…czyli odwieczny problem motocyklistów i ich rodziców przeciwnych pasji.

Impreza motocyklowa, są maszyny, są jeźdźcy, niekończące się dyskusje o sprzęgłach i amortyzatorach. Młoda dziewczyna, dwudziestoletnia może, wpatruje się tęsknym wzrokiem we mnie i moją Małą – Hondę. Pyta, od jak dawna jeżdżę, i w końcu wyznaje, że sama też bardzo by chciała.

- No to rób to.

- Nie, nie mogę. Moi rodzice by tego nie przeżyli. I tak jest problem, że jeżdżę na plecaku z moim chłopakiem. Nie mogę im tego zrobić…

Innym razem rozmawiam z ojcem dorastających dzieci.

- Moja mama nie wie, i nie może wiedzieć, że jeżdżę na motocyklu – opowiada. – Choruje na serce i to by ją zabiło. Jak wyjeżdżam z kumplami w trasę, zawsze muszę coś ściemnić. Bo pytała: „Jak to, bez żony jedziesz”. – „Bo wiesz mamo, to jest taki wyjazd pod namioty, sami mężczyźni, będą pić, przeklinać, będzie brudno…”

Problem ten znam również osobiście – panika mojej matki, gdy czasem jeździłam na plecaku, nie dawała mi złudzeń, jaka będzie jej reakcja kiedy już zobaczy mnie jako samodzielnego kierowcę na mojej własnej maszynie. Dlatego w czasie kursu bardzo pilnowałam, żeby się nie dowiedziała, ale nie miałam zamiaru ukrywać się w nieskończoność. Chodziło tylko o to by miała parę miesięcy strachu mniej. Postawienie jej przed faktem dokonanym, gdy podjechałam pod jej dom na świeżo zarejestrowanym motocyklu, uchroniło ją też od długotrwałego stresu złudnej nadziei, że da radę mi całą sprawę wyperswadować.

Mama przez parę minut nie chciała uwierzyć w to co widzi. – Ty sama przyjechałaś? – Tak. – Ściemniasz. To pan ją tu przywiózł? – zapytała Adaśka, który mi towarzyszył. – No skąd, sama przyjechała. Ja przecież na mojej – wskazał na swą Cebrę. – Ale ten, to też pana motocykl? – Odpuściła dopiero gdy zaproponowałam, że pokażę jej dowód rejestracyjny. – Nie wzięłam okularów – machnęła ręką.

- Mamo – nie dawałam za wygraną – a przecież ty zawsze tak podziwiałaś motocyklistów.

- Tak, ale nie wtedy, kiedy robi to moje własne dziecko!

No tak.

Nie wolno obciążać innych ludzi konsekwencjami decyzji, w których podejmowaniu nie brali udziału. To taka podstawowa zasada etyczna pielęgnowania relacji interpesonalnych na każdym poziomie społeczeństwa. Jest jasna w większości sytuacji. Jeśli coś kupujesz, to decydujesz i płacisz ty – nie oczekujesz, że rozliczy się za ciebie sąsiad. Jeśli stwierdzasz, że możesz, ale nie chce ci się  pracować, to nie żądaj, by na twoje utrzymanie zapracowali rodzice lub podatnicy. Jeśli generujesz potomstwo nie pytając nikogo czy cię wesprze, nie spodziewaj się, że dziadkowie zaangażują się w wychowanie twoich pociech. Z tej samej etycznej podstawy wynika też moje przekonanie, że dzieci nie sprowadzamy na świat po to by realizowały nasze ambicje, ale żeby je kochać – czyli wspomagać je w rozwoju ich niepowtarzalnej osobowości. Wszak przed ich urodzeniem rodzice nie umawiają się z nimi: „ja dam tobie życie i utrzymanie, a w zamian ty będziesz spełniał moje wymagania”. Przychodzący na ten świat dostają (a wręcz – mają narzucone) indywidualne istnienie bez pytania ich o zdanie i chociażby z tego powodu należy tę indywidualność szanować, a nie ją łamać i naginać do swych potrzeb. Dlatego też dzieci rodzi się by być dla nich, a nie po to by były dla nas.

Jestem głęboko świadoma, że nasze hobby nie należy do najbardziej bezpiecznych. Wiem doskonale, czym jest strach o kochanego człowieka. Mimo to nie uważam by moje obawy były powodem do żądań, by bliska osoba okaleczała samą siebie wyrzekając się kluczowej i najpiękniejszej części swej tożsamości, jaką jest pasja. Życie bez niej jest bowiem zredukowane do biologicznej wegetacji.

Sparafrazuję tu wiersz Teresy Harsdorf-Bromowiczowej o innej obsesji, która wielu kosztowała życie – wspinaczce górskiej*:

            Wiesz, co to jest śmierć?
Nie ma woni spalin i benzyny,
cichnie melodia silnika.
Znikł horyzont, który bez przyczyny
zawsze przed tobą umykał.

Na winklu nie wtulisz już w przestrzeń ramienia,
pejzaż nie migocze, widok się nie zmienia,
piasek nie jest wrogiem, asfalt – przyjacielem,
bo nie ma już drogi, co była nam celem.

Już nie wypatrujesz,
czy deszcz spadnie z nieba.
Ciała nie pieści ni słońce ni wiatr,
Nic nie chcesz – nic nie trzeba –
skończył się twój świat.

Tak żyć nie można. Muszę jechać tam.
Dobyć świat dźwięków i barw z ukrycia.
Nie jest ważne życie. Nie jest ważna śmierć.
To ważne, by nie umrzeć za życia.

Moja młoda rozmówczyni tłumaczyła postępowanie swoich rodziców miłością. – Pomyśl – mówię jej – że oni w tym momencie dbają o swój, a nie twój komfort psychiczny. Czy nie jest to egoizm, odwrotność miłości?

Tak, bliscy potrafią szantażem emocjonalnym lub innymi metodami zmusić cię do trudnych decyzji. I zostawić z jej konsekwencjami. To ty będziesz codziennie dźwigał ciężar tęsknoty i niespełnienia. To ty nie będziesz miał gdzie „ładować akumulatorów”, nie będziesz miał swego źródła siły, niezbędnej by popychać powszednie obowiązki do przodu.

I nikt za ciebie twego życia nie przeżyje.

* Teresa Harsdorf-Bromowiczowa, Trzy wiersze o człowieku i o skale.