Nawet nie wiemy od czego zacząć! Cal Crutchlow wygrał Grand Prix Argentyny klasy MotoGP, wyprzedzając Johanna Zarco i Aleksa Rinsa, ale nie to ich jazdę zapamiętamy na lata po niedzielnych zmaganiach na torze Termas de Rio Hondo.

Zaczęło się od opóźnionego startu na wilgotnym torze. Tylko startujący z pole position Jack Miller postawił na opony typu slick.  Reszta zawodników wróciła do alei serwisowej i za karę wszyscy zgodnie z przepisami… startowali z końca stawki! Tak, wszystkich przesunięto o trzy linie do tyłu, a to dlatego, aby uniknąć zamieszania, jakie miało miejsce podczas GP Niemiec w 2014 roku, gdy połowa zawodników ruszała niebezpiecznie z pit lane. Szaleństwo, ale to dopiero początek.

Gdy Marcowi Marquezowi tuż przed startem zgasł motocykl, sędzia kazał mu zjechać do pit lane, ale ten zawrócił, pojechał pod prąd na prostej startowej i ruszył ze swojego pola. Na drugim okrążeniu Hiszpan był już pierwszy, nieco kompromitując ruszającego z ogromną przewagą Millera. W tym samym czasie w ostatniej szykanie upadł Pedrosa, którego chwilę wcześniej trącił Zarco.

Po chwili zasłużona kara dla Marqueza; przejazd przez pit lane. Hiszpan wraca na tor na 19 miejscu i najpierw wypycha w ostatnim prawym Aleixa Espargaro, za co musi za karę oddać pozycję, a następnie na finiszu taranuje szóstego Rossiego. Choć na ostatnim kółku wyprzedza jeszcze Vinalesa i jest piąty, po chwili dostaje 30 sekund kary i spada na 18. miejsce.

Zobacz też: #TermasClash – wypadek Marqueza i Rossiego w ujęciach z pięciu kamer.

Naszym zdaniem Marcowi dziś zwyczajnie odbiło i powinien zostać całkowicie zdyskwalifikowany, chociaż kara 30 sekund i tak pozbawia go punktów.

Po wszystkim Marquez udaje się do boksu Rossiego aby przeprosić Włocha, ale ten nie chce z nim rozmawiać, a Uccio, jego przyjaciel, przegania z garażu Marca, jego menedżera Emilio Alzamorę i szefa Repsol Hondy Alberto Puiga.

Wcale się nie dziwimy, chociaż pamiętajcie o kontekście; to właśnie tutaj w 2014 roku Marquez wylądował na deskach po kontakcie z Rossim na finiszu i to właśnie wtedy zaczęła się rywalizacja, której punktem kulminacyjnym było wypchnięcie Hiszpana przez Włocha na deski w Malezji w 2015 roku. Sezon później pogodzili się w Barcelonie po śmierci Luiza Saloma, ale dzisiaj stare demony wróciły i teraz nie będzie już miło…

Nie wiemy co dzisiaj odbiło Marcowi, ale przesadził. Zabrało mu zimnej krwi, choć zwycięstwo miał w kieszeni chyba nawet gdyby faktycznie startował z pit lane. Oczywiście można twierdzić, że widowiskowa jazda Hiszpana dodaje MotoGP kolorytu, ale chyba jednak nie za wszelką cenę.

Tak czy inaczej to był chyba najbardziej zwariowany wyścig MotoGP jaki widzieliśmy w życiu…

Co o tym wszystkim sądzicie?