Wyruszanie w trasę z ludźmi, z którymi się wcześniej nie jeździło, to jak ślub z człowiekiem, z którym się wcześniej nie spało…

Lepiej być samemu niż z nieodpowiednim człowiekiem. Będąc w toksycznym związku masz wszystkie ograniczenia i obowiązki z tym faktem związane, a nie dostajesz oczekiwanego wsparcia. Związki są po to, by ludziom było dzięki nim lepiej, a nie gorzej. Tak samo z towarzystwem w trasę.

Bycie samemu w drodze ma wiele zalet. Z nikim nie musisz uzgadniać terminu, trasy, budżetu, tempa, kto dziś jedzie pierwszy itd. Nawiązujesz kontakty z ludźmi napotkanymi w drodze – tubylcami i innymi podróżnikami – kiedy chcesz i na tak długo jak chcesz. Nie jesteś skazany na towarzystwo codziennie tego samego człowieka lub ludzi, których niektóre przejawy mogą cię wkurzać. Jednak ta wolność absolutna jest pozorna. Podróżowanie samotne ogranicza bowiem wybór miejsc, które odwiedzasz, do takich, w których jesteś w stanie sam sobie poradzić w każdej sytuacji, bądź uzyskać pomoc. Jeżeli nie masz dość siły by podnieść obładowany motocykl (ja nie mam!) możesz pojechać tylko tymi drogami, którymi przynajmniej raz na jakiś czas ktoś przejeżdża i pomoże ci się pozbierać. Jeśli nie umiesz zlikwidować każdej usterki (ja nie umiem!) to możesz wyruszać tylko tam, gdzie istnieją warsztaty, w których naprawią ci to, z czym nie poradzisz sobie sam.

Poza tym, wielu ludzi nie potrafi w pełni cieszyć się przeżyciami, jeśli nie może ich dzielić z drugą osobą. Z kimś o podobnej wrażliwości, kto przeżywał będzie podobnie te same sytuacje. Kto tak samo zachwyci się winklami na górskich serpentynach oraz światłem Księżyca odbijającym się w wodach fiordu. Opowiadano mi o samotnej turystce, która widząc plac św. Marka w Wenecji rozpłakała się. „Tu jest tak pięknie, a ja nie mam z kim na to patrzeć…”.

Ale jeśli chcesz pojechać w parze czy grupie, w tych chorych na ADHD czasach bardzo ciężko jest znaleźć ludzi na tyle zmotywowanych, by byli w stanie ustalić wspólny termin i dostać na niego urlop. Porozumienie w kwestii trasy, miejsc noclegowych, budżetu może być trudne do osiągnięcia jeszcze przed wyjazdem. A że tylko jedną rzecz można przewidzieć ze 100% pewnością – że w trasie wydarzą się sytuacje nieprzewidziane – może się okazać, że każdy reaguje na nie inaczej i preferuje inne rozwiązania. Opóźnienie wywołane deszczem lub awarią jedni chcą niwelować podkręcając prędkość, inni zaś ograniczając program turystyczny. Gdy natkniecie się na piękne miejsce, które część ekipy będzie chciała poznać lepiej, może się okazać że pozostali będą przeciwni odstępstwom od planu. Bywa też tak, że skłonności przywódcze i nieumiejętność wsłuchiwania się w potrzeby innych ma więcej niż jedna osoba w grupie, przez co okazuje się, że drogi Europy są zbyt małą przestrzenią, by pomieścić dwa rozdmuchane ego. Nie bez przyczyny powiedział pewien mędrzec „jeśli chcesz sprawdzić, czy ktoś jest naprawdę twoim przyjacielem, zabierz go w góry”. Dopiero bowiem w sytuacjach ekstremalnych – gdy superego jest osłabione przez zmęczenie, wychłodzenie, głód, strach – wychodzi z ludzi ich prawdziwa natura i przekonujemy się, czy możemy na nich polegać.

(O analogiach wspólnego jeżdżenia motocyklem do związków i małżeństwa, o cechach osobowości i preferencjach na które trzeba zwrócić uwagę gdy się wybiera partnerów drogi – pisałam w poprzednim artykule.)

Jeśli jednak uda się skomponować dobrze dobraną ekipę – to wyprawa w takim gronie będzie przeżyciem podobnym jak misja Froda i przyjaciół. Jeden świetnie strzela z łuku, inni potrafią tropić, rzucać czary, czytać runy, usmażyć kolację. Nieprzypadkowo cywilizacja rozwinęła się dzięki współpracy i specjalizacji. Jesteśmy stworzeni do działań grupowych. Rzadko zdarza się, by jedna i ta sama osoba była wybitnym mechanikiem, umiała planować trasy, czytać mapy, znała wszystkie potrzebne w trasie języki, robiła świetne zdjęcia i potrafiła udzielać pomocy medycznej.

