Wymarzona przełęcz Stelvio na dwóch kółkach
MotoRmania
10 listopada 2015

Po niezapomnianej zeszłorocznej wycieczce nad Balaton, Marek i Adam postanowili obrać kierunek na austriacko-włosko-szwajcarskie Alpy, w tym w szczególności na przełęcz Stelvio.

Panowie z Top Gear (R.I.P.) zrobili naprawdę dużo, żeby o wspomnianej przełęczy rozpisywały się w zasadzie wszystkie czasopisma motocyklowe, samochodowe czy nawet rowerowe. W konsekwencji tyle się człowiek naczytał o tej pięknej drodze, tyle się naoglądał różnych video-relacji , że nie było innej możliwości niż w końcu sprawdzić o co jest tyle hałasu.
Wycieczkę planowaliśmy od stycznia. Jak zawsze noclegi mieliśmy z góry zaplanowane i zabukowane. Wszystkie zarezerwowane przez booking.com i u znajomych. Zaplanowana trasa wiodła z Gdańska przez Poznań – Monachium – Trafoi – Monachium i Pragę.

Planowo mieliśmy wyruszyć w piątek 12 czerwca o godzinie 17.00, ale zawirowania w pracy trochę skomplikowały mi wyjazd. Ostatecznie kompan podróży Adam wyjechał planowo, a ja dojechałem do Poznania o 2.00 w nocy. Jadąc autostradą A1 od 20.30 na wysokości Torunia natknąłem się na taką ulewę, że musiałem jechać poniżej 100 km/h, a żeby tego było mało, policja przed Inowrocławiem zmieniła ruch i pobłądziłem gdzieś po wiochach. W Poznaniu spaliśmy u kolegi Tomka, który po raz kolejny użyczył nam swój gościnny kawałek podłogi.

Jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, że taka pogoda będzie nam towarzyszyć przez większość wyjazdu…
Mimo mokrego startu rankiem następnego dnia zaświeciło słońce. Wyjechaliśmy z Poznania jak najszybciej się dało, a więc ok. 10.00. Cel Monachium. Przed nami najdłuższy odcinek wyprawy – 822 km. Chcąc jak najszybciej przejechać tę trasę wybraliśmy autostradę przez Poczdam, i Norymbergę. Jak się można było spodziewać trasa bardzo szybka, pogoda piękna. Kiedy dojechaliśmy do Monachium ok. 18.00 termometr pokazywał 30 st. C.
Tak wyglądało nasze pożegnanie ze ze słońcem…

W Monachium również udało się ogarnąć nocleg po znajomości, co miało niebagatelny wpływ na ilość wypitego tam piwa. Spaliśmy u wujka Adama – Janusza w Taufkirchen. Dziękujemy za przemiły pobyt i pikantne wursty. Przy okazji zrobił się mały zlot rodzinny, bo na miejscu był jeszcze tata Adama Jacek. Było wesoło, a do tego w tym dniu Lewandowski strzelił najszybszego hattricka w historii eliminacji do Mistrzostw Europy. 3 bramki w 4 min !!!

Dzień 3. Dziś na spokojnie. Przed nami tylko 250 km, więc bez nadmiernej spinki zjedliśmy śniadanie i wyruszyliśmy w drogę po 11:00. Oczywiście zaraz za Monachium natknęliśmy się na ulewę i na autostradzie w biegu zakładaliśmy kondomy (Przy okazji polecam firmę SIDI. Nie przemokły ani razu). Dopiero w Garmisch – Partenkirchen przestało lać.

Tam zrobiliśmy przerwę na małe zwiedzanie i kawę. I tu zaczęła się prawdziwa wycieczka. Piękna miejscowość z przepięknymi widokami, kamienicami i uliczkami. Po tej miejscowości widać jakby mogło wyglądać Zakopane, gdyby ktoś myślał o porządnym zagospodarowaniu terenu. Do tego zaobserwowaliśmy tam coś tak niebywałego dla polskiego motocyklisty, że aż trudno nam było uwierzyć w istnienie takich cudów – miejsca parkingowe wyłącznie dla motocykli. I to w takich miejscówkach, że u nas nawet niepełnosprawni mogą tylko pomarzyć. Po podniesieniu szczęk z czystych chodników ruszamy dalej w góry. Robi się coraz ciekawiej. Przejeżdżamy granicę włoską.


