Motocyklowa podróż kulinarna – II etap wyprawy ‚Szlakiem Kuchennych Rewolucji’
MotoRmania
13 sierpnia 2013

Objechał motocyklem restauracje w całej Polsce, a następnie spisał swoje wrażenia! Sprawdźcie, gdzie warto pojechać, aby dobrze zjeść!

autor:
Piotr Nowicki 

Na stronach portalu MotoRmania mogliście kiedyś przeczytać zapowiedź oraz pierwszy etap mojej wyprawy. Drugi etap wyprawy „Szlakiem Kuchennych Rewolucji” rozpocząłem 1 sierpnia. Po kilku opcjach ustalania trasy i modyfikacjach wprowadzanych już w trakcie podróży, ostatecznie przejazd wyglądał mniej więcej tak, jak na zdjęciu obok (lub bezpośrednio na Google Maps). Pogoda piękna, więc pierwsze 180 km do Kozienic to czysta przyjemność. Tam przy ulicy Kochanowskiego 5 znajduje się Galeria Smaku. Pierwsze co rzuca się w oczy po wjechaniu w podwórko to ogromny ogródek. Na zewnątrz stoi około 40 stolików, a wielkie parasole pozwalają cieszyć się cieniem.

Restauracja działa na zasadzie samoobsługi. Jedzenie w bemarach wyeksponowane jest za szkłem. Klient podchodzi i sam wybiera co ma zostać nałożone. Ta forma sprzedaży zawsze dobrze się sprawdzała i w porze obiadowej lokal nie mógł narzekać na klientów. Problemem był ich brak w późniejszych godzinach. W trakcie rewolucji wymyślono, że lokal będzie dalej funkcjonował po staremu do godz. 16.00, a później stołówka zostanie zamieniona w restaurację. W praktyce zmieniono tylko godzinę na 17.00 i wtedy na stołach pojawiają się inne obrusy, obsługą klientów zajmują się kelnerzy i pojawia się menu karta, w której znajdują się najlepsze rzeczy, jakie stworzy szef kuchni. Spróbowałem grillowanej grzanki, którą zachwycała się podczas rewizyty p. Gesller. Zrobiona jest z chleba na zakwasie i podawana z pomidorami, oliwkami i czosnkiem. Jest soczysta, ale nie rozwodniona, bardzo fajnie przenikają się smaki. Warto spróbować za 9 zł. Świetnie smakuje też panini z pikantnym kurczakiem, zrobione z ciasta takiego samego jak na pizze i zwinięte podobnie jak calzone. Cały pic to jednak ten kurczak w środku. Takiego smaku chickena jeszcze nie znałem. Rewelacyjnie doprawiony. Za panini trzeba zapłacić 12 zł. Z menu karty spróbowałem też tatara wołowego i śledziowego. Wołowy podawany jest jako posiekane mięso skropione na kuchni oliwą, a na talerzu do przyprawienia wg własnego uznania cebulka, ogórki, grzybki i żółtko. Do tego komplet przypraw w płynie. Smakować będzie tak, jak sami sobie doprawicie. Tatar śledziowy był dla mnie nowością i miłym zaskoczeniem. Marynowany w czarnej porzeczce smakuje wybornie.

Dużo czasu poświęciła mi pani menager opowiadając o zmianach na lepsze po emisji programu. W międzyczasie pojawił się właściciel, który mimo, iż gdzieś się spieszył, znalazł chwilę na rozmowę i wspólne zdjęcie. Podsumowując, nazwa Galeria Smaku zobowiązuje, ale w tym przypadku restauracja nie ma się czego wstydzić.

