Grupa przyjaciół postanowiła wyruszyć na motocyklowe spotkanie z Etną. Czy uda im się szczęśliwie, bez przykrych niespodzianek pokonać ponad 6000 km? Przeczytajcie relację Marka i obejrzyjcie ciekawy materiał filmowy.

Zaczęło się słabo. Dzień przed planowanym wyjazdem budzę się z bólem gardła i ogólnym złym samopoczuciem, myślę sobie „lepiej być nie mogło jutro do pokonania ponad 700 km a ja rozłożony przez chorobę”. Do tego mapa pogodowa zniechęca do wyjazdu w planowanym terminie, całą drogę do Austrii ma padać. Pada decyzja by odłożyć wyjazd o dzień później żeby trochę dojść do siebie i pozamykać resztę spraw związanych z wyjazdem,.

Wyjeżdżamy w środę 3 września. Pogoda nie jest rewelacyjna, ale przynajmniej nie pada. Jak co roku żegna nas cała rodzina, dodaje to na pewno wiele sił do jazdy i bezpiecznego powrotu. Dzisiaj czeka nas przejazd przez Czechy oraz Austrię do miejscowości Taxenberg niedaleko popularnego Zell am See. Kilometry lecą przyjemnie, jedziemy autostradami żeby nie tracić czasu..

Po przejechaniu 200 km, VFR jednak postanawia zrobić mi na złość. Okazuje się, że mam do wyboru – albo pracujący silnik, albo uruchomiony kierunkowskaz. Zrobiło się zwarcie na instalacji i po włączeniu kierunkowskazu wyłącza się pompa paliwa. Jazda ponad 6000 km po różnych drogach bez kierunków nie napawa mnie optymizmem. Na postoju postanawiam zasięgnąć rady znajomego elektryka, który po kilku chwilach rozmowy telefonicznej rozpoznaje problem i udziela nam skutecznej rady do jego rozwiązania. Resztę trasy do Austrii pokonuję jednak bez kierunków. Nie mieliśmy żadnych ponadprogramowych części – w końcu po tylu wyprawach nigdy nie było poważniejszego problemu.  Dojazd do noclegu to pierwsze nasze spotkanie z alpejskimi drogami. Droga wiedzie przez wąskie serpentyny pośród nielicznych domków. Po dojechaniu do znalezionego w Internecie noclegu, miejsce okazuje się bardzo przyjemnym gospodarstwem agroturystycznym. Znajduję tu również potrzebny do naprawy motocykla kabel. Na śniadanie zamawiamy alpejskie mleko prosto od krowy oraz swojski miód, które jemy jeszcze kilka następnych dni.

Rano wczesna pobudka, śniadanie i zbieramy się do wyjazdu na słynną alpejska przełęcz Grossglockner. Droga jest oczywiście płatna – 24 euro za motocykl.

Od razu widać, że jest to mekka motocyklistów. Sprzęty jadą w górę, w dół, mijamy ich po drodze dziesiątki, tutaj motocykliści się nie pozdrawiają – trzeba by było jechać z lewą cały czas w górze… Na postoju podjeżdżają do nas Polacy na rowerach, zmierzają do Rzymu, zamieniamy z nimi parę zdań i ruszamy dalej. Im wyżej tym droga staję się bardziej kręta i zaczyna pojawiać się przy niej śnieg, na jednym z postojów dziewczyny zauważają świstaki, których jest tutaj mnóstwo. Postanawiamy podjechać jeszcze pod lodowiec Pasterze. Na parkingu przed lodowcem miłe zaskoczenie – od groma parkingów dla motocykli i są nawet specjalne szafki na kaski. Planowo w tym dniu musimy dojechać nad jezioro Como do Włoch. Dalsza droga na mapie oznaczona, jako czerwona, czyli jedną z głównych w okolicy, okazuje się również przełęczą górską. Passo delo Tonalle. Jazda 100km serpentynami daje nam nieźle popalić, zakręt za zakrętem, żadnej przerwy. Chyba przez pół sezonu nie poprzekładaliśmy tak motocykli z boku na bok. Żeby tego było mało dopada nas zmrok, resztę drogi jedziemy w ciemności. Ok godz. 21 udaje nam się dotrzeć nad jezioro Como. Późnym wieczorem udaje nam się jeszcze zaliczyć pierwszą włoską pizzę no i zimne piwko… no może dwa.

