Mija wybrała się do Brna, żeby nacieszyć się wyścigową atmosferą na torze.

Piątek, godzina 4 nad ranem, budzi mnie adrenalina! Dopiero 4-ta – nie usnę przecież, a start zaplanowany na 6.00, żeby zdążyć na pierwsze sesje treningowe. Kawa, pakowanie (bo przecież tylko normalni, poukładani ludzie pakują się wcześniej) i czekam w napięciu zastanawiając się czego nie wzięłam, bo na gadzilion procent nie wzięłam.

TRASA

Godzina startu na zegarze a na dworze 15 stopni. Wiem z doświadczenia, że mięso w chłodnym dłużej się trzyma, ale postanawiam poczekać na kilka stopni więcej. Mija godzina i nie wytrzymuję, JADĘ. Nawigacji niet, mapy niet, ale spisane na kartce miejscowości, więc może jakoś trafię. W końcu kobietą jestem i nie wstydzę się zapytać o drogę. Kielce —-> Cieszyn – trasa tyłka nie urywa, ale w głowie już tylko dźwięk rozpędzonych maszyn na prostej startowej, który u mnie powoduje uginanie się kolan więc pędzę jak na randkę z Danielem Craigiem.

Cieszyn—–>Brno – trasa szybkiego ruchu i możliwość nabawienia się luzów w narządach wewnętrznych! Betonowe płyty powodują że mam 100 % pewność zmiany położenia moich jajników z właściwej, na okolice płuc, ale przynajmniej prędkość przemieszczania się po Czechach jest trochę szybsza niż max speed babci z balkonikiem robiącej zakupy na targu.

NA TORZE

Jestem na miejscu. Uśmiech na twarzy znacznie pogłębia moje zmarszczki mimiczne, ale nie mam nad tym kontroli. Parkuję Gixa i kładę się na żywej trybunie przy paddocku. Piękne niebo, słońce, ryk motocykli przelatujących tuż przede mną, kask pod głową i jest lepiej niż mogę sobie wymarzyć. Trzy dni niczym niezakłócanej ekstazy! W innych warunkach to niemożliwe. Tak! Obejrzenie wyścigów na żywo to rzecz, którą zdecydowanie trzeba dopisać do „to do list” zaraz obok zbudowania domu, posadzenia drzewa i posiadania motocykla.

Spacer po paddocku, teamowe naczepy, wisząca w powietrzu atmosfera zbliżającej się walki, tysiące uśmiechniętych ludzi z całego świata chłonących łapczywie tą sportową aurę, hostessy (żartuję oczywiście i przechodzę na dietę!!!) to wszystko sprawia, że trzeba tam być! Oglądasz tłumy, które przejechały mnóstwo kilometrów i gotują się w swoich kombinezonach, widzisz plecy młodej dziewczyny z tatuażem Marco Simoncelliego, fanatyków z Finlandii (jak oni tam dojechali??) grupki pasjonatów dopingujących swoich rodzimych zawodników (flagi, koszulki, czapeczki, sztuczne ognie, sygnały dźwiękowe, pomalowane twarze) i myślisz – to jest moja bike’a!!! Są na świecie ludzie walnięci tak samo jak ja! Człowiek, zwierze stadne i dobrze znaleźć swoją watahę.

Dodatkową atrakcją są wszechobecne skutery, które są używane przez ludzi z teamów w taki sposób, że spokojnie mogą wprowadzić Cię w stan przedzawałowy. Jeśli więc, przypadkiem zupełnie, spędziłeś poprzedni wieczór z bardzo towarzyskimi mieszkańcami Czech i zupełnie przypadkiem częstowali Cię do 4 nad ranem swoimi specjałami (dozwolonymi dla osób pełnoletnich) to strzeż się i przemieszczaj się pod ścianami unikając jak wkurzonej teściowej i komornika, środka alejek!

Kobietom mogę powiedzieć tyle: (pomijając sedno czyli wyścigi) chcecie zobaczyć niezliczone ilości przystojnych facetów umazanych smarem żywcem wziętych z plakatów? – SĄ!!! Chcecie zobaczyć zmęczonych, spoconych (że przystojnych nie muszę dodawać….. ech Carlos…) zawodników prosto po zjechaniu z toru na konferencjach prasowych z odległości 3 metrów?- SĄ!
To wszystko, dziękuję za uwagę.