Zaledwie 25 kilometrów dalej leży Magnuszew, gdzie zaplanowałem odwiedzić Starą Kuźnię. Jadąc DK 79 w kierunku Góry Kalwarii skręcamy w lewo w ulicę Partyzantów i po kilkudziesięciu metrach jesteśmy przed kolejną zrewolucjonizowaną restauracją. Cała okolica to prawdziwe jabłkowe zagłębie. Dlatego też kuchnia tej restauracji oparta jest na jabłkach. Na powitanie dostałem sok ze świeżych owoców. Od razu nazwałem go w myślach powrót do przeszłości. Po pierwszym łyku przypomniało mi się dzieciństwo jak babcia tarła mi jabłka i wyciskała z tej papki sok przez gazę. Niesamowite uczucie. Kolejna potrawa to krem z kury. Zmielone mięso drobiowe nadaje świetną konsystencję. Krem nie jest za rzadki ani zbyt gęsty i na dodatek super doprawiony. Nic dodać, nic ująć. A co pływa w środku? Oczywiście małe, pieczone jabłko! Mimo pełnego brzucha nie mogłem nie spróbować chwalonego w programie schaba w mleku. Mięso moczone jest w nim całą noc i podawane z sosem powstałym na bazie mleka. Całość smakuje bardzo oryginalnie. Jak przystało na jabłkową dolinę, restauracja ta wg pomysłu p. Magdy Gessler miała być zalana tymi owocami. Goście mają chodzić wśród jabłek. Mimo, iż od emisji programu minęły około 2 lata, ten pomysł wciąż praktykowany i trzeba przyznać, że wygląda to niebanalnie. Mnie osobiście bardzo podobał się też piec, który świetnie komponuje się w całości wnętrza. Przy słonecznej pogodzie przyjemnie jest posiedzieć na ogródku, na którym w weekendy zostaje wydzielona dodatkowo strefa relaksu, gdzie przy muzyce, parasolach odbywają się zajęcia salsy, podawana jest mrożona kawa i lemoniada. W samej okolicy zwiedzić można skansen bojowy w nieodległym Mniszewie czy podjechać do pobliskich Studzianek Pancernych, gdzie w 1944 r. odbyła się Bitwa pod Studziankami. Na koniec dobra wiadomość dla motocyklistów. Ponieważ p. Ania też jeździ motocyklem, bikerzy mają 10% zniżkę. Po zakończeniu wizyty w Starej Kuźni zrobiło się dość późno i już wiedziałem, że nie zdążę do Białegostoku, który również miałem w planach. Pomyślałem, że gdzieś w okolicach Zambrowa będę szukał noclegu. Około godz. 20.00 rozpocząłem poszukiwania kwater na mapach Google. Udało się szybko bo już po pierwszym telefonie znalazło się miejsce na jedną noc w Szumowie w cenie 35 zł.. Zanim zrobiłem zakupy i dojechałem, dochodziła już 21.30. Dzień pierwszy zakończył się dystansem 377 km. Na kwaterze, ponieważ był dostęp do Internetu jeszcze raz obejrzałem odcinek z restauracją meksykańską Peper’s w Białymstoku i tak pomyślałem, że tam będzie pewnie wszędzie kukurydza, której nie lubię i ostatecznie zdecydowałem, że Białystok odpuszczam i rano jadę prosto do Nowogrodu pod Łomżą.

Drugiego dnia do Nowogrodu jechałem z ogromną ciekawością. To za sprawą położenia restauracji Panorama, której nazwa po rewolucjach zmieniła się na Wiszące Ogrody nad Narwią. Jak było powiedziane w programie, widok z tej restauracji jest wart wszystkich pieniędzy i można zjeść każde proste danie siedząc i patrząc na taką panoramę, jaka roztacza się od strony ogródka. Trzeba przyznać, że jest bajecznie. Już samo wnętrze jest pięknie urządzone, a to za sprawą zawieszonych pod sufitem kwiatów. To co zobaczyłem po wyjściu na ogród, zaparło mi dech w piersiach. Miejsce położone jest na skarpie, z której widok jest niesamowity. Jedzenie kurpiowskie ma egzotyczne nazwy, ale smakuje bardzo swojsko. Wychopsień to kapusta z kiełbasą podawana w wydrążonym z miąższu chlebku. Rejbak to babka ziemniaczana z kawałkami boczku i kiełbasy. Rewelacyjne potrawy. Również kartacze mają super smak. Do tego wszystkiego zimne psiwo jałowcowe. Brzmi podobnie jak piwo, smakuje podobnie do piwa, a można po tym jechać dalej. Wybierając się tutaj zarezerwujcie sobie odrobinę więcej czasu, żeby poczuć klimat tego miejsca. Tu nie tylko można dobrze zjeść, ale również wspaniale odpocząć. Z sali można zabrać kocyk na zewnątrz i tam zjeść, a później zwyczajnie się na nim wyciągnąć i poleżeć we wspaniałych okolicznościach przyrody. Samej Magdzie Gessler miejsce tak się spodobało, że postanowiła tu wyprawić swoje urodziny. Naprawdę warto wbić w nawigację ulicę Rynek 21. Lokal jest przyjazny dzieciom, jest trampolina, zabawki, króliki, przewijaki, strefa karmienia piersią, więc nawet wybierając się z całą rodziną na Mazury warto zajrzeć do tego idyllicznego miejsca. Dodatkowo dla miłośników zwiedzania w pobliżu znajduje się skansen kurpiowski i poniemieckie bunkry. Na koniec wizyty pozwoliłem sobie jeszcze dokonać pamiątkowego wpisu do księgi gości bardzo oryginalnym długopisem zrobionym z bocianiego pióra i z żalem trzeba było rozstać się z tym miejscem obierając kierunek na Dobre Miasto.

