Fejsbuk i motocykle – o co chodzi z całą tą twórczością?! Eugenio postanowił się wypowiedzieć, bo „klimacik” robi się, dyplomatycznie mówiąc, żenujący…

 

 

 

 

 

Od redakcji: Gienek wziął sobie do serca „wolność” ze sloganu MotoRmanii. Jego twórczość jest na tyle wolna, nieprzewidywalna i bezkompromisowa, że ani redaktor naczelny, ani nikt inny nie wiedział co z nią zrobić. Dlatego Eugenio „zasłużył” na bloga bez cenzury do własnej dyspozycji…

Zima jest dla wielu bardzo twórczym okresem – mniej jeżdżenia, więcej czasu na przemyślenia. Dobry czas na chwile refleksji nad swoim życiem, nad tym kim jesteśmy i dokąd zmierzamy. Rozwój mediów społecznościowych przeżywa w ostatnich latach okres niesamowicie intensywnego rozwoju, co nie pozostaje bez wpływu na kulturę motocyklową. Z jednej strony mamy ułatwienie komunikacji, które pozwala nam wyjść poza siermiężne fora, z drugiej jednak możemy obserwować nowe zjawiska, których przekaz i forma zdają się gwałcić poczucie estetyki niektórych ludzi i ich zdrowy, od biedy, rozum.

O co chodzi?

Na „fejsbuniu”, szczególnie w ciągu ostatnich 12 miesięcy, obserwowaliśmy rosnącą aktywność twórców najrozmaitszych stron poświęconych motocyklom. Mój krąg znajomych słynie z ciętego języka i niezwykłego wyczulenia na głupotę, fanatyzm i niepotrzebne dorabianie ideologii swojej aktywności. Nie ukrywam, że największy ubaw mieliśmy z demotywatorów z serii „Spójrz mi głęboko w oczy i obiecaj, że mnie nie zabijesz”. Romantyczne to, doprawdy, ale pewnego dnia stwierdziłem, że koncentracja tego typu twórczości osiągnęła punkt krytyczny i trzeba coś z tym zrobić, bo cały ten „klimacik” robi się, dyplomatycznie mówiąc, żenujący. Poprosiłem dwóch moich przyjaciół o komentarze na temat…

Pierwszy należy do ikony warszawskiego speedingu – Geparda. To człowiek, który zawsze trafia w cel, przez co jego profile nigdy nie miały długiego życia na forach internetowych (na stronach MotoRmanii też szybko wyłapał „banany” ;-) ). Facet jeździ od kilkunastu lat, raz nawet zaparkował motocykl w Ikarusie ZTM’u, więc powinien mieć wyrobione zdanie na temat i wiedzieć o czym mówi.

Gepard:
„W XIX wieku Gottlieb Daimler z pomocą Wilhelma Maybacha tchnął życie w pierwszy lekki i szybki dwukołowy pojazd, który był napędzany silnikiem spalinowym. Jednoślad ten wyposażony był w jednocylindrowy, czterosuwowy silnik o pojemności 265 ccm, produkował on 0,4 KM przy 600 rpm i na tamte czasy było to niezwykłe osiągi z uwagi na małą wagę maszyny.

I tutaj zaczniemy naszą podróż. Jak to ktoś napisał – „osiągi”.

Zastanówmy się. Czy autor tego pojazdu chciał pomagać dzieciom, chciał wypychać drętwe od trocin misie? A może miał w planach oddać całą krew, którą miał, bo tak bardzo było mu żal ludzkości, że odwieczna potrzeba pomocy innym (historia ludzkości raczej o czym innym świadczy!) kazała mu podciąć sobie żyły, pojechać z zawartością do najbliższego domu dziecka i siłą wepchnąć biednym dzieciom swoje RH+ w gardło?

Nie. Wymyślił motocykl,żeby… Po prostu zapi**dalać.

Przyszły lata XX wieku. Tym razem konkurencji nie wytrzymał koń. Był zbyt mało kuloodporny, aby poradzić sobie z trudnościami przekazywania sobie maili pomiędzy okopami. Tutaj motocykl sprawdził się doskonale. Setki zwiadowców krążyło na jednośladach od jednego okopu do drugiego. Jeden dojechał, drugi nie, ale nikt nigdy nie myślał, że to urządzenie służy do czegoś innego niż do… zapi**dalania?

