Czyli samotne podróże Moniki po polskich drogach i refleksyjne rozmowy z lokalnymi mieszkańcami.

Na liczniku 258 km. Drogą nr 363 wjeżdżam do Bolesławca. Miasto słynne z ceramiki zapewne ma ładne historyczne centrum – wieże kościelne i ratuszowe widziane z dali wyglądały obiecująco. Potrzebuję zerknąć na mapę, więc zjeżdżam z dwupasmówki i zawracam sobie na podjeździe jakiegoś warsztatu, z którego zaraz wychodzi pracownik i podchodzi do mnie.
– Pani w trasie? – zagaja, zerkając na mapę za przezroczystym plastikiem tankpada.
– Skąd, dokąd?
– Z Wrocławia rano wyjechałam i lecę na Szczecin.

Bolesławiec

- Ach, to nie będzie trudne. Na Nową Sól i potem już prosta droga.
– A ja właśnie jeżdżę zygzakiem. Dziś tutaj dojechałam przez Oleśnicę, Lubiąż…
– Pięknie, pięknie… to ile kilometrów pani dziś zrobi? Ile czasu to zajmie?
– Pewnie jakieś sześćset, więc za jasnego nie dojadę. Ale mi się nigdzie nie spieszy…
–  A jaką pojemność ma motocykl? Nie potrzebuje pani przeglądu? Ja też kiedyś jeździłem, na Wuesce. Widziałem jak sprawnie tu pani zawraca, nie podpierając się nogą…

Nieturystyczne miejsca. Małe miasteczka, które się zazwyczaj omija lecąc autostradami. Ludzie żyją tu zwyczajnym życiem. Jeśli trafi się przyjezdny, cieszą się, że ktoś ich miasto odwiedził. Nie ma popkulturowej masy zwiedzających, więc i podróżni tu trafiający nie są przypadkowymi ludźmi. Mimo, że to przypadek, albo nagły impuls może ich tutaj przyprowadzić, tak jak mnie, w czasie kolejnej z moich improwizowanych tras.

Chojna. Plac Katedralny. Kwietniowe słońce. Jest ranek, 80 km temu wyruszyłam z Bazy, przed nami cały dzień jazdy, więc warto by zjeść śniadanie. Restauracja z widokiem na przepiękny Kościół Mariacki. Zawsze wolę usiąść na ogródku, żeby nie zostawiać objuczonego wierzchowca samego.

- Jak byłam młoda, to ojciec kazał mi jeździć WSKą – zagaja do mnie kierowniczka lokalu. – Pokazał, jak ruszać, ale nie powiedział, jak się hamuje. Objechałam całe miasto w kółko, wszędzie wymuszałam pierwszeństwo, wróciłam pod dom i już z daleka darłam się „tata, jak to zatrzymać?!?!?”

Głogów

Maj. Na liczniku 151 km. Droga nr 292. Przejadę nią przez Głogów. Węzeł pięciu nitek dróg wojewódzkich przecięty krajową Dwunastką. Kiedy parę dni temu, lecąc na Wrocław, próbowałam się tędy przebić, wzięłam nie ten pas i zamiast na wylotówkę wjechałam na stare miasto. Śliczne i kolorowe kamieniczki, brukowane ulice, latarnie, kawiarnie. Zachowałam je w pamięci, można by się tu zatrzymać w drodze powrotnej.

No i jestem tutaj. Jem lody w kawiarnianym ogródku, Mała, czyli moja Honda, stygnie obok

- Pani na motocyklu? – podziw w oczach kobiety siedzącej przy sąsiednim stoliku. – Z daleka pani jedzie? Naprawdę, aż do Szczecina? Nie boi się pani sama tak jeździć? Bo mój mąż i syn starszy też jeżdżą, i ja się strasznie o nich boję… Niech pani uważa na siebie…

- Jak zawsze…

Opactwo Cystersow-Lubiąż

„Polska A” i „B” – ten podział wcale nie przebiega wzdłuż granicy dawnych zaborów. Lecąc przez Zachodnie Pomorze, Lubuskie, Wielkopolskę, Dolny Śląsk, wystarczy zjechać z głównej szosy i człowiek często znajduje się od razu w innym świecie. Opuszczam drogę krajową, pełną aut i ciężarówek, billboardów, pośpiechu, nerwowych kierowców w autach z rejestracjami wielkich metropolii, drogę usianą po obu stronach handlem i usługami, biznesem, w którym podróżny jest po prostu trybikiem w maszynie komercji, i trafiam w miejsca, gdzie asfalt słabszy, ekonomia marna, pracy nie ma, ale ludzie mają czas, i wystarczającą pojemność serca, by zagadać z samotną motocyklistką jako z człowiekiem, a nie klientem. Bezinteresownie i życzliwie. Jak na tej małej, niesieciowej stacji w Nowogrodzie Bobrzańskim, przy drodze 289 na Lubsko. Nie potrzebowałam paliwa, ale łazienki. Wjeżdżam, dwa dystrybutory, słońce rozpala do białości beton nawierzchni. Ani jednego auta. Wypłoszona, zaglądam do biura, zaraz mnie pogonią, bo nie tankuję, a chcę coś od nich. Starszy człowiek za biurkiem, wygląda jak emerytowany mechanik kombajnów, bardzo uprzejmie wskazuje mi drzwi do toalety urządzonej piękniej niż moja własna w domu. W życiu nie widziałam takiej elegancji w kibelku na benzyniarni. Wracam do mojej maszyny, a kombajnista i jego młodszy kolega wychodzą przed biuro, na papierosa i pogawędkę. Siedzą na murku ze szlugami w zębach, mrużąc oczy od słońca, pytają: Skąd? Dokąd? Sama tak daleko? Jaka pojemność? Ile pali? Jaki ma zasięg na jednym baku?