BMW Motorrad Days – impreza dla wszystkich?
MotoRmania
13 stycznia 2014

Zastanawiacie się, czy BMW Motorrad Days warto odwiedzić? Nasi czytelnicy tam byli i zdradzają, że tak naprawdę jest to impreza dla każdego, kto uwielbia motocykle!

autor: Ewelina M.

Zaczął się nowy rok, więc wypadałoby zaplanować już jakieś wyjazdy – a może impreza motocyklowa BMW Mottorad Days? Nasi czytelnicy opisują swoje wrażenia z ubiegłorocznej edycji.

W lipcu roku 2013 wybraliśmy się do bawarskiego Garmisch-Partenkirchen, gdzie odbyła się jubileuszowa edycja imprezy pod nazwą BMW Motorrad Days połączona ze świętowaniem 90-lecia obecności BMW na rynku producentów motocykli. Zastanawiam się, na ile mój zachwyt nad tą imprezą jest kompetentny, skoro z założenia nie uczestniczę w żadnych zlotach i spędach motocyklowych, bo (zapewne niesłusznie!) kojarzą mi się z niekontrolowaną popijawą zakończoną radosnym rajdem wśród namiotów z promilami w rozgrzanej łepetynie. Tak czy inaczej, BMW Motorrad Days to impreza przeznaczona dla motocyklistów i fanów, sympatyków motocykli – niekoniecznie marki BMW – wszelkiej maści i w każdym wieku.

Jako że rezerwacja noclegu miesiąc przed imprezą wymagałaby od nas codziennego, kilkugodzinnego trekkingu z sąsiedniej wioski, zabraliśmy ze sobą namiot i okazało się to całkiem niezłym rozwiązaniem. Trzydniowy pobyt na jednym z kilku pól namiotowych zorganizowanych wokół rozległego terenu imprezy kosztował całe 7,5 EUR za namiot i półlegalny parking dla samochodu docelowo szczelnie okrążonego motocyklami. Pierwotnie planowaliśmy co prawda przyjazd motocyklami, bo jak inaczej można pokazać się na zlocie motocyklowym, ale pokonanie odcinka ponad tysiąca kilometrów na motocyklu w czwartym miesiącu ciąży mogło być ryzykowne.

Na polu namiotowym zameldowaliśmy się późnym wieczorem 4 lipca, przekonani, że impreza została w ostatniej chwili odwołana. Ciemno, cicho, szczątkowe ilości motocykli… Dopiero rano okazało się, co zresztą było słychać, że motocykle napływały przez całą noc i o poranku „nasze” pole było pełne namiotów.

Pierwszego dnia zjedliśmy uroczyste śniadanie w pobliskiej restauracji hotelowej (co okazało się być sporym błędem z naszej strony, bo namioty imprezowe zamieniały się w świetnie zorganizowane restauracje w ciągu dnia i tam można było przywozicie zjeść za znacznie mniejsze pieniądze) udaliśmy się na pierwsze zwiedzanie. Pobraliśmy w punkcie organizacyjnym przejrzysty program imprezy, zakupiliśmy bilety na loterię, za które dostaliśmy okolicznościowe piny (do wygrania były dwa motocykle(!) – R1200RT i R1200R) i udaliśmy się na łowy.

Co widzieliśmy?

