Czyli o zawartości damskiej torebki i wsadzaniu ptaka w butelkę…

Szczecin to w opinii wielu jego mieszkańców betonowa wieś z tramwajami na Dzikim Zachodzie, gdzie wrony zawracają, a psy szczekają zadem. Niezależnie od tego ile w tym prawdy, fakt faktem, że w całym owym „mieście” nie ma miejsca, gdzie gymkhanerzy, 1-Pasek-Chociwel-tak-sie-tu-trenuje-fot-Pacyfkadrifterzy i slajderobciercy mogliby potrenować, no chyba że zdecydują się na Tor Wyścigowy Hakena, czyli takie duże rondo przy wyjeździe na granicę niemiecką. Trenowanie na nim nie jest najlepszym pomysłem z wielu powodów, wśród których fakt, że opony schodzą tam tylko z lewej strony, nie jest najistotniejszym. Zatem jeździmy na „pasek”, zwany też „Chociwlem”, bo ów kawał pustego asfaltu pośrodku lasów znajduje się przy szosie prowadzącej do miasteczka o takiej właśnie nazwie. 30 km przebijania się przez centrum i wiecznie remontowaną, pełną dziur Estrójkę, na której w letnie weekendy karawany ludzi spieszących się do piachu, czyli na plażę oblewaną zimną, brudną i śmierdzącą falą Bałtyku, w korkach w rzędach puszek stoją niczym ptak na weselu.

No właśnie – ptak. Zajeżdżam na pasek, a tam na środku asfaltu łazi maleńkie, żółtozielone coś. Papużka falista. Zasadniczo na wolności żyje toto w Australii. Tu ktoś trzymał ją w domu, ale albo nie domknął okna, albo, bydlę, specjalnie wyrzucił. Noce teraz są ciepłe, ale ptaszyna nieogarnięta w realiach prawdopodobnie nie dożyłaby do rana, coś by ją zeżarło, albo padłaby z głodu w ciągu 6-Papuzka-w-kasku-fot-Pacyfkaparu dni, nie umiejąc zdobywać sobie adekwatnego żarcia. Tam na pasku próbowała skubać kurz z opon i jakieś wyschnięte chwasty. Jedyna dla niej szansa na przetrwanie to oddać ją z powrotem cywilizacji, która ją zniewoliła.

Zlazłam więc z konia i spróbowałam złapać ptaka. Ale jak to mówią bracia zza Buga, „szczastie nie ch…, w ruki nie wazmiosz”. Ptaszysko próbowało zwiewać, ale na szczęście głupota jego większa była niż płochliwość, bo pozwalało mi się ponownie zbliżać. „Stój, cholero, ja tu twoje życie ratuję” myślałam po raz kolejny powolutku skracając dystans. Po prawie półgodzinie udało się w końcu. Skitrałam szamoczącego się i gryzącego ptaka pod kaskiem położonym na asfalcie. No ale co teraz? Przecież nie zawiozę go do miasta w rękach ani w kasku, ani w kufrze, bo by jej serduszko pękło ze strachu. Potrzeba tu kogoś z samochodem. Najbliżej mieszkający kumpel ma koty w domu… ale podjedzie, za pół godziny…

Za chwilę na pasek zajeżdża koleś w niebieskim aucie, popatrzeć jak trenuje polska czołówka gymkhany. Podchodzę do niego
– Chcesz papużkę?
– eee?
– no zobacz w kasku mam, tam stoi
– a rzeczywiście!

Po chwili rozmowy oczy kierowcy, któremu motocyklistka zaproponowała ptaka na leśnym parkingu, wracają do normalnej średnicy. Stwierdziwszy, że jego trzy córki z pewnością się ucieszą, kombinujemy jak go przetransportować. Pasek jest miejscem motocyklistów – wiosną wymiatamy piach i syf naniesiony wiatrem z lasu, zorganizowaliśmy tam kontener na śmieci, ale i tak jakaś swołocz, by nie płacić za wywóz, podrzuciła tam jakieś meble połamane i części od aut. Przeglądam odpadki. Dwulitrowa butelka pet podsuwa mi pewien pomysł.

Mężczyźni zasadniczo śmieją się z zawartości damskich torebek. Ostatnio ktoś gdzieś mnie zagadnął „masz taśmę izolacyjną…?” – „no mam” „eee… ciekawe dziewczyna a ma przy sobie…” No cóż, nie tylko na motocykl, ale i do miasta zabieram ze sobą zawsze trytki, Message-in-the-bottle-fot-Pacyfkaimbusy, minutex, durex, Victorinox z kilkunastoma funkcjami, itd., itp., nigdy nie wiadomo co życie przyniesie. Nie dalej jak miesiąc temu na tym właśnie chociwelskim pasku zagadnął mnie dyskretnie kumpel: „Masz kondomy?” „no mam”. Podaję mu paczkę, on wyciąga jeden. „Możesz wziąć wszystkie” „Nie tam, taki przystojny to on nie jest”. Okazało się że jego koledze pękła… membrana… w gaźniku, trzeba było nareperować. Życie jest jak jazda na motocyklu. Wiesz skąd wyjeżdżasz, nie wiesz dokąd, i z kim, dojedziesz. Albo dojdziesz. Do konsensusu.

Rozcinam flaszkę, ostrożnie wkładam ptaka do jednej części, wsuwamy drugą połowę butelki w pierwszą i zaklejamy taśmą. Nowy człowiek papużki ma w domu klatkę po chomiku. „Dziewczyny się nią zajmą, będzie miała dobrze, nie martwcie się.”

Kierowca odjeżdża, a ja patrzę na trenujących młodych motocyklistów. Wiele z nich przeszło piekło z matką czy ojcem, żeby móc tu być. Ich rodzice, walcząc z ich pasją, są święcie przekonani, że walczą o życie swych dzieci z nimi samymi. Tak jak ja z głupią papużką walczyłam o jej życie. Tym dzieciom i rodzicom zawsze powtarzam, że lepsze życie krótkie, a intensywne niż sto lat tęsknoty i niespełnienia bezpiecznie w kapciach i z pilotem w ręku. Że my na naszych koniach w jeden sezon doświadczamy więcej niż zwykły obywatel przez pół wieku schematu praca-zakupy-rodzina-urlop w Międzyzdrojach. Może powinnam była pozwolić temu ptakowi by umarł wolny, pod otwartym niebem, niż zamykać go z powrotem w klatce? Gdyby mi ktoś tak zrobił, przeklinałabym go do tęsknie wypatrywanego końca takiej zasranej wegetacji…