Na Mazurach wiatr tego dnia dmuchał dość mocno. Gdzieś za Szczytnem jak raz dostałem podmuch z boku, to myślałem, że w miejscu pirueta wykręcę na motocyklu. Trzeba było nieco zwolnić. Dopóki jechałem krajówkami był przyjemny asfalt, ale kiedy skręciłem z szesnastki przed Barczewem na Tuławki w kierunku Dobrego Miasta, zaczął się największy drogowy horror tej wyprawy. Około 30 km to jakby odcinek specjalny rajdu terenowego. Dziury, łaty i garby, w sam raz na przejazd czołgiem, nie motocyklem. Możecie podejrzeć na mapie gdzie to jest. Nikomu nie polecam.

Bardzo ciekaw byłem reakcji właściciela lokalu w Dobrym Mieście, który w programie przedstawiony został jako człowiek o dość trudnym charakterze. W odcinku nie tyle chodziło o uzdrowienie kuchni, co naprawienie sytuacji rodzinnej. Nie do końca się to udało, ale mnie nie interesowała sytuacja rodzinna tylko to, czy rzeczywiście podają tam takie dobre schaby jak przedstawiono w telewizji. Niestety po dojechaniu na miejsce okazało się, że właściciela nie ma. Ponieważ po emisji odcinka odgrażał się on założeniem sprawy sądowej za ośmieszenie przed całą Polską, nie chciałem pisać nic o lokalu bez jego zgody. Skontaktowałem się z nim telefonicznie przedstawiając sprawę, ale dowiedziałem się tylko, że nie jest zainteresowany żadnymi plotkami i najważniejsze, że on sam wie jak smakuje jedzenie w jego restauracji. No skoro tak, to nic tu po mnie – pomyślałem. Jeśli właściciel zna smak kuchni, a twierdzi, że ludzie nie muszą, to nic nie zamawiam. Wstukałem w navi Kwidzyń i pojechałem dalej. Już w drodze znów wyszukałem kwaterę. Trafiła się w miejscowości Rakowiec, 8 km przed Kwidzyniem. Nawi pokazuje, że na miejscu będę koło 20:00 więc pomyślałem, że fajnie bo zdążę zrzucić bagaż i podjadę jeszcze do Rodeo Steak House. Jeśli zaliczę lokal dzisiaj, to na drugi dzień nie będę musiał czekać na otwarcie tylko z rana wyruszę dalej. Wszystko szło zgodnie z planem do momentu, kiedy podjechałem pod lokal w Kwidzyniu. Pocałowałem tam klamkę i zobaczyłem smutno zwisający baner „Lokal do wynajęcia”. Od przypadkowych przechodniów dowiedziałem się, że knajpa została zamknięta niedługo po przeprowadzeniu Kuchennych Rewolucji. Tego wieczoru dla odmiany kupiłem na kolację bułki i kiełbasę w sklepie i wróciłem na kwaterę. Miejsce o tyle przyjemne, że właściciele prowadzą hodowlę mojej ulubionej rasy psów – owczarków niemieckich. Dla szukających w tamtej okolicy polecam do wygooglowania „agroturystyka przy skarpie”. Za 35 zł macie nocleg z pięknym widokiem z balkonu. Muszę przyznać, że pospałem sobie tu wyjątkowo długo, a to chyba za sprawą pięknie pachnącej pościeli. Aż sobie musiałem spisać od właścicielki nazwę płynu do płukania. Obudziłem się dopiero przed 10.00 i przez to wyjechałem dużo później niż planowałem.