Następnego dnia odsypiamy trochę, a po południu jedziemy wzdłuż jeziora do muzeum motocykli Moto Guzzi.

Muzeum urządzono w byłej fabryce. Podziwialiśmy tam chyba wszystkie możliwe warianty modeli Moto Guzzi. Muzeum otwarte jest tylko na kilka godzin dziennie a wejściówka jest za free i to z przewodnikiem. Warto tam zajrzeć i zobaczyć jak włosi przez lata rozwijali swoje konstrukcje.
Plan objechania jeziora Como w koło okazuje się nierealny. Postanawiamy, więc wrócić powoli do naszej bazy w Colico i spędzić wieczór nad jeziorem kosztując tutejszej pizzy i złocistego napoju.

Kolejny dzień to jazda do Rzymu, do pokonania mamy ok 700 km, jedziemy niesamowitą autostradą w kierunku Genui, gdzie końcowy odcinek to jakieś 50 km serpentyn. Efekt pokonywania winkli z maksymalną dopuszczalną prędkością? Zjarane gumy i kciuk w górę od jadącego za nami Włocha na sporcie – biorąc pod uwagę nasze na maksa obciążone turystyki – widok bezcenny.

Za Genuą postanawiamy zjechać na drogę lokalną, żeby spotkać się z morzem i pojeździć trochę „normalnymi drogami”. Na chwilę zatrzymujemy się na plaży żeby rozebrać się w końcu z ubrań motocyklowych, upał mocno daję się nam we znaki. Chwilę jedziemy przy wybrzeżu, widoki niesamowite a asfalt bliski ideałowi. Po krótkim czasie okazuje się jednak, że jazda w tych warunkach jest niemożliwa z powodu zatłoczonych dróg. By dojechać do celu w tym tempie potrzebowalibyśmy z dwóch tygodni. Uznaliśmy, że dość już się napatrzyliśmy na morze i piękne włoskie kamiennice. Postanawiamy wjechać z powrotem na autostradę, żeby przed dotarciem do Rzymu odskoczyć na chwilę do Pizy.
W Pizie zatrzymujemy się standardowo przy krzywej wieży, żeby zobaczyć tą niesamowitą budowlę. Podziwiamy również jak wszyscy turyści przyjmują tam jakże oryginalną pozycję do zdjęć pod tytułem „popatrz, podtrzymuje tą krzywą wieżę”. Nic. Spieszymy się żeby zatankować i cisnąć na Rzym, bo robiło się już późno. Na stacji okazuje się, że pracuje tam Polak. Podobno przyjechał trochę dorobić, zeszło mu już na to z 10 lat. Poopowiadał nam trochę o życiu we Włoszech i jak radzić sobie na południu.
Do Rzymu docieramy późnym wieczorem i tu znowu niespodzianka. Znaleźliśmy jeden z popularnych tam włoskich sieci kempingów, w recepcji wita nas Polka.
Kemping wyposażony we wszelkie dogodności od restauracji zaczynając a na basenie kończąc. Nie widzimy sensu hoteli w porównaniu z takim noclegiem.

Następny dzień przeznaczamy na zwiedzanie Rzymu. Jest niedziela, chcemy, więc znaleźć się na placu św. Piotra o godz. 12 żeby móc zobaczyć Papieża. Na plac z naszego kempingu dostajemy się pociągiem, a później metrem. Do 12 czekamy jeszcze jakąś godzinę w niesamowitym upale. Widok maleńkiej postaci Ojca Świętego w oknie robi na nas bardzo duże wrażenie. Po modlitwie na placu św. Piotra, zabieramy się na spacer po Rzymie i jego niesamowitych zabytkach. W tym magicznym mieście oglądamy plac Campo di Fiori, Forum Romanum, przepięknie rzeźbione fontanny, jednak największe wrażenie robi na nas Koloseum, w którym swoje życie tracili niewolnicy i gladiatorzy. Tu można by przepisywać przewodnik chwaląc się wiedzą o zabytkach, które tam widzieliśmy, ale lepiej żeby każdy kiedyś się tam wybrał i poznał historię na własnej skórze. Fajne miasto…

