Im bliżej do białej zimy, tym bardziej żal odstawić sprzęt do garażu. A może nie trzeba będzie żegnać się z motocyklem, może sezon przeciągnie się dłużej? Byłoby miło, nieprawdaż?

 

Jesień czasami nas nie rozpieszcza. Odwraca się do nas plecami, opluwa deszczem, podcina wiatrem. Jest nieprzewidywalna, lubi się kłócić z prognozami i sponiewiera ludzkie myśli do kresu melancholii. Sieje pustki na ulicach, niektórych motocyklistów przegania do domu, a ich maszynom nakazuje stać w garażowym kącie. Tytuł kary brzmi: „koniec sezonu”. Jesienny, prawie zimowy okres jest dla niektórych pewnego rodzaju „odsiadką”, która sprowadza się do motonostalgii. Dla niektórych, bo dla niektórych nie. Są jeźdźcy, którzy w poczuciu jesiennej misji nie śmią myśleć o niejeżdżeniu i nie dadzą sobie ‚w czaszę dmuchać’.

Rzeczywiście potrzebuję trochę więcej czasu, zanim się rano zapakuję w odpowiednie odzienie, ale to z kolei nadrabiam rześką gimnastyką pomiędzy samochodami. Zaspani kierowcy ostatnio wyraźniej spóźniają się z reakcjami, albo nie reagują wcale. No bo przecież znowu trzeba było wcześnie wstać, a poranny foch mija dopiero z pierwszym łykiem sparzonej w pracy kawy. Bo dywagacje na temat rutynowego rytmu dnia nie mijają czasami wcale i ostatecznie – no bo z jakiej racji motocyklista ma mieć lepiej…?

„Zimno nie?” To najczęściej zadawane mi pytanie. „Tak” – tym słowem mogłabym dla narodowej zasady narzekania postawić przysłowiową kropkę nad i, ale mi naprawdę nie jest zimno. Nie przeczę, że jazda w koleinach nierozgrzanym motocyklem tuż przy ścianie wielkiego TIRa, który porcjuje fale błotnej mżawki nie należą do przyjemnych, ale adrenalina wykorzystuje we mnie swoje pierwszeństwo. Odprowadzający mnie do bramy, przyprószony siwizną stróż mojego bloku smędzi pod nosem, żebym sobie darowała. Że jemu na stare lata wychodzą zimowe EMzeTkowe eskapady i gdyby tylko mógł cofnąć czas… To pewnie by się cieplej ubierał… Nie raz złapałam się na tym, że gdy dojeżdżam do pracy obiecuję sobie wrócić samochodem, by załatwić odkładane od tygodnia sprawy. Jakoś mi to nie wychodzi.

Można się uzależnić i aż strach pomyśleć o zimowej – białej abstynencji. No chyba, że mówimy o crossowcach i miłośnikach quadów. Dla tych sezon trwa wiecznie. Bo im więcej (oprócz błotnej taplaniny) swawoli na śniegu, ba nawet lodu – tym większa zabawa. Ale wracając na ulicę, frekwencję jednośladów ostatnio wyraźnie kompensują skutery. Widać ich co raz więcej, choć opatulonych kierowców trochę gorzej.

Wygląda na to, że przez pryzmat praktykujących jesienią motocyklistów, imprezy organizowane pod hasłem zakończenia sezonu to tylko pretekst do wspólnego spotkania. Tak naprawdę to nie idea eventu decyduje o tym kiedy jest czas na moto-kołysankę. To warunki pogodowe decydują o tym czy nasze motocykle ujrzą światło dzienne czy nie. Bez względu na nazwę miesiąca i na porę roku. Dla prostego i znanego wszystkim względu – dla przyjemności.