Małżeństwo jest jak wspólna wyprawa motocyklowa, a wyprawa jak małżeństwo… Czyli działania grupowe są efektywne wtedy, gdy grupa jest większą wartością, niż samo działanie.

Pewna laska chciała założyć rodzinę. (Zdarza się). Zaczęła więc, dość racjonalnie, od szukania odpowiedniego kandydata na ślubny kobierzec. „Wiesz” – powiedziała mi – „w zasadzie to mam tylko dwa wymagania…”

Okazało się że owe pozornie skromne kryteria to: zgodność co do wyznawanej wiary i pociąg cielesny. To drugie dość oczywiste – potrzebne jest, by wytrzymywać z poślubionym w nocy. A to pierwsze, domyśliłam się po jakimś czasie, chyba po to by wytrzymywać w dzień. Dziewczyna uważała, że sama religia, tak mocno determinująca jej światopogląd, wystarczy, żeby zgodnie iść przez życie. Najwyraźniej zakładała, że skoro facet jest katolikiem, to będzie przestrzegał przykazań, dochowa miłości, wierności i uczciwości, a reszta ułoży się sama.

Duża naiwność… Wieczorem telewizja czy kino? Weekendy we dwójkę, czy w gronie przyjaciół? Brać kredyt, czy wynajmować? Góry, czy morze? Pozostały te i tysiące innych nieuniknionych wyzwań codzienności, na które katolicyzm nie daje wskazówek czy odpowiedzi (i chwała Bogu!).

Z byciem parą jest podobnie jak ze wspólnym jeżdżeniem na motocyklach. To, że wszyscy jeźdźcy są wyznawcami motocyklizmu, nie gwarantuje dobrej współpracy na drodze. W trasie bardzo szybko się okazuje, że to, co ewidentne było jeszcze przed wyruszeniem – jedni mają słabsze maszyny, inni znacznie szybsze – to jeszcze nie wszystkie różnice pomiędzy uczestnikami. Większość z różnic siedzi w głowach. Jeździmy w szyku i utrzymujemy kontakt wzrokowy – czy każdy swoim tempem i spotykamy się na umówionym miejscu? A jeśli razem – to jazda dynamiczna, czy bezpieczna? Przestrzegamy przepisów zawsze, czy tylko w niektórych sytuacjach? Związanych z ryzykiem mandatu, czy z ryzykiem wypadku? Cel wybieramy przed wyruszeniem, czy to droga jest celem? Postoje częste czy rzadkie? Długie czy krótkie?

Ludzie mają tendencję do większego poszanowania odmienności determinowanych fizycznie, niż tych które mają swe źródło we wnętrzu. Więc o ile nikt przy zdrowych zmysłach nie wymaga od kierowcy 125-ki, żeby jechał 160 km/h, to wywieranie presji na zmianę zachowań ograniczonych wewnętrznymi parametrami człowieka – pewnością siebie, strachem, umiejętnościami – zdarza się już znacznie częściej. Co jest postępowaniem nie tylko egoistycznym, ale też nierozsądnym, bo wymuszanie na kimś by jechał powyżej swych możliwości, powoduje w nim stres i zwiększa ryzyko błędu, a błędy popełniane na motocyklach zazwyczaj bolą.

Zatem, jeśli nie dobierzemy sobie na towarzysza czy towarzyszy jazdy takich ludzi, z którymi mamy wspólne preferencje (lub wspólny ich brak, bo też i tak może być, że jest nam wszystko jedno) to wszyscy będą mieli problem. Np. ci, co jeżdżą wolniej, będą się napinać powyżej swych umiejętności aby nadgonić, a ci szybsi się zanudzą.

Oczywiście, im dalsza i dłuższa trasa, tym bardziej różnice będą się ujawniać. Zupełnie jak w sprawach damsko-męskich. Po jednej wspólnie spędzonej nocy nie trzeba jeszcze uzgadniać koloru firanek we wspólnej sypialni. Ekipa, z którą jedziesz na popołudniową polatankę nie musi być tak starannie dobrana jak towarzysze trzytygodniowego wyjazdu do Hiszpanii, bo w tym pierwszym wypadku nie ma konieczności ustalania np. budżetu na noclegi.

We wspólnej drodze – czy to będzie droga krajowa nr 12, czy też nowa droga życia – bardzo ważne już na samym początku jest określenie pryncypiów, wspólnych wartości i celów. Życie rodzinne czy kariera? Nawinięte kilometry czy obejrzane widoki? Chcemy nie mieć dzieci, czy mieć, no i ile oraz kiedy? Będę szczęśliwy, jeśli dojedziemy na Krym, czy też, jeśli na wyluzie spędzimy czas? Ale okazuje się, że takie ustalenia to dopiero początek budowania ekipy. Równie ważne jak sam cel jest też to, jak do niego dążymy. Sposoby działania mają głębokie zakorzenienie w preferencjach naszej osobowości i warto być świadomym zarówno tych różnic, jak i faktu, że nie zależą one od woli człowieka, zatem nie sposób ich komuś wyperswadować.

