Obowiązek małżeński jeszcze nigdy nie był tak trudny…

Pewien człowiek z mojej motocyklowej ekipy został przez swoją małżonkę poproszony o towarzyszenie jej na imprezie branżowej. Zdziwił się nieco, bo przez kilkanaście lat wspólnego życia nie było dotąd takiej potrzeby, a że jest człowiekiem, który od krawata, obiadku z dwóch dań i potańcówki woli papranie rąk smarem i nawijanie kilometrów na gumę, zwłaszcza w wiosenny łikęt, od razu zaczął stawiać opór. Że nie lubi tańczyć i na kwiatek do jej kożucha w ogóle słabo się nadaje, zaś upijać woli się przy ognisku, w towarzystwie równie jak on upapranych błotem kolegów i w otoczeniu zaparkowanych enduraków i chopperów. Towarzyszka życia jednakowoż uprosiła go argumentując, że właśnie po to ma się męża/żonę i wszystkie koleżanki będą ze swoimi facetami i tak dalej.

Koleżanki są słabym argumentem, pomyślał po cichu biedny mąż, nie dość że pewnie będą młode i ponętne, to tym bardziej niedostępne, bo to w końcu koleżanki żony. W końcu w ramach kompromisu ustalili, że pojadą razem, pani zostanie, a pan po godzince-dwóch zmyje się, nawet jeśli poziom alkoholu we krwi imprezowiczów nie będzie jeszcze wystarczająco wysoki by gwarantował angielskość tego ulotnienia. Kompromis ów był niczym historyczna ustawa antyaborcyjna, nie satysfakcjonował ani obrońców „życia” ani „wyboru”. Stroną bardziej poszkodowaną w tym kruchym rozejmie był mąż-motocyklista, gdyż okazało się, że planowana pod koniec lutego impreza wypada w środku pierwszego w tym roku weekendu w miarę motocyklowej pogody.

Nic zatem dziwnego, iż bardzo był niepocieszony, w ów dzień rano, gdy spotkaliśmy się na targach motoryzacyjnych, później zaś już mocno wkurzony, gdy traska nad morze, zamiast tak potrzebnego wyluzowania, odbywała się pod presją czasu, gdyż moment rozpoczęcia balangi zbliżał się nieubłaganie. Nad morzem co prawda pi*gało okrutnie, ale wiadomo, „gdyby nie ta cholerna impreza mógłbym polatać dłużej”. Sfrustrowany mąż pożegnał się z nami – „do zoba za tydzień” i opuścił nasze miasto, wrócić na swoje wygwizdowo i stawić czoło obowiązkom małżeńskim. Uciśniony motocyklista, wzorem Mahatmy Gandhiego i Martina Luthera Kinga, doprowadzony do ostateczności uciekł się do biernego oporu i obywatelskiego nieposłuszeństwa. „Skoro to twoje koleżanki będą mnie oglądać – mówi – to wybierz co mam ubrać”. No to żonka wypastowała buty, dobrała krawat do koszuli, wszystko przyniosła, środki oporu się wyczerpały, strajk włoski nie dał rezultatu, może dlatego, że włoski tego miłośnika dwóch kółek nie są długie, więc i nie wymagają długiego fryzowania. Zaciśnij zęby i pomyśl o Anglii, pomyślał nasz bohater przekraczając próg knajpy. Próg knajpy okazał się jednak progiem nadziei. Spodziewał się sztywnego, oceniającego i pretensjonalnego biznesowego towarzystwa, a podniósłszy skonsternowane oczęta, zobaczył NAS – swoją ukochaną ekipę motocyklową w sile trzydziestu chłopa, w tym kilku bab. Ludzi, z którymi z wyboru spędza, jak sam twierdzi, najlepsze chwile swojego życia. (Ileż to było zachodu, żeby skitrać pojazdy w okolicy tak, żeby dojeżdżając niczego nie zauważył!). Czas, który zajęło śpiewanie „sto lat” (bo była to impreza z okazji jego okrągłych urodzin) nie wystarczył jubilatowi, by ogarnąć emocje. Kompletnie pozamiatany, z wilgotnymi oczami powiedział nam, że nigdy w całym swoim życiu nie był tak zaskoczony – nawet gdy ileś lat temu żona powiedziała mu, że wpadli z pierwszym dzieckiem…

- A najbardziej nie mogę uwierzyć – mówił – przecież przez ostatnie parę tygodni ileś razy się widzieliśmy, pisaliśmy, rozmawialiśmy, piliśmy razem i nikt się nie sypnął? Jak dotąd myślałem, że wiem co się wokół mnie dzieje i kontroluję swoje życie… – Big Brother, Truman Show to nie fikcja! The Matrix has you!

Dość sporo czasu jeszcze zajęło nam przekonanie jubilata, że to nie my, ale jego żona zorganizowała całą tę imprezę („Jak to, przecież ona max dwa razy w roku jeździła ze mną na te nasze zjazdy. Miała numery do może trzech osób”„Sam dałem jej namiary na resztę – odpowiedział jeden z nas. Osobiście do wszystkich dzwoniła”„Jak to? Przecież to zawsze ja wszystko organizowałem…”). Był też w szoku, że możliwa była taka synchronizacja w czasie i przestrzeni, że dotarliśmy na jego wygwizdów w komplecie…

Gdy wypiliśmy zdrowie jubilata, wzniosłam toast za sprawczynię tej całej mistyfikacji, podstępną małżonkę. Wielki szacun, że po kilkunastu latach małżeństwa siła miłości jest tak wielka, że zrobiła swemu ślubnemu taki prezent. Jak to mówił Gandalf o nas, hobbitach – „Po godzinie myślisz, że znasz je do szpiku, a nawet po stu latach potrafią cię zaskoczyć„.

Zaufanie jest jak wychodzenie ze skorupy, jak zdejmowanie zbroi. W blachach nic ci nie zagraża, ale póki masz je na sobie, póki się nie powierzysz, nie możesz dotknąć, przytulić, poznać, kochać drugiego człowieka.

Nie wierz nigdy kobiecie, ale czasem zaufaj.