W poniedziałek opuszczamy Rzym i kierujemy się na Neapol. W tych stronach polecam raczej lekkie ciuchy motocyklowe a przynajmniej mocno przewiewne. Upał i żar słońca powoduje szybkie „zawilgocenie” ubioru. Liczne przerwy na uzupełnienie płynów i krótkie przewietrzenie się jak najbardziej wskazane. Południe Włoch to zupełnie inny świat niż część północna. Na ulicach nie obowiązują żadne przepisy, ze wszystkich stron otaczają nas skutery. Budynki i ulice są bardzo zaniedbane i zaśmiecone. Dojechaliśmy do Sorrento, gdzie znajdujemy nocleg znów w formie kampingu. Mieliśmy dobre doświadczenia w Rzymie i tu też się dobrze zapowiadało. Nasz domek, pomimo, że był ze śniadaniem, prywatną plażą (gdzie słońce jest tylko rano) i basenem (gdzie trzeba używać czepka) jest mikroskopijnych wielkości. Ledwo mieścimy się tam z naszymi kuframi, a część ekwipunku musimy zostawić na zewnątrz.

Następny dzień jedziemy na Wezuwiusz. Wjazd jest jednak płatny 22 euro od osoby – odpuszczamy, szczególnie, że mówiono nam, że zbyt ciekawa ta wycieczka nie jest. Jedziemy, więc zobaczyć wykopane z popiołów Pompeje.

Spędzamy tam resztę dnia spacerując po ruinach zasypanego popiołem Wezuwiusza miasta. Tak naprawdę Pompeje to temat na cały dzień chodzenia. Dobrze jest wziąć przewodnika, ale mapa i wersja papierowa przewodnika też daje radę. Troszkę idzie tam pobłądzić, a teren jest spory. Wśród zabytków fajnie jest zobaczyć restauracje, szczególnie przy tak upalnej pogodzie kusi zimnymi napojami. Nie udało się nam zobaczyć wszystkiego, ale główne budynki, a raczej ruiny zwiedziliśmy. Po całym dniu spacerowania oczywiście włoska pizza i lokalne na kolację.

W następnym dniu czeka nas droga na Sycylię. Jedziemy autostradami, cały czas zmagamy się z wysoką temperaturą, która doskwiera nawet przy prędkościach autostradowych. Po południu dojeżdżamy do przeprawy promowej, w oddali widać już jedno z największych miast Sycylii Mesynę. Podekscytowani wjeżdżamy na prom. Przed nami już tylko ok 100 km do Katanii, gdzie chcemy znaleźć nocleg. Przed Katanią znajdujemy kemping z podobnymi udogodnieniami jak w Rzymie, no może oprócz basenu. Bierzemy 5 noclegów, musimy trochę odpocząć po intensywnym tygodniu. W następnym dniu skupiamy się na pracy nad naszą opalenizną leżąc na skałach wulkanicznych.

Kolejny dzień na Sycylii to wyjazd na górę Etnę. Mamy 30 km do zrobienia a już w oddali widać dymiący krater czynnego wulkanu. Są dwa wyjścia na wulkan: drogie i tanie. Drogie to 60 euro od osoby kolejką linową i ciężarówką terenową, a tanie to wędrówka na górę o wysokości 3000 m. Wybieramy to drugie rozwiązanie. Idziemy jednak po dużym nachyleniu po podłożu przypominającym żużel, cały czas obsuwa się spod nóg. Mimo zmęczenia dzielnie idziemy pod górę, na dodatek Tomek cały czas walczy z ogromnym bólem zęba, który ujawnił się po drodze na wulkan. W połowie drogi stwierdzamy jednogłośnie, że trzeba kupić bilet na ciężarówkę 30 euro za osobę, mieliśmy dość. Właściwie to porwaliśmy się z „motyką na księżyc” – nikt z nas nie praktykuje wędrówek górskich a chcieliśmy pokonać trzytysięcznik. Po przejechaniu 15 min ciężarówką docieramy na jeden z kraterów Etny. W koszt wjazdu busem wliczony jest przewodnik. Przewodnik opowiada w kilku językach o wulkanie, zeszłorocznej erupcji i innych ciekawostkach. Otacza nas księżycowy krajobraz, chodzimy po sypkim żużlu.

