„Bo ona najbardziej kocha motocykl, a ja najbardziej kocham ją.”

Parking pod moją pracą. Rząd lśniących maszyn w wydzielonym specjalnie dla motocyklistów miejscu. Z kaskiem w dłoni wchodzę po schodach do biura. Chłopak z sąsiadującej firmy patrzy na mnie rzewnymi oczami.
– Jak ja wam zazdroszczę…
– Nie zazdrość – mówię. – Rób to samo. Marzenia są złe; cele są dobre.
– Żona mi nie pozwala…

Takie rozmowy zdarzają mi się często. Wokół mnie jest mnóstwo ludzi, których partnerzy życiowi sabotują marzenia o motocyklu. A ci, którzy umieli być asertywni, zazwyczaj bez przerwy mają w domu afery o czas i inne zasoby, których realizacja pasji wymaga.

- Tłumaczyłem żonie, że bez tego będę nieszczęśliwy… ale wściekła się jeszcze bardziej. „Jak to nieszczęśliwy” – powiedziała – „przecież masz mnie! To ja ci już nie wystarczam?”

Takie myślenie o związkach i miłości jest w naszej kulturze powszechne. Z dwóch źródeł – przez chrześcijańską koncepcję małżeństwa oraz przez przekaz popkultury – skażeni jesteśmy romantyczną ideologią miłości, która każe wierzyć, że odnalezienie przeznaczonego nam partnera jest jedynym i zarazem wystarczającym warunkiem do osiągnięcia szczęścia w życiu. Że spełnienie w miłości spowoduje, że inne potrzeby i płaszczyzny naszej egzystencji po prostu nie będą miały znaczenia. Przeświadczenie takie natomiast już dawno zostało sfalsyfikowane zarówno przez psychologię, jak i powszechne doświadczenie naszego społeczeństwa, w którym ogromny odsetek par rozpada się całkowicie bądź wewnętrznie, ciągnąc toksyczny układ mimo braku formalnego rozwodu.*

- Nie mogę pojechać na zlot… Narzeczona chce żebyśmy ten weekend spędzili nad morzem… a mi się do piachu nie śpieszy…

Romantyczna koncepcja miłości ma jeszcze jedno błędne założenie – że jeden partner czy partnerka zaspokoi wszystkie nasze potrzeby na wszelkich płaszczyznach. Intelektualnej, emocjonalnej, erotycznej, społecznej, codzienno-praktycznej i każdej innej. „Wszak to ja jestem niebem i światem”, pisała Jasnorzewska. Na urlop trzeba jechać razem, chociaż jedno lubi góry, a drugie żeglowanie. Więc albo fundują sobie nawzajem frustrację i fochy, albo dzielą urlop na dwa, przez co każde z nich jest nieszczęśliwe przez połowę wakacji. On lubi kryminały, ona komedie romantyczne, więc jedno drugiemu funduje co tydzień dwie godziny nudy, no ale do kina trzeba się wybrać we dwoje. Tak samo na każde spotkanie towarzyskie. Mąż nie cierpi koleżanek z pracy żony, więc ona nie chodzi na firmowe imprezy… Ona nie znosi jego sióstr więc opuszczają wszystkie okazje rodzinne… itp.

Takie zachowania bardzo niszczą związki. Ludzie nie są dwoma połówkami pomarańczy. Różnią się, tylko nie potrafią tego zauważyć we wstępnej fazie związku, kiedy mózg zalany jest endogennymi narkotykami. Najlepszą metodą jest dawać sobie nawzajem przestrzeń wolności na tych obszarach, na których się różnimy, zamiast wymagać od drugiej osoby by się zmuszała do zachowań, które są sprzeczne z jej naturą. Niestety nie jest to łatwe, taka postawa wymaga wielkiej dojrzałości. Ale że jest skuteczna, to widać chociażby na przykładzie przyjaźni, które bywają trwalsze niż małżeństwa – nie ma w nich bowiem presji na to, by wszystko było idealnie dopasowane, obdarowujemy się nawzajem dobrowolnie tym co w nas dobre, a tam gdzie nie sztymuje – nie ma ciśnienia, by się na siłę naginać.

Każdy kto mówi „kocham cię” i zarazem wymaga zmiany lub wymuszonych działań – zaprzecza sam sobie. Bo „kocham” – oznacza „pragnę twego dobra bezinteresownie”. Bez tej komponenty altruizmu jest to wymiana usług, a nie miłość. Natomiast „ciebie” oznacza „ciebie całego, takim jaki jesteś. Całego ciebie, a więc także tę integralną część ciebie, jaką są te koszmarne motocykle”. Jeśli wybieram sobie tylko te cechy partnera, przyjaciela, krewnego, które mi odpowiadają, a resztę chcę zmienić na swój obraz i podobieństwo, to nie kocham prawdziwego człowieka, tylko swoją wizję jakim on jest czy powinien być. A taką wyidealizowaną, lecz fałszywą wizję to żadna sztuka kochać.

Ten kij ma jednakowoż dwa końce. Za każdym razem, gdy słyszę narzekania na partnerkę czy partnera, myślę: no dobrze, ona ma problem że jedziesz na zlot, bo zostaje wtedy sama z dziećmi. A czy ty dbasz, by miała czas na swoje sprawy? Ile weekendów zajmujesz się bachorami wyłącznie sam, tak żeby i ona mogła się realizować poza domem? O taką równowagę (nie wymianę!) dbać warto zwłaszcza w naszym skłonnym do patriarchatu społeczeństwie. I jeszcze jedna przydatna obserwacja: jeśli zadbasz o to, by partnerka miała i rozwijała swoje zainteresowania pozadomowe – tym łatwiej ona zrozumie i chętniej wesprze ciebie.

Nie będę też rozwijać takiej oczywistości, że jeśli obiecujesz jej, że wrócisz bezpiecznie, to dotrzymaj słowa.

Największym bohaterem i mędrcem jest dla mnie stroniący od dwóch kółek mąż motocyklistki, który na pytanie „Ty jej pozwalasz? Nie boisz się?” odpowiedział: „Boję się, ale bez tego ona jest nieszczęśliwa. A wtedy i ja jestem. Lepsza żona martwa, niż smutna, zgorzkniała i ze zniszczoną psychą.”

______

* Badacze kultury, Aaron Ben-Ze’ev i Ruhama Goussinsky, piszą na ten temat więcej w książce „W imię miłości. Romantyczne uczucie i jego ofiary”