Przed wyścigami na padoku rozgrywa się walka, w której narzędziami są śrubokręty i klucze, a rywalami entropia i czas…

Kilkunastu, kilkudziesięciu ludzi jeżdżących jak najszybciej po pętelce asfaltu. Kiedy się na nich patrzy w telewizji, czy z galerii widokowej, widać, że czas jest ich bogiem i demonem. Mieć jak najlepszy czas w kwalifikacjach. Poprawić czas okrążenia. Ile sekund dzieli go do rywala przed nim. Zwycięża ten, który dojedzie w najkrótszym czasie. Dla mnie, człowieka z support teamu, wspierającego młodych, niedoinwestowanych debiutantów, prawdziwy wyścig rozgrywa się gdzie indziej…

36 godzin przed rundą. Papiery pozałatwiane, badania lekarskie zrobione, startowe zapłacone, siedzę sobie spokojnie w Czajowni wrocławskiej gdy nagle telefon od Młodego. Wysypał mu się transport. Dotarcie z Krakowa do Poznania nie jest takie proste, gdy trzeba oprócz człowieka przewieźć także RSkę. Jazda 125ką na kołach jest bez sensu z wielu powodów, wśród których żywotność silnika i opon jest chyba kluczowym. Obdzwaniam mimo późnej pory wszystkich znajomych w Krakowie, ale nic nie udaje mi się załatwić. No to nazajutrz wsiadamy z Piękną do auta jej mamy, pożyczamy przyczepkę, wbijamy na A4 i lecimy po konia i jeźdźca. W pośpiechu zapomniałyśmy wziąć dowód rejestracyjny; no nic może tym razem nie spotkamy policji. Jeszcze po drodze skręcić do Trzebini i pożyczyć od znajomego kombinezon który przejdzie technical check, bo ciuchy Młodego nie dadzą rady. We Wrocławiu z powrotem jesteśmy przed zerową. Cztery godziny snu i o świcie ciśniemy na Poznań zatłoczoną, zakorkowaną krajową 5-tką. Musimy tam zdążyć przed porą porannego egzaminu. W aucie odpytujemy Młodego z procedury startowej i znaczenia kolorów flag.

Dotarliśmy na styk. Jeszcze tylko papiery innego z moich zawodników. Śmignąć koniem do centrum Poznania po przepisanie zaświadczenia lekarskiego. Kiedy w dżungli przychodni udaje mi się odnaleźć właściwego lekarza, jest 20 minut do treningu. Strzelić książeczce zdrowia fotę telefonem, wysłać z komórki do PZM we Wrocławiu, który przemailowuje to do Bydgoszczy, a Bydgoszcz do Poznania przesyła info, że licencja jest wydana, no i człowieka można wpuścić na tor. Boże, dzięki ci za internet. Ogarnięte. Dobra, od teraz już spokój.

Heh, marzenia ściętej głowy. Trzeba zmienić oponę, w Pirelli tłumy, a zaraz nasz trening, pilnuję kolejki podczas gdy Młody demontuje w RSce kierunki, stopkę i zakleja lampę. Mam koło, tacham je do naszego boxu, zębatka robi mi śliczny, zawodowy tatuaż na udzie. Trzeba pożyczyć narzędzia, a nie jest łatwo, bo dookoła wszyscy coś montują albo demontują, wszędzie dookoła trwa taka sama walka. Podaj powertejpa. Załatw mi czternastkę. Z czternastką, kochany, to prokurator. Zakładamy koło. Te wszystkie otworki, w które powinna wejść oś. Patrzę w nie jak ginekolog w p..du. Coś nie wchodzi. Milimetr w górę. Milimetr do przodu. Ręce się trzęsą z wysiłku, zdenerwowania i pośpiechu. Przeszedł! Koma trzy! Wachę masz?! Nie? Cholera! Jeszcze podać człowiekowi kask, znaleźć rękawice (przed chwilą tu były…!) – dobra, może lecieć.

Polatane, a że w praniu zawsze coś wyjdzie, to resztę dnia nie wypuszczamy broni z ręki. Tu coś dokręcić, tam poprawić, przeczyścić, rozkręcić, skręcić, wyregulować, przestroić. Dyskusje o mechanice nad rozłożonymi skrzynkami narzędziowymi. Robi się późno. Nockę mieliśmy zarwaną, dobrze by było wcześnie iść spać. Jutro nasz wyścig. Jutro wielki pierwszy raz Młodego.