Krętymi drogami dojeżdżamy do Trafoi do hotelu Garni Inter Ski, gdzie bardzo serdecznie przywitała nas właścicielka Tania. Hotel schludny śniadania skromne, trochę wszystko przestarzałe ale klimat, serdeczność właścicielki i widok z okna rekompensują cenę.


Po lekkim odpoczynku idziemy do poleconego przez Tanię pobliskiego hotelu. ok 500 m w dół. W zasadzie innego wyboru nie było. Trafoi jest małą wioską, w której znajduje się tylko kilka hoteli i większość działa zimą. W drugim hotelu 3 gwiazdkowym w cenie 17 euro zjedliśmy posiłek z 3 dań i deseru. Bardzo smacznie. W trakcie okazało się, że właścicielka Tania też tu jest i zaprosiła nas na powitalnego drinka. Bardzo dużo powiedziała o Trafoi i o sobie.

4 dzień. Pobudka ok 9.00. Na śniadaniu okazało się, że w hotelu jesteśmy tylko my i jakaś niemiecka para. Tania osobiście szykowała śniadanie. Adam po śniadaniu od razu poleciał do motocykla, bo na końcówce trasy miał problem z biegami. Często nie mógł wrzucić luzu i ciężko wchodziła jedynka. A muszę tu zaznaczyć, że było to Ducati Panigale z przebiegiem ok 4000 km. Niestety okazało się, że w ogóle zniknęło gdzieś sprzęgło. Zaniepokojony od razu dzwonił po assistance. Najśmieszniejsze w tej historii było to, że wszystkie nr tel. w książce serwisowej i na stronie importera są do serwisu Opla, a panowie po drugiej stronie słuchawki z Opla nie wiedzą, że obsługują również Ducati. Adam wykonał chyba z 15 telefonów do serwisu Ducati, do Ducati Polska, do assistance i do Wujka Dobra Rada dopóki ktoś skumał, że obsługują nie tylko samochody ale również motocykle.

W międzyczasie pogoda się zepsuła. Czekając na lawetę postanowiliśmy pozwiedzać okolicę 
„z buta” poszliśmy na szlak. Okazał się to bardzo dobry pomysł.

Po dwóch godzinach laweta zabrała motocykl. Popołudniu okazało się, że sprzęgło się zapowietrzyło i motocykl jest już gotowy. Postanowiliśmy nie marnować czasu i do serwisu pojechaliśmy na moim Kawasaki z 1000 SX. Ruszyliśmy drogą S38 do Merano. Oczywiście żeby nie było za dobrze musiało trochę popadać. No, ale po odbiorze Ducati pojechaliśmy na pyszną włoską pizzę do restauracji Kirchsteiger – Polecam w 100%. Pokręciliśmy się trochę po mieście i wróciliśmy do Trafoi na piwko i spać.

Dzień 5
Podróż na przełęcz. Zgadnijcie jaka nas zastała pogoda rano? Tak – padało. Ruszamy od razu wkładając kondomy.


Tak naprawdę podróż zaczyna się już od pierwszego zakrętu. To co wszyscy pisali o walorach trasy to najprawdziwsza prawda. Jazda pod górkę i ponad 180 stopniowe zakręty. Nie było łatwo. Przyznam szczerze, że pierwsze zakręty sprawiały mi ogromną trudność. I tak przez ponad godzinę. Aż się w brzuchu przewracało. Parę razy zatrzymaliśmy się, aby zrobić zdjęcia. No i dojechaliśmy. Niesamowicie… 2758m n.p.m. 8 st. C, mgła i deszcz.
Szybko zjedliśmy kanapkę z wurstem i kapustą (miejscowa tradycja) i uciekaliśmy jak najszybciej na druga stronę przełęczy. Wtedy dopiero zobaczyliśmy co to znaczy jazda po zakrętach. Jakieś 100 m niżej zaświeciło słońce, asfalt wysechł i pojawiły się przepiękne Alpy. W końcu poczuliśmy co znaczy śmigać po zakrętach. I tak przez kilkadziesiąt km do Tirano.

