Do Barcelony i z powrotem…na dwóch kółkach.
MotoRmania
30 stycznia 2013

Po kilku krótszych wypadach (Chorwacja) i kręceniu się po kraju urodziła się idea dalszej wyprawy. Padło na Barcelonę (zaliczoną już przez kolegów rok wcześniej) – ponad 5,5 tys km pozwoli nacieszyć się motocyklem i zaliczyć kolejne „zdobyte” na 2 kołach miejsca. Taki wypad to też okazja do przetestowania nowego sprzętu (moto, kufry, kask) w bardzo zmiennych warunkach. Koncepcja podróży : częściowo przeloty autostradami, gdzie się da wskakujemy na boczne drogi, zaliczyć jak najwięcej gór (Alpy, Pireneje), noclegi w hotelach.

Tekst: Maciej Odziemski

Wyruszyliśmy z Poznania (sobota,  godz. 8.00) – w składzie: Maras „co tak się wleczemy” – Suzuki Hayabusa , Wojtek „nie będę gnał, bo mi wieje” – Suzuki Bandit 1250 i ja czyli Hans – reprezentant zdrowego rozsądku – na BMW K1300S. Zdrowy rozsądek miał na imię Ewa i jako moja osobista małżonka zajmował siedzenie pasażera. Wszystkie maszyny zaopatrzone w komplet kufrów (GIVI, do BMW tylko centralny na bagażniku SW-Motech, boczne BMW ) oraz torby na bak.

Nasze motocykle

Pierwszy dzień przywitał nas chłodem (ok 12 stopni), który jednak nie był w stanie zmienić ambitnego planu – dotarcia wieczorem  do Austrii (ok 1050 km – najnudniejszy etap). Wypadliśmy na autostradę gdzie przez bardzo silny czołowy wiatr szybko stwierdziliśmy, że z takim spalaniem budżet na zupę skończy się pod Berlinem… Przestało nas to za chwilę martwić – okazało się, że Bandit gubi powietrze w tylnym kole. Szybkie zidentyfikowanie sprawcy (wbita centralnie duża śruba) i decyzja – zjazd po ratunek do Nowego Tomyśla. Całe szczęście serwis  BMW Pawelec był czynny już od godz.  9 – w parę minut opona była jak nowa (do dziś sprawuje się super – dziękujemy!). Pod Berlinem wiatr ustał i już bez przeszkód dotarliśmy do Lindau. Tam zrzucenie kufrów do hotelu i przejazd do centrum. Krótki spacer po starówce i znacznie dłuższy postój na przepięknej promenadzie pozwolił nacieszyć oczy widokiem jeziora Bodeńskiego i portu jachtowego.  Pogoda w pierwszy dzień nam sprzyjała – więc z radością czekaliśmy na kolejny etap. Drugiego dnia przywitał nas deszcz, przez co śniadanie jakoś tak się przeciągało. Pożarliśmy wszystko co przygotowała właścicielka, ale przetrzymaliśmy opad i ruszyliśmy już po prawie suchym w kierunku Chamonix. Te ok 400 km planowaliśmy zrobić omijając autostrady w celu zapoznania się z krajem Szwajcarów.
Plan upadł już około południa – każda z dwóch posiadanych nawigacji wskazywała inny kierunek, regularnie trafialiśmy na wąskie (choć nadal z idealnym asfaltem!) dróżki kończące się prywatnymi gospodarstwami. Odprowadzani obojętnymi spojrzeniami dziwnych brązowych krów zawracaliśmy maszyny (ja z dużym trudem) i wracaliśmy do poprzedniej krzyżówki. Po kilku takich numerach zapadła decyzja – wbijamy się na autostradę i nadrabiamy zaległości. Po drodze  zatrzymujemy się w miejscowości Brunnen – zauroczeni widokiem jeziora otoczonego wysokimi górami. Planowaliśmy zjeść obiad w restauracji naprzeciwko portu – ale wygonił nas właściciel informując o zbliżającej się ulewie. Po paru kilometrach faktycznie – ulewa, szybkie wskoczenie w kombinezony przeciwdeszczowe i lecimy dalej. A dalej już było mało zabawnie – przejechany zjazd i nagle lądujemy w tunelu św. Gotarda  – i  to były najcięższe 17 km tego wyjazdu. W środku tunelu termometr pokazywał 37 stopni, my w przeciwdeszczówkach jak ryby pieczone w folii – czułem zbliżający się moment udaru cieplnego. Cóż,  jeśli na wydłubanie tej dziury w skale wydano ponad 10 mld usd to na sprawną wentylację już nie wystarczyło. Niestety, Szwajcaria nie chciała nas łatwo wypuścić – zrobiło się późno, deszcz nie przestawał padać i byliśmy zmuszeni szukać noclegu w Locarno. Znaleziony IBIS (chyba najdroższy na świecie – pokój za 190 euro) i jeszcze spacer po urokliwym, choć całkowicie opustoszałym miasteczku.

