6 państw, 9 dni, 4000 kilometrów, tysiące wspomnień
Piotr Jędrzejak
5 kwietnia 2016

Podróż po Europie, czyli: Ełk – Wrocław – Praga – Monachium – Innsbruck – Stelvio – Mediolan – Kobarid – Wiedeń – Kraków – Ełk.

autor:
Klaudia Dąbkowska

Sezon motocyklowy zbliża się coraz większymi krokami. Chociaż, jak można zauważyć np. na Pomorzu, niektórzy już go rozpoczęli :). Z związku z tym nadchodzącym okresem, którego na pewno fani jednośladów już nie mogą się doczekać, postanowiłam napisać parę słów o mojej wakacyjnej wyprawie – pierwszej takiej podróży w moim życiu – i liczę, że może kogoś zachęci to do nieporzucania swoich marzeń i odnalezienia w sobie szczypty odwagi, która pomoże w pokonaniu, często stojących na naszej drodze, słabości.

Chociaż od rozpoczęcia mojego tournee minęło już ponad osiem miesięcy, to myślę, że to dobry czas, żeby w tym chłodnym, teoretycznie jeszcze zimowym okresie, powspominać 40-stopniowe upały podczas najciekawszej, jak do tej pory, przygody w moim niedługim życiu.

Jedna para, przyjaciele, rodzeństwo – to wszystko składa się na cztery osoby, które postawiły spędzić ze sobą najbliższe 9 dni, począwszy od 28 czerwca 2015 roku, przemierzając drogi Europy na trasie prowadzącej do Mediolanu i z powrotem! Pewnie, gdybym wtedy, bez większych szczegółów, powiedziała którejś z moich koleżanek o moich planach, usłyszałabym: „Mediolan! Ale Ci zazdroszczę! Domy mody, luksusowe marki, zakupy całymi dniami… achhh”. Ale nic z tych rzeczy…

Wyprawa zaczęła się około 6 rano w Ełku, a ja nie miałam na sobie szpilek i torebki Louis Vuitton, jak przystało na dziewczynę zmierzającą na Via Monte Napoleone – uliczkę z najbardziej ekskluzywnymi markami świata, a przeciwnie – ciężkie buty prawie do kolan, leginsy, termoaktywną koszulkę, a na to niezwykle modny w minionym sezonie – kombinezon motocyklowy!!! Włosy związane w prosty warkocz, zero make-up’u i kask. Czy nie żałowałam tego, że nie zmierzam właśnie na lotnisko, gdzie wsiądę do samolotu, prześpię lot i obudzę się we Włoszech? Już teraz mogę powiedzieć, że nie! Zamiast wygodnego miejsca w samolocie obok miłości mojego życia, wsiadłam z nim na Kawasaki ZZR 600. I tu ujawniam fakt, że nie byłam wcale kierowcą motocykla, nawet nie mam prawa jazdy kategorii A, a tylko narzekającym od czasu do czasu na brak zajęcia „plecakiem”.

Wyprawa planowana była już od dłuższego czasu i na początku zdecydowanie nie byłam nią zachwycona… Wakacje po ciężkim roku akademickim wyobrażałam sobie raczej jako tygodniowe wylegiwanie się nad gorącym morzem, a nie rozpływanie się – dosłownie – w czarnym kombinezonie z grzejącym za plecami słońcem. Ale nie było tak źle.

Zaczynając od początku, to muszę przyznać, że nie zaangażowałam się szczególnie w przygotowanie do podróży. Do moich zmartwień należał głównie zakup suszarki turystycznej oraz wymyślenie, jak spakować się na 9 dni w 35-cio litrową sakwę. Dziewczyny zrozumieją :P. W końcu jakoś to ogarnęłam i muszę powiedzieć, że na każdy dzień miałam inny strój. Jeśli więc Panowie myślą o zabraniu swojej drugiej połówki w podobną podróż, to argument o braku miejsca bagażowego możecie śmiało podważyć. My mieliśmy też 42-u litrowy kufer, więc można było jeszcze coś dorzucić.

No dobra! Wszystko zaplanowane: trasa, opłacone noclegi, średnie koszty, za dwa dni wyjeżdżamy i … kryzys. Nagle uznałam, że nigdzie nie jadę! Wspominając to teraz, dziękuję swojemu chłopakami za potrzymanie za rękę i zapewnienia, że wszystko będzie dobrze, a jak nie to wracamy.