Pierwszy raz. W jednej książce z poradami z tego zakresu (tak, Czytelniku, właśnie takie twoje skojarzenie chciałam sprowokować) przeczytałam żeby się nie nastawiać na nie wiadomo co przy utracie panieństwa. Za pierwszym razem, jeśli w ogóle się uda i nie ma krwi, to już jest sukces. Nieludzka pora, blady świt, ósma rano. Kwalifikacje. Stoję za bandą chronioną przez podwójny rząd opon. Nitka toru zaledwie kilkadziesiąt metrów ode mnie. Widzę jak Młody składa się w zakręt i ta zmęczona życiem ulicznym, zwykła drogowa opona traci przyczepność. Szurgot metalu po asfalcie, pobocze, fontanna kamieni, żwiru i piachu, w chmurze pyłu błyskają opony do góry, raz, drugi, koń leży, jeździec stoi i klnie. Uff, nic mu nie jest, jeśli klnie to nic mu nie jest. Ułamek sekundy tak krótki, że nie zdążyłam się przestraszyć, nawet pomyśleć „O Boże”. Promienie porannego słońca prześwietlają opadający obłok kurzu, mężczyźni w pomarańczowych kombinezonach biegną, podnoszą konia, na pasy, do bramki, wirażowy mówi do krótkofalówki: podjedź na trójkę, masz motocykl do zabrania. Podbiegam do Młodego. Nie było krwi.

Ech. Taki młody, dopiero się uczy, że to się robi gumą do dołu. Dobrze, że mu się krzywda nie stała. Ale nasz wyścig, jego pierwszy w życiu wyścig, za dwie godziny, a tu podnóżek trzaśnięty, plastiki popękane, szyba w drzazgach. Biegam i szukam nowej szyby, wiertarkę trzeba też pożyczyć, bo prowizoryczny zastępnik ma inne mocowanie, tu przewiercić, potrzebna śrubka szóstka, macie śrubkę szóstkę? macie śrubkę? Dzięki, biegnę z nią do RSki, ale gwint jednak jest większy. Macie śrubkę ósemkę? Oddam za nią szóstkę. Zdobyłam szybę, przykręcam ją imbusem, nie muszę go szukać bo mam w chlebaku zawsze kilka luzem. Mężczyźni nabijają się z zawartości damskiej torebki. Hmmm, ja w swej mam imbusy, trytki i Victorinox z kilkunastoma funkcjami. Nigdzie nie ruszam się bez trytek. Podchodzi do nas wysoki ciemnowłosy chłopak i pyta – pomóc w czymś? No mamy problem z zamontowaniem podnóżka. A to daj. Pójdę to przewiercić i zaraz wrócę. Znika z tym setem, 30 minut do wyjścia na tor. Retuszujemy plastiki powertejpem i trytkami. Szyba nie chce się dać przykręcić – trzeba naprostować stelaż. Idę do Darka pożyczyć brechę, ale on jej nie może znaleźć. A co trzeba naprostować? – pyta. Podchodzi ze mną do RSki. E, to? To można w rękach. Łapie i prostuje. Echhhhh… Gdyby postawić go na jednej szali, a Młodego i mnie na drugiej, nawet z kołem w ręce, to przewaga byłaby i tak po stronie Darka. To z jego zapasówki zdemontowałam szybę, patrzy jak ją przykręcam, pyta – a to śrubki też mi zabrałaś? – No jasne, na co byłaby mi szyba bez śrubek? – Uśmiecha się machając ręką. 20 minut. Lecę jeszcze do biura po nowe numerki bo tamte się zdarły. Chłopak wraca z setem. Klęka przy naszym koniu i montuje. Biegam pożyczać klucze od chłopaków z Bidona. 5 minut do… Zrobione. – Dziękujemy ci bardzo, bez ciebie nie dalibyśmy rady. Jak ci się odwdzięczyć? – Nic takiego. Przyjeżdżajcie do nas. – Odchodzi. Nie znamy nawet jego imienia. Wokół huk przegazówek. Wszyscy biegają jak dzicy. Kask, rękawice, wachę masz? Lecę jeszcze po kanister. Młody wskakuje na konia i wyjeżdża z boxu. Biegnę na pole startowe ze stojakiem. W oczach jeźdźca opalizuje miliard skrajnych emocji, skupienie, trema, wola walki, ekscytacja, radość. „Przed chwilą podszedł tu Pejser i przybił ze mną piątkę!” Ech, Młody, ty sam w siebie nie wierzysz, ale ja wierzę. I ta wiara wystarczy. Buczenie odlicza kolejne minuty do startu. Zostały trzy. – Uważaj, zdejmuję cię. – Dobra jest. – Przytulam go i wychodzę poza kreskowaną linię. Udało się. Jesteśmy tu. Zdążyliśmy. Zwyciężyliśmy. Wyścig z czasem, papierologią, logistyką, mechaniką, entropią materii. Wygraliśmy tę walkę. Teraz ściganie się po torze to już czysta zabawa.