Alpy

Jezioro Maggiore

Następny dzień przywitał nas piękną słoneczną pogodą – więc z przyjemnością ruszyliśmy na południe wzdłuż brzegu jeziora Maggiore. Kręta i piękna widokowo trasa, słońce i palmy rosnące nad brzegiem jeziora przywoływały wspomnienia z Chorwacji – a to przecież środek Alp…Krótkie postoje na zdjęcia i wypad na autostradę – chcemy być w Chamonix jeszcze w dzień, a pogoda teraz słoneczna wyżej w górach może się zupełnie zmienić. Po zjeździe z autostrady przejazd krętą, górską drogą z pięknymi widokami (choć znacznie gorszą niż w Szwajcarii nawierzchnią), ostatnie 100 km w lekkim deszczu, ale po poprzedniej ulewie nawet nie wyciągaliśmy przeciwdeszczówek. Wreszcie Chamonix – z pięknym widokiem na Mount Blanc i inne strasznie wysokie góry. Pomimo braku sezonu narciarskiego dużo turystów – zwolenników chodzenia na nogach (?) Dużo sklepów z różnym dziwnym sprzętem, np. linami i hakami. Mieliśmy namierzony wygodny hotel w rozsądniej cenie, więc był czas na spacer i kolację w mieście. Bardzo fajna, klimatyczna miejscowość – trzeba kiedyś sprawdzić jak wygląda w zimie…

Knajpka w Locarno

Kolejnego dnia, już przy ładnej pogodzie ruszamy na zachód – kierunek Avignon (430 km). Jedziemy najpierw bocznymi drogami do Albertville (przerwa na drugie śniadanie) i później krótki przeskok autostradą do Grenoble, gdzie zjechaliśmy ponownie na boczne – górskie drogi. Ten odcinek (z Grenoble do Serres) to jedna z trzech najlepszych tras naszego wyjazdu – szeroka, kręta (ale nie za mocno – dostosowana do TIR’ów) droga o świetnej nawierzchni, z pięknymi widokami i mnóstwem fajnych zakrętów. Większość jak to w górach ślepych – więc trzeba uważać na ciężarówki – jedna próbowała mnie zgarnąć ścinając zakręt,  na szczęście zdążyłem odpuścić złożenie i uciec na pobocze…
Za Serres już krajobraz stawał się bardziej nizinny, z całymi polami rosnących małych krzaków (podobno winorośl). Do Avignon dojechaliśmy w doskonałych humorach – wjeżdżając do centrum bez problemu (zakorkowany wylot z miasta) rzuciliśmy kotwicę przy samym Starym Mieście (tradycyjnie IBIS). Ten hotel nie miał garażu – więc za zgodą recepcjonistki (przemiła Polka) ustawiamy motocykle przed wejściem.  Niestety – to okazało się ulubiona miejscówka okolicznej młodzieży – więc padły propozycje „popilnowania maszyn”. Marek wytłumaczył, że my tylko na chwilę i za 2 godziny jedziemy dalej – o dziwo zadziałało i towarzystwo się za jakiś czas ulotniło. Rano sprzęt stał nietknięty…