Podam przykład. Od wczesnej młodości uwielbiałam jeździć autostopem. Spontan, improwizacja, cudowne uczucie, że nie wiadomo, co będzie za zakrętem (a coś być musi, jak śpiewał Przemysław Gintrowski). Gdzie dojadę, tam będę. Kimnę w lesie albo na stacji benzynowej. Świat należał do mnie. Moja matka zaś była przerażona takim sposobem spędzania przeze mnie wakacji. Nie tylko faktem, że nie wiem, na jakich ludzi trafię, ale też niepewnością i nieprzewidywalnością moich podróży. Ona czuła się komfortowo tylko wtedy, gdy miała rozkład jazdy, kupiony bilet i zarezerwowany nocleg. Jeśli w planie działania coś w ostatniej chwili zostało zmienione, natychmiast traciła poczucie bezpieczeństwa.

Dopiero później się dowiedziałam, że to nie różnica pokoleń, ale osobowościowej preferencji co do sposobu radzenia sobie z nowymi sytuacjami w życiu. Mama reprezentuje skłonność do osądzania („Judging”) – działania w sposób zaplanowany i z góry przemyślany, zaś ja do obserwacji („Perceiving”), bycia elastycznym i otwartym na nowe rzeczy.

W tamtym czasie nie rozumiałam też, dlaczego mój ojciec, podejmując decyzje, skupiał się tylko na ich wymiarze merytorycznym, zupełnie nie biorąc pod uwagę uczuć ludzi zaangażowanych w sytuację. Czyż człowiek nie jest ostatecznym celem wszelkich działań? Człowiek, a nie zasady czy wykonanie planu? Okazało się, że tata reprezentuje skłonność do decydowania w oparciu o logikę i sprawiedliwość (myślenie – „Thinking”) a ja kieruję się dążeniem do harmonii i poszanowania wartości ludzi, których dotyczyć będą konsekwencje decyzji (odczuwanie – „Feeling”).

Są jeszcze dwie pary preferencji: do czerpania energii i kierowania uwagi do wewnątrz (Introwersja) lub na zewnątrz (Ekstrawersja) oraz do zbierania danych namacalnych i konkretnych (pięć zmysłów – Sensualizm) lub koncentracji na ogólnym obrazie i korelacjach rzeczy (Intuicja). Wszystko razem daje nam typ osobowości w systemie zwanym w skrócie MBTI. Swoim przyszłym partnerom warto przyjrzeć się pod kątem zwłaszcza tych dwóch pierwszych preferencji, bo ich zgodność jest kluczowa we wspólnym podróżowaniu. No i zawsze można dać im do rozwiązania testy, które da się znaleźć w necie, podobnie jak więcej informacji na temat MBTI.

Idealne dopasowanie na każdej płaszczyźnie jest fizycznie i psychicznie niemożliwe – zarówno na motocyklu, jak i w małżeństwie. Ale to jeszcze nie znaczy, że każda para i każda wyprawa jest skazana na niepowodzenie. Otóż okazuje się, że różnice – umiarkowane, nie skrajne – nie są dużym problemem dla pary czy grupy, gdy podstawową wartością dla każdego uczestnika jest ten drugi człowiek, ci inni ludzie – a nie to, co robi się razem. Zauważyłam to jako pewien paradoks, który sprawdza się w 100%, zarówno na wędrówkach harcerskich przez góry, spływach kajakowych z ekipą licealną, wyjazdach integracyjnych firmy, czy rekolekcjach duszpasterstwa dominikańskiego. Otóż działania grupowe są efektywne wtedy, gdy podstawową wartością dla uczestników są inni zaangażowani w sprawę ludzie – a nie sama sprawa. To, żeby działać razem, a nie to, co robi się razem.

Takie podejście jest zgodne z podstawą etyki, poszanowania ludzkiej godności i podmiotowości, sformułowaną przez Immanuela Kanta: „Drugi człowiek zawsze powinien być dla nas celem, a nie środkiem do osiągnięcia celu”. Jeśli wybierasz się w podróż z inną osobą tylko po to, by mieć z kim gadać, by obniżyć koszty, by w razie czego pomógł ci w zmianie opony albo pozbieraniu się z asfaltu, to prędzej czy później znajdziesz się w sytuacji, w której to on na przykład się rozchoruje i na trzy dni udupi was obu w jakimś obskurnym miejscu, zmieniając ciebie z króla szosy w pielęgniarkę. Jeśli twój towarzysz nie jest bliski twemu sercu, jeśli jego dobre samopoczucie nie jest dla ciebie więcej warte niż zaliczenie kolejnego punktu widokowego, to nie ma sensu razem podróżować, bo żywy człowiek to nie klucz piętnastka, który chowa się do sakwy i wyjmuje tylko wtedy, kiedy jest ci potrzebny.

Innymi słowy, wyruszając w podróż przez drogi, bezdroża lub przez życie – rób to z partnerem czy przyjacielem, którego prawdziwie kochasz i który ciebie kocha, bo inaczej ze sobą nie wytrzymacie. Bez tego, lepiej być samemu…

I na koniec, moja zupełnie subiektywna hipoteza: towarzyszy na wyprawy – te ważne, długie, dalekie wyprawy, których większość z nas będzie mieć pewnie jedną lub max. kilka w życiu – trzeba dobierać staranniej niż męża czy żonę, bo miejsc ciekawych na świecie jest tyle, że w ten sam region zapewne i tak ponownie nie pojedziesz, więc jeśli schrzanicie sobie nawzajem zabawę, to będzie to zapewne nie do powtórzenia. A wyjść za mąż zawsze można drugi raz ;-)