Rano czekała mnie codzienna czynność serwisowa, czyli smarowanie łańcucha. Po pokonaniu 367 km poprzedniego dnia należało mu się. Zaraz po wyjściu na podwórko przywitała mnie śliczna sunia. Przyjaźnie nastawiona dała się głaskać, chciała się bawić, przynosiła mi do rzucania dobrze już pogryzioną butelkę PET. Odstawiłem na schodki mojego zawiniętego w reklamówkę spraya ze smarem, pobawiłem się trochę z psem i wróciłem na chwilę do pokoju po rękawiczki. Wracam a butelki ze smarem nie ma. Po chwili zauważyłem ją po drugiej stronie podwórka. Myślałem, że może zawiało i się sturlała, ale kiedy wziąłem ją do ręki, poczułem uślinioną reklamówkę od razu wiedziałem czyja to sprawka… Po zapakowaniu sakw i wygłaskaniu pieska, pojechałem na Otomin. Droga na Gdańsk bardzo fajna, szeroka, wiatru już takiego nie było. Kiedy obwodnica trójmiejska „wypluła” mnie na Otomin, byłem już prawie pod restauracją Tabun. Zresztą bardzo łatwo trafić, bo po zjechaniu z S6 są reklamy wskazujące, w którym kierunku jechać. Od razu rzuca się duży kontrast między ruchliwą trasą, a oazą ciszy i spokoju jaka tam panuje. Stajnie, konie, wiejskie, kryte strzechą chaty pozwalają się poczuć jak na dzikim zachodzie. Na miejscu jest agroturystyka i klub jeździecki. Wnętrze restauracji ma fajny klimat, a siadając na zewnątrz nacieszymy oczy malowniczymi widokami. Polecam bardzo smacznego śledzia po kaszubsku w occie, a przede wszystkim krem z pomidorów z nutką koniaku na maśle karmelizowanym. Niesamowity smak, który do dziś wspominam z rozrzewnieniem. Nie mogę również nie pochwalić szarlotki podawanej z gałką lodów i bitą śmietaną. Jest genialna, tak cudnie doprawiona cynamonem, że z żalem patrzy się jak znika z talerza. Wszystkim podróżującym wzdłuż Bałtyku polecam zjazd z obwodnicy na Otomin, żeby choć na chwilę odpocząć tu od wielkomiejskiego zgiełku.