Kolacja na starym mieście, sezon już w pełni – tłumy turystów.  Poszliśmy zobaczyć słynny niedokończony  most – ale ponieważ wstęp był płatny to tylko z brzegu. Idea płacenia za wejście na zepsutą konstrukcję była dla nas równie obca jak polityka PIS. Rano jeszcze spacer, lokalne śniadanie (kawa + crossant) i jedziemy dalej. Tym razem krótszy etap – tylko 260 km – ale nocujemy w bardzo interesującym miejscu – Carcassonne. Jak to zwykle bywa rzeczywistość zweryfikowała nasze założenia – odcinek teoretycznie krótki ciągnął się w nieskończoność. Przebijaliśmy się (to idealne określenie) bocznymi drogami  z rondami w takim stężeniu, że nie było czasu wrzucić wyższego biegu niż 4…Mocno zmęczeni ( temperatura już ponad 26 stopni) dotarliśmy do Sete. To sympatyczne, choć głośne portowe miasto, poprzecinane kanałami  i słynące z owoców morza. Ignorując tę informację zjadamy coś, co na pewno w morzu nigdy nie było i jedziemy dalej. Stwierdziliśmy, że przejedziemy jeszcze laguną do Agde (podobno atrakcja) i uciekamy na autostradę zanim Maras i jego Hayka wybuchnie (w dowolnej kolejności). Laguna może jest atrakcją, ale chyba dla żab tam zamieszkujących – wieje, widok mocno ograniczony przez wysokie zarośla, duży ruch.

Carcassonne

Do Carcassonne dojechaliśmy mocno zmęczeni – protestowały również maszyny co chwila włączającymi się wentylatorami. Lokujemy się w hotelu (dla odmiany – IBIS), moto w bezpieczne miejsce i biegniemy oglądać to zabytkowe cudo. Carcassonne znane jest z największego w Europie  kompleksu obronnego – w większości pochodzącego z czasów Wizygotów (VI wiek n.e.). Obiekt słynął ze swoich zalet obronnych – w tamtych czasach uchodził za niemożliwy do zdobycia, udzielając m.in. schronienia Albigensom. Jednak historia tego miejsca sięga znacznie dalej – pierwsze ślady osadnictwa na wzgórzu to już 2500 lat p.n.e., a warownia była tam już za czasów rzymskich (100 p.n.e.). To wszystko czuje się spacerując po zamku – który zachował się w formie nie zmienionej od czasów średniowiecznych. Co ciekawe miasteczko „żyje” (sklepy, prywatne domy, gastronomia) w sposób nie zakłócający kontaktu z wielowiekową historią tego magicznego miejsca. Długo spacerowaliśmy wąskimi uliczkami zachwyceni lokalną atmosferą …

Barcelona

Kolejny dzień – to już na celowniku Barcelona (330 km) – ruszamy prosto na południe. Jedziemy bocznymi drogami przez Pireneje – piękne widoki, przez większość trasy całkowicie pusto. Droga dość szeroka, mocno kręta,  z bardzo różnym asfaltem – na zakrętach trzeba uważać. Otaczają nas dzikie, zalesione szczyty, wśród których co jakiś czas migają ruiny średniowiecznych zamków. Kusi nas żeby zjechać z trasy i przyjrzeć się im z bliska – ale nie ryzykujemy – mamy niską prędkość przelotową a nie chcemy być w Barcelonie zbyt późno .

Port w Barcelonie

Pierwsza miejscowość po przekroczeniu granicy hiszpańskiej to Puigcerda  – gdzie robimy przerwę obiadową. Przeganiani przez lokalną policję parkujemy wreszcie pod jakąś restauracją w celu pierwszego kontaktu z hiszpańską gastronomią. Kontakt okazał się całkowicie nieudany (łatwiej chyba o szóstkę w lotto niż o właściwy wybór w hiszpańskim menu), więc nie zwlekając zebraliśmy się w dalszą drogę. A było warto – gdyż po kilku kilometrach trafiliśmy na najlepszy odcinek naszego wyjazdu. Z Puigcerda jedziemy na Queixans, gdzie skręcamy na Rippoli – wpadając na przepiękną widokowo trasę rozciągniętą wzdłuż stoku nad zieloną doliną. Dość szeroka (dostosowana do TIR), praktycznie całkowicie pusta (2-3 auta), z nową, doskonałą nawierzchnią i ostrymi, profilowanymi zakrętami – to chyba najlepsze co może spotkać motocyklistę (nawet obładowanego bagażami). Jak to Maras określił – to taki Tor Poznań rozciągnięty na ponad 50 km i przeniesiony w ładną okolicę. Dla mnie absolutny nr 1 wyjazdu. Rozgrzani tym przelotem (pomimo dość niskiej średniej prędkości) robimy krótki postój w narciarskim miasteczku Ribes de Fresier . Tam też dowiadujemy się, że za kilkanaście kilometrów do samej Barcelony jest nowa, bezpłatna autostrada, gdzie jak właściciel baru opowiedział rękami swymi można gnać, ile się da…