Wokół drzemiącego krateru, z którego wciąż wydobywa się dym, wszędzie widać lawę z zeszłorocznej erupcji. Wyglądem przypomina zwały ziemi o kolorze ciemno brązowym. Z drzemiących kraterów wydobywają się jeszcze trujące gazy. Zdobycie samego szczytu wymaga umiejętności alpinistycznych i nieco większej odwagi, bo z tych wysokości nie ma ratunku, gdy wulkan postanowi wybuchnąć. Jesteśmy zachwyceni tym widokiem, pierwszy raz spotykamy się z tego rodzaju krajobrazem. Pełni wrażeń, zmęczeni wracamy do kempingu na odpoczynek i na zaplanowanego grilla. Kolejny dzień przeznaczamy znowu na plażowanie.  Wieczorem małe zaskoczenie. Fajerwerki i śpiewy.. Okazuje się, że wstrzeliliśmy się w bardzo ważne dla lokalnej społeczności święto Maryjne. Celebrowanie trwa do późnych godzin nocnych a ilość fajerwerków wystrzelonych w tym dniu jest nieporównywalna do tego, co znamy z sylwestra w Polsce. Na wieczór pojechaliśmy z Tomkiem na polowanie do miasta. Udało się upolować jakąś rybę przypominającą mięso zwierzęce. Sprzedawca powiedział nam, co to jest, ale po włosku. Rzadko, kto tam mówił po angielsku. Później dowiedzieliśmy się, że jest to tuńczyk dzięki dziewczynie na kempingowej recepcji , która na szczęście władała angielskim. Dziewczyny przygotowały strawę a my z Tomkiem zajęliśmy się włoskim zapasem piwa.

Kolejny dzień na Sycylii przeznaczyliśmy na wycieczkę do miasta Agrigento. Znajdują się tam ruiny greckich świątyń z 5 w n.e. Prawie pół dnia spędzamy na spacerze po dość sporym terenie, na którym rozsiane są pozostałości starożytnego miasta. Jadąc od wybrzeża widzimy jak zmienia się krajobraz w głąb Sycylii. Przy względnie zielonym terenie przybrzeżnym, wnętrze wyspy jest spalone od słońca i z trudem znajduje się zielony kawałek terenu. Po drodze mijamy nieliczne zaniedbane budynki i wiele opuszczonych gospodarstw. Wracając zastaje nas noc. Brak lamp ulicznych, niewiele miast czy zabudowań powoduje, że na trasie jedziemy w kompletnej ciemności. Jezdnie nie wszędzie mają wyraźne malowanie i czasem trudno dostrzec zakręt nawet na „długich”.

Nazajutrz niestety musimy się pożegnać z Sycylią. Ze smutkiem opuszczamy Katanię oraz wyspę. Promem przedostajemy się na stały ląd, by przed zachodem dotrzeć do Bari, skąd odpływa kolejny prom do Albanii. Na prom wjeżdżamy ok 21, zostawiamy motocykle i idziemy do naszej kabiny. Monotonny dźwięk silnika oraz jego wibracje sprawiają, że zasypiamy jak dzieci.

Rano budzimy się już w Albanii. Kraj ten znamy już trochę z jednej z naszych wypraw, więc pewne ciekawostki już nas nie dziwią. Dużym problemem jest jednak brak możliwości płacenia za paliwo karta kredytową oraz brak lokalnych dróg na nawigacji. Drogowskazy tam są stosunkowo rzadko stawiane, trzeba więc bardzo często polegać na uprzejmości Albańczyków.

Dojeżdżamy do maleńkiej wioski Lin nad jeziorem Ochryd. Wioska ta wygląda jakby czas zatrzymał się tu ze sto lat temu. Zarwane dachy, zniszczone domki, kozy biegające po uliczce i plaga kotów, która jest dużym problemem Albanii. Nocleg mamy jednak królewski. Na śniadanie swojskie jajka, sery, dżemy czy mleko. Gospodarz częstuje nas swojskim winem oraz rakiją a resztę dnia spędzamy na odpoczynku. Pensjonat, w którym nocowaliśmy przyjmuje często gości z zagranicy. Gospodarz nie specjalnie zna inne języki, ale spokojnie się dogadujemy. Przy bardziej skomplikowanej dyskusji wzywał córkę, która już swobodnie mówiła po angielsku. Gdy jednak wieczorem zasiedliśmy przy rakii by porozmawiać troszkę dłużej i dowiedzieć się nieco więcej o Albanii, córki gospodarza nie było. Z rozmowy z nim dowiedzieliśmy się, że wioska Lin jest podzielona po równo na chrześcijan i muzułmanów. Gospodarz był muzułmaninem, więc nie wypadało jego córce przebywać późną porą w naszym towarzystwie. Przynajmniej tak nam to wytłumaczył. Później zorientowaliśmy się, że na jedynej uliczce przebiegającej przez tę wioskę oraz na placu gdzie spotykało się większe zgromadzenie ludzi, nie zauważyliśmy żadnych młodych dziewczyn. Albo dzieci, albo ludzie starsi i młodzież, ale tylko chłopcy. Nasz gospodarz wytłumaczył nam później, że młodym kobietom nie wypada szwędać się po ulicy. Cóż…taki mają klimat…