Obejrzeliśmy pokaz nieśmiertelnego Russa Swifta, który prezentował akrobatyczne parkowanie równoległe Mini. Tuz po nim na arenie pojawił się Chris Pfeiffer, którego pokazy można było oglądać aż trzy razy dziennie. Chris dosiadał zarówno fabrycznych motocykli BMW, jak i swojego stuntowego stwora i za każdym razem gromadził tłumy. Chwila cierpliwości i można było Chrisa dotknąć, policzyć zmechacone kulki na jego T-shircie i dostać autograf. Autografy rozdawali też podobno Marco Melandri i Chaz Davies w strefie sportu (S1000RR, HP4 itp.), ale tę przyjemność odpuściliśmy sobie z uwagi na jedną z dziesięciu drzemek, jakie trzeba było w ciągu dnia odbyć. Udaliśmy się jednak do kina, gdzie można było obejrzeć kilka relacji z bliższych i dalszych wypraw – oczywiście na BMW. Producent, w ramach szeroko zakrojonej akcji PR, udostępnił zwykłym śmiertelnikom swoje flagowe produkty – R 1200 GS – i zorganizował darmowe wyprawy życia, co zostało udokumentowane w filmie „One Word. One R 1200 GS Tour”. Filmy oglądało się jak bardzo dobre kino, można też było odpytać uczestników wypraw z ich wrażeń. Szkoda tylko, że po zrealizowanej wyprawie musieli oddać maszyny, które teraz zalegają w monachijskiej siedzibie BMW. Wydało się nam to dziwne, bo kogo jak nie BMW Motorrad ma być stać na takie gesty? No ale cóż, biznes to biznes i nie ma tu miejsca na porywy serca. Na pierwszy rzut oka, i zgodnie z tym co pokazało BMW, w wyprawach brali udział zwycięzcy konkursu – kompletni amatorzy i pozornie „zwykli” motocykliści bez doświadczenia offroadowego. Krótkie, prywatne śledztwo wykazało jednak, że zwycięzcy mają za sobą spore i niekoniecznie stricte amatorskie doświadczenia. Weźmy drobniutką, 25-letnią Brytyjkę Stephanie Rowe – jak „ogarnęła” motocykl rozmiarów R 1200 GS? Otóż Stephanie od kilku lat z powodzeniem stratuje w zawodach enduro w Wielkiej Brytanii. To tyle refleksji. Filmy były fajne, profesjonalnie zrobione.

BMW umożliwiło wszystkim chętnym szkolenie pod okiem instruktorów ze szkoły BMW (tej z Hechlingen) na specjalnie utworzonym torze w parku Enduro. Wystarczyło odpowiednio wcześnie zarejestrować się na stronie imprezy, zarezerwować termin i wybrany motocykl. Organizator wymagał własnego, w miarę profesjonalnego stroju i kasku. Miesiąc przed terminem udało nam się zarezerwować nie to, co chcieliśmy, ale że darmowemu koniowi w zęby zaglądać nie przystoi, wybraliśmy Sertao i F800GS. Na miejscu doszłam do wniosku, że Sertao wygląda dobrze tylko w internecie, więc ostatecznie zajęliśmy dogodne pozycje w loży szyderców i spędziliśmy popołudnie patrząc, jak męczą się inni. A było na co popatrzeć… Przy okazji zapewniliśmy znudzonym całodniowym szkoleniem instruktorom rozrywkę, która polegała na pozowaniu nam do zdjęć.

Znacznie więcej wrażeń dostarczyła gapiom i samym uczestnikom parada zorganizowana w sobotnie południe. Dopiero tutaj było widać jak na dłoni, że do Garmisch nie przybyli wyłącznie posiadacze bawarek, tylko właściciele wszystkich istniejących marek motocykli. Parada jak to parada – jechali, jechali i końca nie było widać. Patrzyło się jednak przyjemnie, a policji niemieckiej należą się słowa uznania za bezproblemowe ogarnięcie tych tysięcy motomoto.

Organizator zapewnił również strefę wellness, w której można było odpocząć po trudach udziału w imprezie, a przy okazji pogapić się na wyczyny kilkuletnich przyszłych mistrzów świata w trialu. Przez kilkanaście minut obserwacji zdążyłam zostać fanką jedynej dziewczynki w tym towarzystwie, która w niczym nie ustępowała chłopcom. Strefa, poza piwem i grillem dostarczyła też innych wrażeń, kiedy to zaparkowane na żyletę motocykle niespodziewanie złożyły się niczym kosztowne domino. Zamiast awantury, bójek i wzajemnych oskarżeń, co pewnie miało by miejsce u nas, właściciele drogich sprzętów uporządkowali rumowisko i poszli bawić się dalej. Bardzo krzepiąca scena, szczególnie że nie było tam naszych własnych motocykli.