Ale nawet dobranie komplementarnych talentów nie zastąpi najważniejszego czynnika działań wspólnych: wzajemnej odpowiedzialności i solidarności (bo swój charyzmat można wykorzystać bądź dla dobra wspólnego, bądź po to by manipulować i kontrolować innych. Frodo dał radę donieść Pierścień do Góry Przeznaczenia, bo nie próbował go wykorzystać do zdobycia przewagi nad resztą Drużyny). Ekipa, z którą czasem jeżdżę, są to ludzie doskonale rozumiejący na czym to polega. Jako pierwszy jedzie ten, kto zna trasę i potrafi poprowadzić grupę. Zaraz za nim najsłabsze maszyny i/lub najmnniej doświadczeni jeźdźcy – po to, by dostosowywać tempo całej ekipy do ich tempa. Wszyscy trzymają szyk „na zakładkę”. Zamykający pilnuje, by nikt się nie zgubił. Utrzymujemy kontakt wzrokowy, jeśli rozepną nas światła czy trudny do wyprzedzenia pojazd, ci z przodu zwalniają, aby reszta mogła nadgonić. Brzmi trochę sztywniacko i w sprzeczności z duchem motocyklowej wolności? Być może, ale dla zielonej żabki na 22-konnej 250-tce, jaką byłam w swoim pierwszym sezonie, poczucie bezpieczeństwa i wsparcia oferowane przez tę ekipę było bezcenne. Wyjadacze, którzy jeździli motocyklami zanim się narodziłam, dbali o mnie i dawali mi czas na bezstresowe, stopniowe, w moim własnym tempie, nabieranie umiejętności. Dlatego przeżyłam wstrząs, kiedy pewnego dnia wybrałam się na polatankę z innymi ludźmi. Spora część tej grupy miała tylko jedną zasadę: jadę tak, jak mi pasuje, a na innych zwracam uwagę o tyle, o ile im udowadniam, że jestem od nich lepszy… Z takim podejściem – grupa nie jest właściwie grupą. Wróciłam więc na bazę sama.

Zasady są dla dobra ludzi, a nie ludzie dla zasad. Styl jazdy mojej ekipy jest jednym z wielu możliwych; ważne jest, że spełnia swoją funkcję, czyli – gwarantuje, że potrzeby wszystkich w drużynie będą zaspokojone. Może być przecież tak, że nikt z ekipy nie będzie miał stresa, jeśli zostanie na dłuższą chwilę sam na drodze, tak by spotkać się z pozostałymi w umówionym miejscu. Wystarczy, że będzie miał pewność, że rzeczywiście poczekają, a jeśli dłużej nie będzie się pojawiał – zawrócą, by go odszukać…

Pewna kobieta po przejściach mówiła mi, że dożywotnie małżeństwo powinno być zabronione prawem. „Max pięć lat, i potem można by przedłużyć, ale na dwa lata najwyżej, potem ewentualnie znów. I już na samym początku powinno być porozumienie co do warunków, na jakich można złożyć wypowiedzenie przed terminem i co się będzie działo po wygaśnięciu – ze wspólnym dorobkiem, z dziećmi, itd. To jest umowa jak każda inna.”

Pomysł radykalny, ale nie pozbawiony sensu. Niezależnie od tego, jak bardzo oczadziali endogenną chemią organiczną byliby państwo młodzi, jak głęboko przeświadczeni że będą się kochać do grobowej deski, zapis taki zmuszałby ich mimo wszystko chociażby do zastanowienia się nad innymi scenariuszami. Parę lat zresztą zazwyczaj wystarcza do weryfikacji wstępnych założeń i gdyby rzeczywistość okazała się inna, piątka to zupełnie inny wyrok niż dożywocie…

Wyjeżdżając więc w dłuższą trasę razem z innymi ludźmi zawsze warto przemyśleć i przygotować się na plan B. Lepiej być bowiem samemu, niż z nieodpowiednim człowiekiem… No i nie wybierać się w dzikie lub odległe kraje z ludźmi, z którymi nie pojeździło się wcześniej na krótszych, ale co najmniej kilkudniowych trasach. „Trzymanie cnoty do ślubu” i „kupowanie kota w worku” i w tym wypadku nie jest najrozsądniejszym pomysłem. A przecież ciąży z tego nie będzie.