W takich okolicznościach przyrody to zupełnie co innego. Po to człowiek wlókł się tyle kilometrów. Pięknymi zakrętami i tunelami dojeżdżamy do Valdidendro.
Ściągamy stroje przeciw deszczowe i jedziemy kolejną przełęczą do Livigno. Po drodze zachwycamy się malowniczymi uliczkami. Wjeżdżając na wyższe partie gór zaczęło się chmurzyć. Myśleliśmy, że uda nam się uciec przed deszczem… Yhmm tak jak szybko wjeżdżaliśmy tak szybko zjeżdżaliśmy z powrotem. Przemoknięci postanowiliśmy zatrzymać się w tradycyjnej kawiarni na przepyszne Cappuccino.


Po deszczu jedziemy dalej, Livigno czeka. Jak pewnie niektórzy już wiedzą jest tam raj duty-free. Na pewno jeżeli chodzi o alkohol, kosmetyki i papierosy – ceny niższe niż w Polsce. Zjedliśmy obiad w pierwszej lepszej restauracji i okazało się, że prowadzi ją Polak. Bardzo miło i smacznie. Na pożegnanie chciał nas poczęstować tradycyjnym włoskim sznapsem, ale niestety trzeba było odmówić. Ruszamy dalej. Tankowanie za 90 centów. Zalaliśmy, aż się przelewało. I tutaj jak dla mnie zaczyna się najładniejszy, najlepszy odcinek naszej wycieczki.

Robimy kółko do domu przez Szwajcarię. Przepiękny przejazd wzdłuż zalewu. Widok koloru wody i skaczące kozy po skałach, zapierał dech w piersiach. Tak dojechaliśmy do zabytkowego tunelu Munt la Schera (co prawda przejazd kosztował 15 euro ale warto było) łączącego Włochy z Szwajcarią. Tunel ma prawie 4 kilometry i jest idealnie prosty, że widać wyjazd z tunelu!! Niesamowite. Za tunelem zaczyna się … suchy asfalt, piękne zakręty bez piasku. Najfajniejszy odcinek wjazd na górę, gdzie znajduje się granica. I potem już z górki. Pełen ogień do Trafoi jeszcze przez jakieś 2 h. Potem już tylko kolacja i spać.

Dzień 6
Wyjazd z powrotem do Monachium. Poranek trochę leniwie upłynął nam na śniadaniu i pakowaniu. Wracamy tą samą trasą.
Przejazd szybki, by dać sobie jeszcze dzisiaj czas na zwiedzanie Monachium. Żal było opuszczać wspaniałe drogi i widoki. Chociaż sama trasa też była bardzo fajna, bo wyjątkowo nie padało. Wieczorem Adam był przewodnikiem, gdyż wcześniej tu pomieszkiwał. Idąc na słynny Marienplatz po drodze mijaliśmy sklepy dla kibiców Bayernu Monachium i setki pubów.

Postanowiliśmy usiąść w jednej z największych i najsłynniejszych piwiarni w Monachium – Hof Brau Haus. Rzeczywiście robi wrażenie. Pub wielkości dworca kolejowego z ogromnym ogródkiem, gdzie można zjeść słynne weiss wursty, golonkę oraz precle popijając pysznym, miejscowym piwem w litrowym kuflu.
Dobrze, że tylko wypiliśmy po dwa piwka, bo już się robiło wesoło. Wracamy metrem, do wujka Janusza. Oczywiście chwila pogawędki i spanie.
Rano wyjazd do Pragi. Wspominając poprzedni wypad już się nie możemy doczekać. Pragę zapamiętaliśmy jako stolicę bardzo dobrego piwa, wspaniałych pubów, miłych gospodarzy uroczych uliczek i to wszystko za bardzo przyzwoitą cenę.