Po całym dniu wrażeń można było udać się na zasłużoną zabawę na jedną z czterech (!) imprez w różnych konwencjach. Wybór był pomiędzy masową potańcówą w stylu Oktoberfest w namiocie głównym, kameralną muzyką na żywo z gwiazdami przy ognisku, niewiadomą rozrywką obok kina (nie udało się nam tam dotrzeć) i rockowym koncertem przy Motodromie. Nawet dość wybredny meloman po kuflach piwa znalazłby coś dla siebie. Ze wszystkich nacji biorących zaskakująco kulturalny udział w tej imprezie, na wyróżnienie zasługują nasi rodacy i pobratymcy czyli Ukraińcy, którym bawarskie piwo z domieszką rodzimej wódeczki delikatnie zaszumiało w głowach. Tak czy inaczej, bez względu na ilość przyjętej dawki procentów, było bezpiecznie. Imprezy trwały najdłużej do 3:00, jednak można było pójść spać znacznie wcześniej bez obawy, że ktoś wjedzie w namiot radośnie jodłując.

Stałym elementem święta były dziesiątki stoisk wystawców oferujących produkty i usługi związane z motocyklem BMW. Można było kupić kubek, zrobić przegląd motocykla (dla jasności – BMW) albo motocykl kupić. Poważnie mówiąc, znalazła się tam czołówka europejskiego rynku producentów wszystkiego, czego może potrzebować nawet najbardziej wymagający klient. Z setek albo nawet tysięcy oferowanych produktów, nam najbardziej spodobały się walizka konesera orz profilowane, żelowe i powietrzne poduszki AirHawk, które na własnej… skórze wypróbował Ewan McGregor podczas swoich wypraw. Długo można by się rozwodzić nad profesjonalizmem i ofertą wystawców, którzy bardzo chętnie opowiadali o swoich, często drogich „zabawkach” każdemu, kto wykazał minimalne zainteresowanie ich ofertą. Wszystkiego można było dotknąć i usiąść na wszystkim, co miało siedzenie. Nie zabrakło również firm oferujących zorganizowane wyprawy w najdalsze zakątki świata. Niestety, nie spotkaliśmy przedstawicielstwa z Polski.

Czego nie udało nam się zobaczyć, a wiemy, że było 🙂
– ściana śmierci
– wyścig klasycznych bokserów BMW
– jazdy próbne
– loty na paralotni w tandemie
– punkt serwisowy
– półdniowe wycieczki motocyklowe z przewodnikiem po Alpach
– prezentacje motocykli Superbike Race
– wystawa klasycznych motocykli BMW
– niedzielna msza dla motocyklistów

Podsumowując, BMW Motorrad Days to świetnie, a przede wszystkim profesjonalnie zorganizowana impreza na ogromną skalę. Do tego, co naszym zdaniem najważniejsze, impreza bezpieczna. Nawet dla kobiet w ciąży, które beztrosko zostawiają aparat fotograficzny w kabinie toalety, a który odnajduje się kwadrans później w biurze rzeczy znalezionych. Impreza bezpieczna również dla tysięcy motocykli, nad którymi całą dobę czuwała transparentna, ale skuteczna ochrona. Największą grupę na imprezie stanowili posiadacze dużych enduro i to chyba dla tej grupy przygotowano najwięcej atrakcji w bawarskim miasteczku. Wydawałoby się, że na imprezie skierowanej głównie do posiadaczy drogich motocykli nie zabraknie szpanu i zadęcia. Już w pierwszym dniu imprezy okazało się jednak, że jest to impreza dla wszystkich, a życie nie kończy się po 60-tce i można dalej podróżować po świecie motocyklem.

MotoRmania
Redaktor naczelny

to lifestylowy magazyn o tematyce motocyklowej. Ekskluzywność tego tytułu podkreśla nie tylko doskonałej jakości papier, ale przede wszystkim wyjątkowe materiały. Masz sprawę ? Skontaktuj się:

Materiały premium

czytaj kolejne artykuły