Druga Wojnę Światową sobie darujemy, prawda? Stanowisko CKM-u na wózku BMW raczej nie służyło do rozdawania misiów. W tym przypadku zapi**dalali raczej Ci, którzy się na takowy motocykl natknęli. W systemie „z krzaków do krzaków” lub „z okopu do okopu”. Co prawda najwięksi „brodaci” fani tej ery twierdzą, że motocykle były bardzo peacefull itd, ale być może wynika to z ich braku środków do golenia. W końcu w Rossmanie były ostatnio podwyżki.

Idziemy dalej… Nadchodzi era lat 50. i 60. Słynny James Dean. Chłopaki ścigali się na ulicach, tworzyli gangi. Można by powiedzieć, że naoglądali się za dużo filmów, które potem same powstały na ich cześć, ale przecież to nie ich wina. W sklepach były wtedy tylko tanie ramoneski oraz jeansowe kurtki, z których po krótkiej obróbce nożyczkami można było sobie wyciąć fantastyczny „bezrękawnik” rodem ze zbliżających się lat 80. ubiegłego wieku. (Autor jest daleki od porównywania z Georgem Michaelem – ten był PRZYNAJMNIEJ prawdziwym gejem.)

Mimo wszystko chłopaki… Zapi**dalali.

Cóż, idąc tonem degeneracji doszliśmy do czasów 70-80. Wąsy? Tak. Wąsy były atrybutem Burta i grupy jego kolegów. Nosili je z dumą. Do tej pory nie wiadomo jak wpływały na bezpieczeństwo w czasie jazdy oraz jak miały się do jakości oddawanej krwi, ale w trakcie ucieczki przed pościgiem policji, ci panowie mieli raczej mało czasu, żeby się nad tym zastanawiać. Dlaczego? Spodnie! Niejeden z owych dzielnych mężów poległ z nogawką swoich „męskich” spodni wkręconą w zestaw napędowy jego maszyny. Wąsy pomagały, zresztą Burt zawsze mawiał, że „gile mają spływać aerodynamicznie”

No cóż, ci Panowie też zapi**dalali.

Nastaje Rewolucja Wewnętrzna – lata Anno Domini 1990-2000. Biedne gangi oraz Panowie w dzwonach zostają wysłani na wysypisko historii. Najważniejszym staje się wyścig zbrojeń pomiędzy producentami sieczkarni typu ‚bam-bam-bam’ (tego brzmienia nikt im nie odbierze) i wytwórcami mordowanego wilka typu ‚auuuu x2′ (panów ze słonecznej Italii nie wliczamy, gdyż motocykle nie składają się z rurek od kaloryferów i silnika z pompy od szambiarki). W tym okresie nastaje cisza na ulicach i bardzo głośny napływ tychże panów na rozmieszczone po całym świecie tory wyścigowe. Co ciekawe, jednocześnie kreuje się ruch (bardzo powoli) będący przeciwny jakimkolwiek szybszym ruchom na ulicach.

Zaczyna się powoli… etap ostatni. MotoEMO Cioty.

Lata 2000-2012. Tu następuje znaczny zwrot. Użytkownicy motocykli zaczynają dzielić się na użytkowników „motorów” i „motocykli”, potem ewoluują do statusu „prawdziwych motocyklistów” oraz „dresiarzy i bandytów”, ale to nie koniec. Ci pierwsi, w ramach buntu przeciwko buntowi Pana Daimlera, zaczynają oddawać krew, wypychać misie, pomagają dzieciom, przeprowadzają babcie przez pasy i czynią wiele innych dziwnych rzeczy. Ale nie to jest najgorsze. Wkrótce, na skutek rozwijającego się internetu, zaczynają się pojawiać naładowane emocjami zdjęcia. „Lepiej widoczni, widocznie lepsi”, „obiecaj, że mnie nie zabijesz”, „dlaczego jak Cię kupiłem skoro umrę…”

Mickiewicz zaczyna przewracać się w grobie – zapewne sam chciałby oddać krew, ale tak wysechł, że nie jest w stanie. Chłopaki z lat 50-60 powoli także dostają ruchu rotacyjnego. Szykują się kolejne akcje – „Święty Mikołaj”, „Pomóż Bezdomnym”, „Panie Premierze jak Żyć?”.”

Współczujemy Gepardowi…

Nie podejrzewałem Geparda o taki talent pisarski. Wypowiedź jest spójna, dość radykalna, ale jestem w stanie ją zrozumieć, bo twórcy internetowych mądrości motocyklowych nie oszczędzili nawet jego. Jako przykład podaje zdjęcie Geparda, które zostało zaadaptowane do celów szerzenia „miłości do bliźniego motocyklowego”… Wątpię w to, że twórca tego dzieła wiedział cokolwiek o stanie umysłu osoby ze zdjęcia. Jeśli jednak wiedział, to ma u nas plusa za okrutną szyderę i zaproszenie na wódkę!