Kolejnym celem była Ustka. Po drodze planowałem odwiedzić jeszcze znajomych, którzy mieszkają w Wejherowie, a że była sobota, byli akurat na działce w Strzebielinie. Dokładnie na trasie mojego przejazdu. Bardzo sympatyczne małżeństwo młodych ludzi, których poznałem w tamtym roku w Rumunii. Tak się złożyło, że nawet razem wracaliśmy w kierunku Polski. Oni samochodem, ja motocyklem. Jeszcze zanim wyjechałem z domu, umówiliśmy się telefonicznie na krótkie spotkanie. Planowałem tylko na chwilę zajrzeć, pogadać i jechać dalej, a że zaproponowali nocleg, a godzina zrobiła się już blisko 17.00 pomyślałem, że to nawet będzie lepsza opcja wyjechać z rana w kierunku Ustki. Nie było innego wyjścia, jak wsiąść na motocykl, podjechać do pobliskiego sklepu i zrobić jedyne słuszne w tej sytuacji zakupy, aby zakończyć dzień dystansem zaledwie 188 km. Piotrek z Asią w ciągu pięciu lat zrobili z zalesionego terenu piękną działkę. Musieli w to włożyć mnóstwo pracy, ale było warto. Plac porośnięty kiedyś gęsto drzewami teraz jest uroczym miejscem odpoczynku, pełnym kolorowych kwiatów i własnoręcznie zrobionym stawikiem otoczonym skalniakiem. Przy grillu spędziliśmy czas do północy, kiedy to zerwał się silny wiatr zwiastujący nadchodzący deszcz. Aplikacja meteo tylko potwierdziła, że będzie lało w nocy. Pół godziny później, kiedy już wszystko sprzątnęliśmy, prognoza się sprawdziła. Rano było już po deszczu, ale miałem trochę stracha bo były zapowiedzi, że w dzień będzie dalej padało. Na szczęście tym razem się nie sprawdziły. Przy nieco zachmurzonym niebie dojechałem do restauracji Syrenka w Ustce położonej przy porcie na ulicy Marynarki Polskiej 32a. Podczas rewizyty Magda Gessler powiedziała o tym miejscu „najwyższa klasa ryby w kraju”. W trakcie realizacji tego odcinka Kuchennych Rewolucji ustalono, że tu będzie kuchnia na temat ryb. Menu będzie takie, jak giełda. Codziennie w ofercie będą takie ryby, jakie uda się właścicielowi kupić. Prowadząca program zabrała też ekipę pracowników do pobliskiej wędzarni na naukę wędzenia ryb. Na koniec właściciel Syrenki dostał w prezencie wędzarkę. W niedzielę około godz. 13.00 nie było ani jednego stolika wolnego, ani wewnątrz lokalu, ani na ogródku. Nie było też właściciela, p. Adama, ale przyjechał ze świeżymi rybami dosłownie za 2-3 minuty. Wysłuchał moje pomysłu wyprawy, dużo opowiadał o kulisach kręcenia programu. Po emisji odcinka ustawiła się taka kolejka przed lokalem, że został wstrzymany ruch na deptaku. Restauracja ma takie powodzenie, że nie robią rezerwacji stolików, nie organizuje żadnych przyjęć typu komunia, chrzciny, a na własne oczy widziałem, że w drzwiach czekali kolejni klienci na wolne miejsce. Jedyny problem jaki tu istnieje, to znalezienie właściwej liczby odpowiedzialnych pracowników, którzy obsłużą tak licznych gości. Dzięki współpracy z p. Magdą i zakupowi drugiej, mobilnej wędzarki p. Adam współuczestniczył w obsłudze wielu plenerowych imprez m.in. urodzin Kulczyka, właściciela Allegro i około 40 innych, znanych i bogatych person tego kraju. Jak sam twierdzi, wyjęte z lodu świeże ryby przyrządza na oczach gości i kładzie do wędzenia, a po 3-4 godzinach i kilku „głębszych” mają rewelacyjną zagrychę. Już samo to, że znana restauratorka zleca mu takie zadania, świadczy o smaku ryb, które przyrządza. Ja po spróbowaniu szprotki, makreli, halibuta, pstrąga i łososia mogę tylko potwierdzić, że są pycha. Bardzo dobry jest też tatar z łososia podawany z siekaną cebulą i kiszonym ogórkiem. Nigdy nie jadłem zupy rybnej i tu miałem okazję się przekonać jak to smakuje. Ogromna niespodzianka, zupa super. Pływa w niej dużo kawałków różnych ryb, a ich mięso jest mięciutkie i smakuje wybornie. Z Syrenki wyszedłem z pełnym brzuchem, a tu zaledwie za 80 km kolejna zaplanowana wizyta…

