której jej użyłam to zygzakiem robione 800 km od Szczecina przez Wrocław do grodu Kraka. Ostatnie 60 km jechałam w burzy, aż zaczęło się ściemniać; wymęczona jazdą, wjechawszy na śródmiejską obwodnicę zatrzymałam się, by zmienić w atlasie drogowym stronę na plan Krakowa i ogarnąć którędy na kwaterę.

Nawigowanie się po innych miastach nie jest największym z moich talentów, a że jestem prawdziwym twardzielem i GPSa używam tylko w ostateczności, to zazwyczaj przemieszczanie się po Wrocławiu czy Krakowie, mimo starań, zawiera potężną dawkę aspektu turystyczno-krajoznawczego. Rozkminiam sobie zatem plan miasta stojąc w zatoczce autobusowej, a tu wjeżdża i zatrzymuje się za mną duży van. Młody kierowca wysiada i podbiega – coś pomóc? Klaruje mi dokładnie, którędy mam jechać, a żegnając się mówi „Zobaczyłem MotoRmanię, to się zatrzymałem”. Aaaachh…!

Kamizelka redakcyjna powoduje, że czasem we własnym mieście bywam zagadnięta przez mieszkańców, którzy pytają mnie na przykład, czy Pejser też jest w Szczecinie. Ale nie wszyscy mają wzrok, a też i umysł, tak bystry by rozkminiać znaczenie nadruków, czy to logo, czy listek klonowy. Swego czasu zagadnął mnie inny motocyklista, młody człowiek o raczej nieskomplikowanym życiu wewnętrznym.
– „Ja ciebie wczoraj widziałem w Stargardzie”, mówi.
– „No tak, leciałam przez Stargard”.
– „Nooo! Pacze, jedzie nauka jazdy. I myśle, zara bedzie samochód z ‚eLkom’, ale go ni ma i ni ma. I myśle – o ku*wa ale numer! Kursantka spie*doliła instruktorowi i zaje*ała mu motor!”