Drugim niezależnym obserwatorem rzeczywistości jest Bartek – jego doświadczenie życiowe oraz umiejętności w „kierowaniu pojazdami jednośladowymi” jest wystarczające, żeby zawstydzić większość kierowców testowych w branży. Umiejętność składania sensownych zdań oceńcie sami.

Bartek:
„Wszystko dzisiaj jest na sprzedaż, pierwsze zdjęcia pierworodnego dziecka celebrytów, polityków i muzyków. Sprzedaje się zboczeńcom używane damskie gacie w Internecie, zdjęcia nagich, niepełnoletnich dziewczynek za doładowania GSM. Wszystko się dewaluuje, szybciej lub wolniej. Ludzie kupują gotowy produkt, styl życia, szczególnie w czasach tak dynamicznych przemian gospodarczo-społeczno-kulturalnych, gdzie ludzie zwyczajnie zaczynają mieć problem z identyfikacją „kim jestem”?

Niestety ofiarą tych tendencji padły motocykle, które od zawsze kojarzone były ze swoistą wolnością, oglądaną z perspektywy 50, czy 250 km/h. Masa ciemnego bydła „zabrała się” za motocyklowanie. Dla znakomitej większości „prawdziwych motocyklistów”, motocykl stał się zwykłym dopełnieniem ich słabych charakterów, wyblakłej osobowości, czy wreszcie braku pomysłu na samego siebie. I ot co, snują się po mieście, z kąta w kąt. Cykają steki zdjęć, z dzióbkami (tu niestety stwierdzam, że nie tylko kobiety) umawiają się na różnego typu akcje społeczne, która mają na celu nic innego, jak oswobodzenie siebie samego z przeświadczenia, że „jestem tutaj po nic” oraz „nie jestem sam”

Niestety duża część w omawianej grupie nie ma predyspozycji fizycznych do prowadzenia pojazdu jakim jest motocykl, gdyż ten wymaga od kierowcy wyższego poziomu koordynacji ruchowej, szerszego postrzegania rzeczywistości i czegoś specyficznego – można powiedzieć szóstego zmysłu. To trochę tak, że nie każdy może zostać pilotem myśliwca wojskowego.

Nic więc dziwnego, że kiedy wypierniczy się taka jedna, czy druga rozhisteryzowana beksa, to na portalach społecznościowych wszyscy mu współczują, bo a gość/gościówa ma +300% fejmu pośród znajomych. I jak tu się nie wku**ić, kiedy na wcześniej wspomnianych portalach pojawiają się np. niedoświetlone zdjęcie kierowcy motocykla sportowego, z spuszczoną głową ubraną w kask z dopiskiem „myślisz, że szukam śmierci? ja tylko gonie swoje marzenia” – co to ma być? Pewnie powiecie mi, że to internetowa twórczość piętnastolatka. I będziecie mieli rację! Ale pod takimi właśnie „cukierkami”, czterema łapami podpisują się ludzie, których znam, którzy w ulicznej rzeczywistości i próbie przeżycia, są nikim!

Oczywiście, że każdy ma prawo do życia i realizowania go najpiękniej jak potrafi, w swoim rozumieniu. Ale dlaczego ludzie próbują żyć pięknie w rozumieniu kogoś innego? Dlaczego w czasach wolności i dobrobytu znalazło się aż tylu, którzy uczepili się motocykli, zamiast łazić po klubach do upadłego, do kina, czy sklejać modele?

Tacy właśnie ludzie nazywają się dziś motocyklistami. Banda lalusiów, słabizn emocjonalnych, Emo, Justinów Bieberów, hipsterów. Jeśli tak właśnie jest, to ja się z tego grona wypisuję, nie chcąc uczestniczyć w tego typu zgromadzeniu. Kim więc jestem? To chyba proste, użytkownikiem motocykla.”

Chciałbym coś dodać, ale koledzy w zasadzie wyczerpali temat. Obie wypowiedzi powinny skłonić do czegoś, nie wiem, może do refleksji? Oburzenia? Ciętej riposty? Kij w mrowisko ogłaszam za wsadzony! Wasza kolej!

P.S.: Autor artykułu nie podpisuje się pod krytyką i naśmiewaniem się z dawców krwi.