Godzinę później byłem na miejscu, w restauracji Fregata w Koszalinie. W czasach PRL knajpa była znana przede wszystkim z najlepszych dancingów z wódeczką i śledzikiem. Z czasem jednak zmieniła się w niezbyt ciekawy lokal z szemranym towarzystwem, który bardziej odstraszał, niż przyciągał nowych gości. Ideą przemian w programie miał być powrót do przeszłości, a więc podstawowe dania polskie, wystrój z lat 60-tych, lokal z dancingiem. Jak dowiedziałem się na miejscu, dancingi się nie przyjęły, jednak wystrój sali rzeczywiście ma niepowtarzalny klimat, który przenosi nas w tamte czasy. Do tego wszystkiego świetnie zgrana załoga młodych ludzi pracujących w lokalu. Takich luzaków jeszcze w żadnej restauracji nie spotkałem, ale dzięki temu nie czuć tu żadnej sztywności. Chłopaki podają świetnego śledzia pod szubą nazwanego w karcie po rosyjsku. Podawany w kształcie torcika. Jest sałatką z przekładanych warstw śledzia, majonezu, cebuli, ziemniaków, buraków i to wszystko posypane tartym jajkiem. Z kolei dorsz w sosie portugalskim podawany jest w postaci fileta, więc przypadnie do gustu wszystkim, którzy nie lubią walczyć z ościami. Sos jest zrobiony z najwyższej jakości oliwy extra virgin, podsmażonego czosnku, białego pora z dodatkiem białego wina wytrawnego, odrobiną miodu i śmietany. Polecam spróbować, bardzo dobre. Przy okazji rozmowy z chłopakami dowiedziałem się, że Restauracja Zamkowa w Świdwinie, która miała być kolejna na mojej liście odwiedzin, już nie istnieje. Postanowiłem w takim razie jechać w kierunku Gorzowa Wlkp., poszukać w okolicy noclegu i następnego dnia dojechać do Villi Toscania w Pszczewie. Kiedy byłem już za Szczecinem okazało się, że nie jest tu tak łatwo znaleźć miejsce do spania. Albo nikt nie odbierał, albo ceny zaporowe, a jak już przy którymś kolejnym połączeniu usłyszałem w słuchawce cenę 340 zł za noc, to zacząłem się zastanawiać, czy aby nie pomyliłem kierunków i nie jestem przypadkiem po niemieckiej stronie. W końcu za pięć dych znalazłem miejscówkę w Gliniku. Po przejechaniu tego dnia 442 km, przed 22:00 zameldowałem się na kwaterze. Rano rozpoczął się ostatni dzień mojej wyprawy.

Wyjechałem przed 10:00 tak, żeby koło 11:00 być w Pszczewie. Bardzo byłem ciekaw restauracji w Villi Toscania, którą Magda Gesller nazwała najlepszą kuchnią włoską w Polsce. Jedynym problemem tego miejsca był brak klientów spowodowany brakiem wskazówek jak tu dojechać. W rzeczywistości wcale nie jest trudno trafić. Jadąc DK 24 w kierunku Poznania, w miejscowości Wierzbno skręcamy na Międzyrzecz. Na skrzyżowaniu teraz już są postawione reklamy Villi, więc nie sposób się zgubić. Po 500 m. byłem już na miejscu. Była godzina 11.10, a okazało się, że restauracja czynna jest od 12.00. Nie było rady jak poczekać. Nie przeszkadzało mi to wcale, bo kompleks leży w bardzo ładnym, cichym otoczeniu wśród zieleni i pagórków. Z przyjemnością pooglądałem sobie te piękne widoki i porobiłem zdjęcia. W sali restauracyjnej wisi mnóstwo zdjęć i autografów gwiazd i celebrytów, a jak zapewnia właścicielka p. Bogusia, jeszcze nie wszystkie są powieszone. Kiedy kuchnia już ruszyła, na pierwszy ogień poszły przystawki. Carpaccio z polędwicy wołowej z zieloną sałatą i parmezanem oraz roastbeef pieczony na różowo. Carpaccio pyszne, ale kiedy spróbowałem roastbeefa odjęło mi mowę. Niebo w gębie to mało powiedziane. Jeszcze nigdy w życiu nie jadłem tak pysznego mięsa. Tego się nie da opisać, ale jeśli się tam kiedyś zatrzymacie nie odmawiajcie sobie przyjemności jego spróbowania. Dalej przyszła kolej na ravioli z nadzieniem mięsnym podane z masełkiem i boczkiem oraz zielone ravioli wypełnione szpinakiem i serem risotta, podane z rumianym masełkiem, orzeszkami włoskimi i Pini oraz parmezanem. Oba dania rewelacja. Co mnie zdziwiło to to, że gdyby ktoś podał mi szpinak do ziemniaków i mięsa, pewnie bym go nawet nie ruszył. W tym przypadku, mimo że mięso stoi u mnie pierwszym miejscu, żeby zostawić sobie jeszcze nieco miejsca w żołądku nie zjadłem wszystkich ravioli z mięsem, ale tym szpinakowym nie odpuściłem. Pycha. Spróbowałem też eskalopek wieprzowych z prawdziwkami, które również z czystym sumieniem mogę polecić oraz dorsza na warzywach w sosie pomidorowym. Ryba przyprawiona jest jakąś przyprawą, która nadaje jej niepowtarzalny, bardzo dobry smak. Wielkie gratulacje dla kucharza!