Dzień 7
Wyruszamy z nadzieją na suchy przejazd, ale jak to mówią nadzieja matką głupich. Na autostradzie klasyk. Trochę deszczu, trochę słońca. Średnio nam się chciało jechać więc mocno nadaliśmy tempa. Tym bardziej, że dziewczyna o blond włosach wyskoczyła przed Pragą na GSXR 600 i leciała tak, że prawie nie mogliśmy jej dogonić, aż do samej Pragi. Praktycznie cały czas na prędkościomierzu dwójka z przodu. Ale za to trasa minęła szybciej.
Do Pragi wjechaliśmy ok 16.00 i wbiliśmy się w korki. Hotel oczywiście ten sam co w zeszłym roku – City Club Prague. Już wiedzieliśmy gdzie zaparkować i w którą stronę ruszyć ulicą Sokolską. I właśnie pierwsze co zrobiliśmy, to ruszyliśmy utartym szlakiem do knajpki U Havrana, gdzie stołowaliśmy się rok wcześniej. Niestety zmiana personelu oraz wprowadzenie hamburgerowego menu spowodowało, że to świetne miejsce zatraciło nieco klimat praskiego pubu. Na szczęście nic więcej się nie zmieniło i dalsza droga piwna – Hanny Bunny oraz Cheapu Rouge była – podobnie jak rok wcześniej – długa i kręta.

Dzień 8
Po takim zwiedzaniu poranek był wyjątkowo ciężki. Dobrze, że nie trzeba jechać dalej. Spokojnie możemy iść po najlepsze lekarstwo na kaca czyli zupa Pho u Wietnamczyka. Dzięki temu specyfikowi udało się dojść na stare miasto. Pogoda dopisywała i było bardzo przyjemnie. Pomału trzeba było zbierać myśli na powrót. Zastanawialiśmy się czy uda nam się wrócić z Pragi do Gdańska za jednym razem, aby mieć jeszcze niedzielę na odpoczynek w domu.
Aby umilić sobie ciężkie rozkminki poszliśmy zjeść do restauracji „U Kroka” na ulicy Vratislavova 12. Bardzo przyjemne miejsce z tradycjonalnym jedzeniem w nowoczesnym wnętrzu.

Dzień 9

Powrót trasą Praga – Gdańsk zajął nam ok 10 h. 845 km. Tyłek odpadał ale zdobycie kolejnej sprawność motocyklowego zucha też się liczy.

Mocno umęczeni, ale bardzo szczęśliwi dojechaliśmy do domu. Podróż życia zaliczona. Wracaliśmy podobnie jak w zeszłym roku. Powrót trwał krócej, bo tym razem udało się nie zgubić. No i od Wrocławia już leci dwupasmówka i można ładnie cisnąć. Oczywiście w górach nie udało się uniknąć deszczu. Motocykle się sprawdziły. Polecam wszystkim Kawasaki Z 1000SX. Idealny do szybkiej turystyki jak i do ciasnych zakrętów Stelvio. Niesamowita wycieczka zakończona bez większych dolegliwości. Adam też nadal sobie chwali Ducati. Jak widać warto inwestować w nowe motocykle i mieć takie dodatki jak assistance oraz gwarancja, bo w przypadku braku tego typu bajerów koszty wycieczki mogą znacznie wzrosnąć. A tak budżet udało się zamknąć w kwocie 3800 zł z czego 1600 zł to paliwo.
Polecam wszystkim ten kierunek, ale może w miesiącu lipcu lub sierpniu, gdzie będzie trochę cieplej i bardziej sucho. My na pewno tam wrócimy.

Autorzy: Marek Bortnowski i Adam Wojnarowski

MotoRmania
Redaktor naczelny

to lifestylowy magazyn o tematyce motocyklowej. Ekskluzywność tego tytułu podkreśla nie tylko doskonałej jakości papier, ale przede wszystkim wyjątkowe materiały. Masz sprawę ? Skontaktuj się:

Materiały premium

czytaj kolejne artykuły