Teraz troszkę na poważnie. Jedyny problem z oglądaniem takich wyścigów na żywo to ten, że nie możesz (przynajmniej jeszcze nie) się sklonować! Nie ma idealnego miejsca, w którym zobaczysz wszystko, jak w relacji TV. Wybierasz trybunę i skrawek toru, który niestety nie zaspokaja potrzeb. Są oczywiście telebimy, ale wzrok – nawet jeśli nie jest nadwyrężony po polsko-czeskiej integracji – jest w stanie dojrzeć dokładne wyniki tylko wtedy jeśli jesteś bardzo blisko. Z reguły nie jesteś. Tu muszę przyznać że w kategorii: „wiem co się dzieje, bo widziałam, a Mick to wyjaśnił szczegółowo dodając 164 ciekawostki” relacje tv zdecydowanie wygrywają. Cóż, podobno nie można mieć wszystkiego.

Jedno pozostaje pewne: nie byłeś nigdy?, nie widziałeś na żywca?, nie słyszałeś ryku silników?, nie czułeś jak ziemia drży?, nie spędziłeś pół dnia na przyzwyczajaniu mózgu do ogarniania (przy takich prędkościach) kto to właśnie przejechał?, nie leżałeś na trawie wśród tysięcy pasjonatów? – nie wiesz co oglądasz w telewizji!!! Bez sprawdzenia organoleptycznie jak to wygląda, pozbawiasz się połowy frajdy i jeśli tylko masz możliwość pokłócić się z żoną/mężem i zniknąć na 3 dni albo masz git połówkę (nie mylić z alkoholem – Czesi już o to zadbają)  i jedziesz z nią/nim – JUST DO IT!

Powrót do szarej rzeczywistości jest ciężki. Niedziela – kulminacja! Po dwóch wieczorach międzynarodowej integracji czujesz się jak Najman po walce z Saletą, a tu trzeba się skupić na wyścigu…….. w głowie już powrót do domu, który wiesz, że Cię zmiażdży jak media po ww walce. Można oczywiście wybrać opcję grzecznego turysty, spakować kuchenkę gazową, kanapki z sałatą, schabowym i jajkiem, kompot w termos, jechać na camping i próbować niemożliwego, czyli pójścia spać o normalnej porze z zerowym wynikiem pomiaru zawartości alkoholu we krwi, ale legendy mówią, że jeszcze się taki nie trafił.

POWRÓT

Dosiadam swoją Suzi o godzinie 17-tej i ruszam do domu, niech się dzieje co chce. Jadę na tzw. „pałę”, bo przecież przygoda musi być i jakoś do domu trafię, nie? Gubię się już przy pierwszym zjeździe i muszę zawracać – silly me- mogłam sprawdzić którędy mam wracać, ale przecież były ważniejsze rzeczy. Ważne, że przestało padać, bo ta rzecz, o której wiedziałam, że zapomnę to przeciwdeszczówka (i pasta do zębów, którą jednak łatwiej pożyczyć). W drodze do Cieszyna utrwalam anomalię w położeniu moich organów wewnętrznych. Cholernie zimny i porywisty wiatr konserwuje mnie tak, że będę forever young bez maseczek i chirurgii plastycznej. Wjeżdżam jak ostatni baran do centrum Katowic, bo przecież nie zauważyłam zjazdu wcześniej i tracę tam jakieś 40 minut (szkoda, że nie jestem szczurem – szybciej by poszło wydostanie się z labiryntu). Ostatnie 100 km pokonuję w ciemnościach, których nie znoszę, bo ślepam wtedy jak czeski Krtek, z otwartym wizjerem (przecież nie musiałam przewidzieć że wieczorem jest ciemno i trzeba wziąć na zmianę jasną szybę). Docieram do wanny o 23 i leżę odmarzając uśmiechnięta od ucha do ucha myśląc – było warto!!!

PS. Wiedzieliście, że bardzo głośne śpiewanie w czasie jazdy w niskich temperaturach powoduje wytwarzanie energii i robi się cieplej? A może macie jakieś własne pomysły na zniesienie długiej podróży na 2 kołkach ? Podzielcie się ze mną.

Dziękujemy firmie Castrol Polska za przekazanie wejściówek na tor oraz paddock, a także teamowi Honda Racing World Superbike za  gościnność.