Z Villi Toscania pojechałem do Zielonej Góry. Spotkało mnie tu największe rozczarowanie. Planując trasę drugiego etapu początkowo nie brałem pod uwagę tamtych rejonów. Ponieważ jednak pod relacją z etapu pierwszego w komentarzach pojawiło się zaproszenie do Namaste India napisane przez właścicielkę p. Monikę, a i ciekawy byłem smaków indyjskiej kuchni, ostatecznie postanowiłem nanieść poprawki i odwiedzić to miejsce. Kiedy dojechałem i wszedłem do środka, dowiedziałem się od kelnerki, że p. Moniki nie ma i nie będzie. Powiedziałem w jakiej sprawie przyjechałem, że Szlakiem Kuchennych Rewolucji, że zostałem zaproszony i może mógłbym porozmawiać w takim razie z właścicielem i coś z nim ustalić. Za chwilę kelnerka wraca i mówi mi, że właściciel nie ma teraz dla mnie czasu. Pytam się czy może dać mi numer do p. Moniki, żebym się z nią skontaktował. Niestety, przykro mi… W takim razie czy mam poczekać, żeby właściciel znalazł dla mnie chwilę? Niestety, przykro mi… Specjalnie zmodyfikowałem trasę nadkładając około 300 km, może jest jakieś rozwiązanie, żebym mógł zamienić słowo, z którymś z właścicieli? Niestety, przykro mi… Nosz kur… Jej jest przykro!!! A co ja mam powiedzieć? Pani Moniko, gdybym ja kogoś zaprosił do restauracji, to uprzedziłbym męża, kogoś z kelnerów, że może się taka osoba zjawić i wypadałoby, żeby ktokolwiek poświęcił jej chwilę czasu.

Z Zielonej Góry pojechałem w ostatnie z zaplanowanych miejsc, do Głogowa. Przy okazji miałem okazję zrobić rundkę po największym w Polsce (i jednym z największych w Europie) rondzie, które znajduje się właśnie w tym mieście. Wierzcie mi, że czułem się jakbym robił okrążenie wokół jakiejś wyspy. Zaledwie minutę jazdy od głównej trasy znajduje się przy ulicy Rynek 43 restauracja Viva Grecja. Fajnego klimatu wewnątrz lokalu nadaje grecka muzyka. Oczywiście przy ładnej pogodzie można też usiąść na ogródku. Tu spróbowałem samych mięs. Zjadłem po kawałku gyrosa w sosie feta, wołowiny w sosie pomidorowym, kotleta w sosie pomidorowym i szaszłyka. Każdy kto lubi mięso poczuje się tu jak w raju. Każde jest inaczej przyprawione, a ciekawostką jest wołowina doprawiona cynamonem. Oryginalny smak. Zdecydowanie polecam przejeżdżającym przez, Głogów, aby odwiedzić restaurację Viva Grecja, szczególnie mięsożernym. Z Głogowa przejeżdżając jeszcze przez kojarzony z tym miastem różowy most, udałem się prosto do domu kończąc dzienny dystans wynikiem 474 km oraz cały drugi i ostatni etap wyprawy dystansem 1848 km. Pisząc teraz relację, z rozrzewnieniem wspominam pyszne jedzenie jakie miałem okazję spróbować. Nigdzie nie spotkałem się z jadłem nieświeżym, tłustym czy smażonym na starym oleju. Właściciele po rewolucjach chyba doskonale rozumieją, że nie warto źle karmić gości, bo to się zemści za chwilę brakiem klientów.