Kręcimy nosem na Gaudiego

Ponieważ banany na twarzach nie ułatwiają spożywania napojów wskakujemy na moto i gnamy dalej. Przepowiednie się spełniły – za Rippoli wpadamy na piękną nową drogę – w standardzie autostrady, z doskonałą nawierzchnią. Pojawia się więcej katamaranów, a że dodatkowo trasa jest mocno kręta dostarcza nam dużo rozrywki. Nawet Wojtek nie ma czasu spoglądać na prędkościomierz więc  średnia prędkość przelotu gwałtownie wzrasta. Jeszcze jeden krótki postój (Maras zabija muchę własnym okiem, co wymaga naprawy tegoż) i wpadamy do Barcelony. Pomimo dużego ruchu sprawnie docieramy do centrum i rozpoczynamy poszukiwania hotelu.  Zajmuje to chwilę (jakaś konferencja lekarzy wchodzi nam w paradę), ale w końcu trafiamy do…Ibisa.  Odstawiamy motory na parking podziemny, kupujemy bilet na metro  i zaczynamy się zaprzyjaźniać z miastem. Na mnie Barcelona nie robi specjalnego wrażenia – za dużo ludzi, hałas, lokalne zwyczaje spacerowania po Ramblach (to takie dawne kanały ściekowe, kiedyś za miastem, teraz ogarnięte przez centrum, zabetonowane – robią za deptaki). Najsłynniejsza La Rambla – wieczorami pełna Katalończyków i turystów, ze straganami, knajpkami itd. W bocznych – spokojniejszych uliczkach znajdujemy sympatyczne, klimatyczne knajpki  z miłą obsługą (Cafe Schilling) gdzie później spędzamy wiele czasu. Dziwne, „cieknące” konstrukcje stworzone przez niejakiego Gaudiego (to co gość palił, dzisiaj na pewno jest nielegalne), bardzo duża różnorodność w stylach architektonicznych (przez jakiś okres ścigało się tam czterech projektantów o różnych koncepcjach) powodują duży bałagan w mieście – są tacy którzy to lubią, ja niekoniecznie. Bardzo przyjemny, nowoczesny port jachtowy, pełne życia stare miasto, mnóstwo muzyki i tańca na ulicach (szczególnie w sobotę) – to może się podobać. Generalnie pomimo opuchniętych dłoni (twarde manetki w Beemce i nie najlepsze na długie trasy rękawiczki) ja już po pierwszym dniu chciałem jechać dalej…

Rano w dniu wyjazdu okazuje się, że oddaliła się śrubka ze stelaża do kufrów Hayabuzy – co spowodowało jego dezintegrację (lewa nie trzymała się prawej strony). Prawy kufer skutecznie wisiał  na 2 zaczepach, ale bagażnik w tej wersji rozleciałby się po paru kilometrach. Poszukiwania zaginionej śrubki oczywiście zdały się na nic – widocznie dzień wcześniej wypadło coroczne sprzątanie parkingu…

Cale szczęście, że miałem ze sobą transportowy pas ściągający z mocną klamrą (Szymon z BMW Pawelec – dzięki!) – to i niezastąpiona taśma izolacyjna załatwiły sprawę.

Wylot z Barcelony w niedzielę rano to bajka, po kilku minutach byliśmy na autostradzie. Zaplanowany nocleg w Marsylii został skasowany, postanowiliśmy szybciej dotrzeć do Saint Tropez – zatem autostradą jak najdalej i tylko końcówka bocznymi drogami (ok 700 km). Zjechaliśmy z autostrady A8 na A57 i za chwilę na boczną drogę wiodącą na wybrzeże. Trasa widokowa, miejscami wąska i o kiepskiej nawierzchni, ale była to miła odmiana po nudnej autostradzie. Dodatkową atrakcją byli pędzący na dużych skuterach lokalni mieszkańcy i pojawiające się coraz częściej autka najdroższych marek.

Kryzys ?