I oto pierwszy plus wyprawy na własną rękę. Jesteście niezależni. W każdej chwili można zmienić kierunek, zostać gdzieś dłużej albo krócej, zatrzymać się, jechać wolnie lub szybciej. W końcu jakoś dałam się przekonać. Oprócz mojej skromnej osoby oraz Marcina, w wycieczce uczestniczyli również mój brat – Patryk oraz jego przyjaciółka – Agata.

Na pierwszy dzień zaplanowana została trasa Ełk – Wrocław. Kierowcy używali GPSa ściągniętego na telefon – raczej nie zawodził, choć kilka razy pobłądziliśmy, ale o tym za chwilę. Udało nam się przejechać około 20 km i jadąc za Patrykiem, zauważyliśmy że coś dziwnego dzieje się z jego kufrem. Na „kocich łbach” w Prostkach, jego samodzielnie zespawany stelaż i kufer przyczepiony w niektórych miejscach na trytki! nie wytrzymał. Tak kończy się zbytnia oszczędność i śmiało mogę teraz powiedzieć, że na tego typu wyposażenie nie powinno się żałować pieniędzy. Pewne sprzęty są w takiej podróży niezbędne np. porządny stelaż z kufrem. Oczywiście była kupa śmiechu, bo kilka trytek pękło. Na szczęście przygotowany był zapas, więc mgr inż. Patryk szybko sobie z tym poradził.

Pierwszy dłuższy postój w Warszawie – udało się przejechać bez problemów, bez korków, w miarę sprawnie. Na stacji szybki posiłek; dodatkowo zagadał do nas trochę starszy zapaleniec motocyklowy, który kierował się na jakiś zlot ze swoją kobietą. Pytał gdzie jedziemy i życzył powodzenia. Swoją drogą bardzo mile i takich niespodziewanych spotkań jeszcze kilka przed nami. Po chwili odpoczynku, jechaliśmy dalej i nawet udało mi się w ogóle nie marudzić :). Kolejna przerwa – Łódź… Nie bez powodu te trzy kropki! I oto pierwsze miejsce, w którym nawet najlepszy GPS by zawiódł. Wszystko rozkopane, ogólnie jakiś chaos i nieporządek, ale dobry humor nas nie opuszczał.

Błądziliśmy dobrą godzinę, aż w końcu udało nam się wyjechać i po niedługim czasie byliśmy we Wrocławiu. Jeszcze z godzinę i chyba nie czułabym tyłka przez następne trzy dni. Szybko odnaleźliśmy zabukowany hostel. Chwila na meldowania i sprawy papierkowe i leżeliśmy na łóżkach (chociaż podłoga też mogłaby być). Nie chcąc tracić czasu, wzięliśmy szybki prysznic, nałożyliśmy normalne ciuchy i ruszyliśmy na miasto. I co tu powiedzieć o Wrocławiu? Ładna starówka, kilka pięknych zabytków, stare kościoły i kamienice. Zrobiliśmy pare zdjęć. Czas szybko zleciał. Dodam tylko, że tego dnia ostatni raz miałam na sobie kurtkę i adidasy. Z każdym dniem było coraz goręcej.

Umęczeni wróciliśmy do hotelu i poszliśmy spać, żeby o 6 ruszyć w dalszą drogę. Na marginesie wspomnę, że rano chłopakom oberwało się za chrapanie, które przez dłuższą chwilę nie pozwalało mi zasnąć. Oczywiście wypierali się cały dzień, ale ja wiedziałam swoje.

Next stop – Praha! W końcu coś się dzieje. Gdy zatrzymaliśmy się na pierwszy postój po przekroczeniu granicy, temperatura zaczęła dawać się we znaki. A wtedy nie zdawaliśmy sobie jeszcze sprawy, że będzie goręcej. Co wyróżnia Czechy? 90% Skod na drogach :). Oczywiście, zaczęły się piękne widoki. Lasy, góry – coś niesamowitego. Również bez nadmiernego wysiłku dotarliśmy do celu. Podobnie jak ostatnio – prosty hostel, pokój czteroosobowy dla ograniczenia kosztów, czysto, cicho, nie potrzebowaliśmy nic więcej. I znowu ta sama historia – szybki prysznic i nawet nic nie zjedliśmy, żeby najwięcej dowiedzieć się o mieście. Od pracownika recepcji dostaliśmy jakiś przewodnik i mapę. Agatka przejęła nad nimi kontrolę i dzięki niej ślicznymi uliczkami z kamienicami w starym stylu dotarliśmy nad Wełtawę.