Jeśli miałbym wybrać prawdziwe hiciory wyprawy, to zdecydowanie byłby to grillowany oscypek z Zajazdu pod Jodłową Górą w Tymbarku, schab „U Schabińskiej” w Jaśle i roastbeef w Villi Toscania pod Pszczewem. Nie znaczy to, że gdzie indziej jest niesmacznie, ale to były dla mnie prawdziwe przeboje.

Na koniec kilka słów o motocyklowych jeansach Denver II przekazanych przez firmę Modeka. Przejechałem w nich na obu etapach wyprawy prawie trzy tysiące kilometrów i były to jedyne spodnie do jazdy jakie zabrałem ze sobą. Wcale nie uważam, że jeansy muszą być gorsze od spodni tekstylnych, zwłaszcza jeśli te ostatnie są uszyte z wszelkich materiałów, których nazwy są anagramami oryginalnej Cordury®. Widziałem już co się dzieje z takimi nogawkami przy niewielkim szlifie. Kolana osłania ochraniacz, ale w innych miejscach materiał przeciera się momentalnie i szlifujemy gołą nogą bądź d…ą po asfalcie. W przypadku jeansów, nawet jeśli materiał się przetrze, chronią nas jeszcze wszyte wewnątrz duże kevlarowe łaty. Model Denver II ma ciekawy wygląd dzięki fantazyjnym przeszyciom. Egzemplarz, który dostałem, jest lekko luźny na mnie w pasie i tak już zostało mimo królewskiego jedzenia w czasie wyprawy, ale pasek załatwia sprawę. Spodnie jak dla mnie mają za małą możliwość regulowania wysokości ochraniaczy na kolanach. Mimo, że jest miejsce, aby podnieść je wyżej, to nie ma rzepa, który by je w tej pozycji utrzymał. Podczas chodzenia towarzyszyło mi dziwne uczucie, kiedy to wszystko wisiało pod kolanami. Kiedy wsiada się na motocykl, ochraniacze podnoszą się, ale nogawki są tak wyprofilowane, że zewnętrzne części kolan są odsłonięte, a przecież w przypadku szlifa to chyba ta część kolana pierwsza spotyka się z asfaltem. W spodniach tekstylnych jakie mam, wygląda to dużo lepiej, ochraniacze są cały czas na kolanach, zarówno w czasie chodzenia w nich jak i jazdy, osłaniając przy tym całą ich powierzchnię. Plusem spodni Modeki są ochraniacze bioder w komplecie. Zazwyczaj w przypadku jeansów motocyklowych musimy je sobie dokupić osobno. W temperaturach jakich jeździłem, około 25-28 st C, czułem się w nich komfortowo. Raz nawet przy dużym wietrze poczułem lekki chłód, ale chyba o to chodzi, żeby latem spodnie były przewiewne i nie pozwalały się pocić. Zauważyłem też, że wcale nie przyczepiają się do nich owady w czasie jazdy. Po pokonanym dystansie wcale się nie zabrudziły i wyglądają jak nowe. Podsumowując – spodnie są ładne, mają duże wstawki z kevlaru na kolanach, biodrach i pośladkach, ochraniacze na biodra w komplecie, dobrze spisują się w ciepłe dni, ale kwestia ochraniaczy na kolanach jest niedopracowana.

Jeśli Wasze trasy będą prowadziły przez któreś z wymienionych w relacji miejscowości i poczujecie się głodni, możecie sami sprawdzić jak smakują podawane w opisanych restauracjach potrawy. Myślę, że nie będziecie zawiedzeni. Może przy okazji uda Wam się dowiedzieć coś niecoś na temat kulis kręcenia programu. Ja dowiedziałem się bardzo dużo i wiem, że czasem rzeczywistość mocno się różni od tego, co widzimy na ekranie, ale… Nie będę zdradzał żadnych szczegółów. Niech magia telewizji trwa!

MotoRmania
Redaktor naczelny

to lifestylowy magazyn o tematyce motocyklowej. Ekskluzywność tego tytułu podkreśla nie tylko doskonałej jakości papier, ale przede wszystkim wyjątkowe materiały. Masz sprawę ? Skontaktuj się:

Materiały premium

czytaj kolejne artykuły