Następnego dnia postanawiamy zwiedzić miasto Ochryd, które leży po stronie macedońskiej jeziora. Miasto to jest wpisane na listę UNESCO, co od razu widać po odnowionych kamienicach, ogólnym porządku i restauracjach, w których bez kłopotu mówi się głównymi europejskimi językami. Spacerujemy i podziwiamy zabytki i piękne uliczki miasta. Wracamy standardowo po zmroku, żeby było mało w burzy i deszczu. Albanię również żegnamy ze smutkiem, mało jest miejsc, które znamy, gdzie ludzie żyją biednie a mimo to są bardzo przyjaźni i gościnni. Widocznie nie dopadł ich jeszcze zachodnioeuropejski wyścig szczurów, gdzie nie ma czasu na nic tylko na pracę, pieniądze i bycie lepszym od drugiego. Trzeba tu jeszcze wrócić na trochę dłużej.

W drodze do Rumunii napotykamy mały problem. W wyniku powodzi we wschodniej części Serbii zawalił się most, tym samym odcinając drogę do granicy z Rumunią. Musieliśmy wrócić się 30 km, do innego przejścia granicznego. Przejściem jest elektrownia, robimy pamiątkowe zdjęcie i od razu mamy na karku celników. Całe szczęście, że oprócz pouczenia nie mieliśmy większych problemów. Granicę Serbsko-Rumuńską przekraczaliśmy po zmroku. Było mało przyjemnie, jesteśmy na drodze pośrodku ciemności, różne myśli kłębią się w głowie… Droga, którą byliśmy zmuszeni obrać wiedzie przez malutkie wioski i pola. Z totalnej ciemności wyłaniały się to furmanki, to bezpańskie psy. Pomyśleliśmy, że gdyby teraz jakiś samochód zastawiłby nam drogę, a jego pasażerowie chcieliby nas okraść, musielibyśmy tułać się na piechotę przez dobrych parę godzin. Do najbliższego miasto mieliśmy kilkadziesiąt kilometrów. W końcu dotarliśmy do miasta Severin, znajdujemy hotel i pierwsze spotkanie z rumuńską rzeczywistością. W nocy otacza nas grupka dzieci z wyciągniętymi rękami „daj pan leja”, odprawiamy je z kwitkiem. Wieczorem przeszliśmy się do pobliskiej knajpy na jakiś złocisty trunek i postanowiliśmy porównać smak pizzy z tego, co mięliśmy przez kilka ostatnich dni we Włoszech. Cóż, jednak włoskie były nieporównywalnie lepsze.

Rano pakowanie i podróż w kierunku Transalpiny. Trasę tą już kiedyś chcieliśmy przejechać, ale niestety wtedy minęliśmy jedno skrzyżowanie i brakło dnia by się wrócić. Tym razem mieliśmy dokończyć przejażdżkę. Pogoda piękna pomimo połowy września. Transalpina biegnie ponad 2 tys. metrów n.p.m., widoki i wrażenia z jazdy niezapomniane. Po przejechaniu Transalpiny kierujemy się już w stronę granicy z Węgrami. Na następny dzień chcieliśmy jechać już do domu, więc szukaliśmy jakiegoś noclegu blisko granicy. Wieczór po raz kolejny spędzamy w knajpie, tym razem hotelowej. Dociera do nas powoli, że zbliża się koniec wyprawy.

Rano Rumunię opuszczamy w deszczu, to już ostatnia trasa naszej tegorocznej wyprawy. Przed nami jakieś 960 km do Żor. Po 12 godz. jazdy przyjeżdżamy do domu. Czeka tu nas przepiękne powitanie zorganizowane przez naszych najbliższych. Zmęczeni, ale szczęśliwi z kolejnej wspaniałej przygody siedzimy do późna i opowiadamy o naszych przygodach.

Autor: Marek Szopa