Podziwiając piękną architekturę przeszliśmy Mostem Karola na drugi brzeg rzeki. Później, po pokonaniu ogromnej ilości schodów dotarliśmy do punktu widokowego, skąd mogliśmy podziwiać niekończącą się Pragę oraz trochę odpocząć.

Schodziliśmy inną drogą, kierując się w stronę hostelu. Nie liczyliśmy, ale podejrzewam, że pokonaliśmy z 10 km i drugie tyle było jeszcze przed nami. Starym uliczkom uroku dodawali śpiewający i grający artyści.

W połowie drogi postanowiliśmy zasmakować czeskiego piwa w niedużej restauracji. W stolicy raczej nie było ciężko dogadać się z języku angielskim, zarówno w hostelu, jak i restauracjach i sklepach. Wizyta u naszych sąsiadów zdecydowanie udana.

Po przejściu tylu kilometrów, co niektórzy padli od razu po przekroczeniu progu pokoju. I tu udało się rozwiązać zagadnę chrapiącej duszyczki, którą okazała się Agata! Nie było to jakąś wielką niedogodnością, ale radzę zrobić niewielki research przed podjęciem decyzji o wspólnym noclegu z niektórymi towarzyszami podróży :).

Kolejny dzień rozpoczął się równie wcześnie, co poprzednie. Teraz naszym celem był Innsbruck – miasto leżące u podnóża przepięknych austriackich Alp. Przemierzając kolejne kilometry z oddali wyłaniały się coraz bardziej wyraźne szczyty gór. Wielkim plusem bycia pasażerem, czy to w samochodzie, czy na motocyklu, jest możliwość podziwianie widoków bez zagrożenia rozbiciem się. Mając przed sobą tak niesamowite krajobrazy szybko zapomina się o wszystkich niedogodnościach; chociaż podczas naszej podróży było ich niewiele. Najbardziej obawiałam się bólu pleców. Jednak pozycja, jakiej wymaga poruszanie się jednośladem nienależny do najwygodniejszych, przynajmniej dla „plecaka”. O dziwo bólu pleców w ogóle nie doświadczyłam, ponieważ bez problemu mogłam opierać się o zakupiony i poprawnie zamocowany na stelażu kufer! Na pewno gorzej miała Agata. Skąpstwo mojego brata przysporzyło jej trochę cierpienia. Tak więc kufer był dla mnie i dla moich pleców idealną opcją – polecam :). Jeszcze przed Austrią zahaczyliśmy o Monachium i znajdujące się tam BMW Welt. Osobiście to miejsce nie urzekło mnie za bardzo, ale Patryk był w siódmym niebie. Znalazłam tam tylko motocykl na kolejną podróż. Na takim sprzęcie, to nawet na koniec świata :).

Niemieckimi autostradami szybko przemieściliśmy się do Austrii. I wyobraźcie sobie nasze zdziwienie, gdy dotarliśmy do pensjonatu i w recepcji powitali nas Polacy. Miło było spotkać kogoś „znajomego”.

Widok z pokoju cudowny! Otworzyliśmy okno i nie mogliśmy napatrzeć się na sięgające do nieba góry. Po szybkim rozpakowaniu, ruszyliśmy napawać się widokiem najpiękniejszych gór Europy. Obiad zjedliśmy we włoskiej restauracji, gdzie na deser dostaliśmy najlepsze Tiramisu świata. Kucharz oraz kelnerka, a tym samym właściciele byli Włochami i widać było, że kochają jedzenie, bo wszystko było tak pyszne, że znikało z talerzy chwilę po podaniu. Pełni nowych sił wybraliśmy się na długi spacer. Innsbruck był przestojem w podziwianiu architektury. Tutaj mogliśmy nacieszyć się pięknem przyrody i wyciszyć od zgiełku miasta.

Zapraszamy na kolejne strony relacji!

Piotr Jędrzejak
Redaktor naczelny

Głównodowodzący portalem. Nie je, nie śpi, żyje newsami ze świata motocyklowego. Związany z laptopem. Zdarza mu się poprawiać "waCHacze" po kumplach z redakcji. Po mieście szaleje Street Triplem 675. Skontaktuj się Masz sprawę ? Skontaktuj się:

Materiały premium

czytaj kolejne artykuły