Plaża Tahiti w Saint Tropez

Po dotarciu do St Tropez lokujemy się w zaprzyjaźnionym pensjonacie i udajemy do centrum ogrzać się w blasku wielkiego świata. Okazało się, że wielki świat nie przybył był, a miasteczko jest dość puste jak na tą porę roku. Podobnie następnego dnia na słynnej plaży Tahiti kryzys był mocno widoczny – pomimo pięknej pogody w zatoce kotwiczyły zaledwie dwa jachty motorowe (zwykle co najmniej 10), również zajętych leżaków było niewiele…Wieczorem lądujemy (jakimś cudem wpuszczeni – chyba dzięki Ewie) w najbardziej obleganej knajpie przy porcie (Le Qua), fajna muzyka, sympatyczna atmosfera, tylko ceny drinków (15 euro sztuka) szybko przywróciły nas do rzeczywistości.

Jeszcze jeden dzień odpoczynku w tej sympatycznej miejscowości  i ruszamy dalej. Ambitny plan przejechania do Monte Carlo wzdłuż wybrzeża został zmieniony w trakcie jego realizacji – duży ruch i zatłoczone miasteczka zmęczyły nas szybko – więc ucieczka na północ i piękną widokową autostradą mijamy Cannes i Monaco, zjeżdżając na wybrzeże dopiero w Menton. Tam pożegnanie z Morzem Śródziemnym w przepięknych okolicznościach przyrody (turkusowa woda, szeroka, kamienista plaża przy promenadzie) – warto odwiedzić to miejsce…

Teraz już ruszamy na północ  – mamy ok 550 km do Salo nad jeziorem Garda. Przejazd do Cuneo to piękna górska trasa, pusto,  niezła nawierzchnia  i fantastyczne widoki. Później już autostrada i gonieni przez chmury burzowe dopadamy Salo. Tam już wcześniej znany hotel w centrum – prowadzony przez sympatyczną włoską rodzinę z rozsądnymi cenami i dobrym jedzeniem. Wieczorem spacer promenadą nad jeziorem i decyzja o szybszym powrocie do Polski. Pierwotny plan zakładał pokręcenie się jeszcze jeden dzień po Alpach, jednak fatalny stan mojej tylnej opony był głównym powodem jego korekty. Zatem następnego dnia, przy pięknej pogodzie lecimy już bezpośrednio do domu, przed nami 1270 km. Jedziemy wzdłuż jeziora, krótki postój w Riva del Garda i za chwilę wpadamy na autostradę. Później już tylko systematyczne tankowania z przerwami na kawę i bez żadnych przygód i specjalnego zmęczenia ok godz. 20 przekraczamy polską granicę.

Riva del Garda

Podsumowując wyjazd – z pozytywów : dobry pomysł ze składem 3 maszyn (grupa łatwa do opanowania przy nawet szybszej jeździe, wszyscy widzą się nawzajem, optimum bezpieczeństwa i komfortu), super trasa (zmienne warunki, piękne widoki), maszyny idealne do dłuższych wypadów (zrobione 5,3 tys. km).  Wyjazd zatem  bardzo udany – jak zwykle kluczem do sukcesu jest właściwie dobrany skład osobowy – jeśli do tego dodamy doskonałe drogi przez piękne okolice to mamy komplet. Już się nie możemy doczekać kolejnego czerwcowego wypadu – na pewno musi być jeszcze dalej…

Z mniej pozytywnych tematów to chyba tylko ceny:  paliwa (najdrożej we Włoszech – jakiś dodatkowy podatek) od 1,6 do 1,8 euro,  autostrad, hoteli i żywienia się w restauracjach (Szwajcaria, Hiszpania). W Barcelonie duże piwo w zwykłej knajpce to często 8 euro…

Testy

Wszystkie maszyny były podobnie obciążone (najmocniej BMW, 2 osoby + 35 kg bagażu liczonego z kuframi), co zaskakujące najniższe spalanie miała właśnie Beemka  – ok 0,5 litra mniej na 100 km niż Hayabuza i Bandit. Minimalne spalanie to boczne górskie drogi ze średnią prędkością ok 80 km/h (5,3 – 5,6 l.), przy prędkościach autostradowych 160 – 180 km/h spalanie nie przekroczyło 7,5 l. na 100 km. Prawdopodobnie duża w tym zasługa wyższych – turystycznych szyb (wszystkie maszyny były zaopatrzone w szyby MRA). W przypadku BMW K1300S szyba standardowa nadaje się tylko dla kierowców niższych wzrostem. Jeśli masz ponad 180 cm to szyba akcesoryjna jest konieczna. Porównując komfort jazdy wszystkie trzy maszyny na długich trasach sprawdziły się doskonale. Hayabusa i BMW wymuszają od kierującego podobną – lekko pochyloną pozycję, Bandit umożliwia podróż w pozycji bardziej wyprostowanej. Jednak zmniejszony opór powietrza przy wyższych prędkościach jest bezcenny – więc na autostradach „rządziły” Hayabusa i BMW. Obiektywnie trzeba stwierdzić, że Hayka – ze swoim genialnym silnikiem, ilością miejsca dla kierowcy i pewnością prowadzenia jest chyba najbliżej ideału (tylko te hamulce…).

Obie Suzi były obute w Michelin Pilot Power 2CT – które kolejny już raz okazały się doskonałym wyborem. Przebiegi 10 – 12 tys km (Hayabuza, BMW K1300S, prędkości autostradowe) to standard. Założone w nowej BMW fabryczne Metzeler Sportec M3 dosłownie szły w strzępy na autostradach (odpadały kawałki gumy), przy przebiegu 7 tys km wróciłem na ogranicznikach…To na pewno nie są opony nadające się do dłuższej turystyki. Miałem okazję również przetestować nowy garnek Schuberth C2 – po wcześniejszych doświadczeniach z Shoei XR1000 i 1100 szukałem czegoś bez konieczności wymiany szyby i dobrą ochroną oczu przed wiatrem. Kask spełnił moje oczekiwania – zero zawirowań przed nosem, bardzo wygodny,  sprawna blenda (idealna szczególnie podczas wielu przejazdów tunelami). Dodatkowo ma doskonałą wentylację – bez wkładki antyfog nawiew dolny skutecznie likwiduje parowanie, biały kolor zmniejsza nagrzewanie – generalnie komfort termiczny nawet w temperaturach powyżej 27 stopni bardzo wysoki. Dwie wady : jest tak głośny, że nie słyszę własnych myśli (jeśli mam takowe), oraz za delikatne plastiki wokół dolnego nawiewu (popękały od otwierania i zamykania – konieczne zaklejenie taśmą w powrotnej drodze). Jednak mimo tego chyba zostaniemy razem na dłużej…

Chciałem jeszcze napisać coś dobrego o bagażniku i płycie pod kufer GIVI produkcji  SW Motech do BMW K1300S, ale ponieważ właśnie wczoraj kufer odleciał był w niebyt razem z płytą (przy 120 km / h, pusty, główki śrub mocujących ścięte jak nożem) to się wstrzymam…

Dobre rady  :

– we Francji i Włoszech rozumieją obawy motocyklistów o swoje sprzęty – zawsze warto pytać w hotelach o bezpieczne miejsce do parkowania i korzystać z ich podpowiedzi, często są to miejsca bezpłatne.

– koniecznie zabieramy ze sobą mocną taśmę izolacyjną i minimum jeden pas ściągający z solidną klamrą – może nas to wybawić od wielu niespodziewanych kłopotów z bagażem.

– uwaga na bramki autostradowe w Hiszpanii i Francji – przy mocno obciążonym motocyklu z 2 osobami zdarzało się, że maszyna naliczała mi opłatę jak za samochody (2x wyższą niż kolegom). Opuszczenie moto przez pasażerkę na moment przy pobieraniu biletu załatwiło sprawę. Oczywiście najlepiej podjeżdżać do bramek gdzie jest obsługa – problemy były tylko z głupimi automatami.

– uwaga na paliwo – część E95 ma duży dodatek bioetanolu (10%) co nie jest fajne. Przeważnie można to odczytać, ale jak mamy wątpliwości lepiej lać E98. Jest trochę drożej, ale wszystkie moto robiły na niej większe przebiegi  między tankowaniami. Część stacji (Francja) nawet na autostradach wymaga przedpłacenia – więc jak podjedziemy i ktoś się drze przez głośnik po francusku to prawie na pewno trzeba iść i zapłacić wcześniej.

MotoRmania
Redaktor naczelny

to lifestylowy magazyn o tematyce motocyklowej. Ekskluzywność tego tytułu podkreśla nie tylko doskonałej jakości papier, ale przede wszystkim wyjątkowe materiały. Masz sprawę ? Skontaktuj się:

Materiały premium

czytaj kolejne artykuły