Sky Fighters w Europie: italian trip Artura Puzio!
Adam Lambryczak
28 października 2013

W ten jesienny dzień mamy dla was gorący materiał prosto ze słonecznej Calabrii!

autor:
Artur Puzio

Italian Trip: Na zaproszenie kolegów z Włoch, wraz z Damianem Sulejem udaliśmy się na 3-tygodniowe tournee po Włoszech. Tam mieliśmy spędzić fajne wakacje skacząc razem z Włoskimi zawodnikami, poznawać nową kulturę i umierać z przejedzenia pizzą… Jak zwykle nie zabrakło też ekstremalnych przygód, o czym już za chwilę.

Do Włoch udaliśmy się jako reprezentanci Sky Fighters – teamu ludzi z pasją, najlepszych w swojej dziedzinie sportu, z celami dużo wyższymi niż bycie przeciętnym. Dysponując profesjonalnym zapleczem treningowym, postanowiłem zebrać grupę zawodników, którzy chcą stworzyć coś innowacyjnego, a przygotowując się do ważnych zawodów trenują niespotykane jeszcze ewolucje.

Na pokazy do Włoszech wyruszyłem kilka dni przed Damianem, ale żeby nie było zbyt pięknie, to na dzień przed wyjazdem okazało się, że zatarłem skrzynię biegów w samochodzie. Dzięki uprzejmości pana Mariusza Kuczyńskiego z Kani udało się ją szybko wymienić i wyruszyć do Włoch z zaledwie jednodniowym opóźnieniem.

Plan był taki: Ja jadę na 1 show i badam sytuacje, po czym mamy 4 dni przerwy na zwiedzanie kraju i kolejne 2 weekendy będziemy latać po włoskich torach motocrossowych i poznawać Włoską kulturę już we dwóch.

Komu w drogę temu czas!

Wyruszając samotnie w 3000-kilometrową trasę miałem nadzieję, że jakoś to będzie. W gruncie rzeczy jakoś to było do momentu, w którym okazało się, że we Włoszech olej napędowy kosztuje prawie 2 euro, nie wspominając już o benzynie, a ja mam przy sobie jedynie 50 euro. Mniejsza o to, jadąc oklejonym samochodem przez kraj natknąłem się na wiele osób, które zaczepiały mnie z samej ciekawości zobaczenia nóg, które wystają nad dach samochodu, jakby były prawdziwe. Niestety jak się później okazało, Włosi nie znają zbyt dobrze angielskiego… Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że oni w ogóle nie znają innych języków niż własny. Nie wiem dlaczego, ale widząc na plaży Włochów ubranych w slipki w kolorach flagi narodowej wiedziałem, że raczej nie powiedzą mi gdzie mogę znaleźć bankomat. Mimo to jednak postanowiłem poszukać go na własną rękę. Dzięki tej krótkiej wycieczce po małym włoskim miasteczku uświadomiłem sobie, że może jednak znajdę z tymi ludźmi wspólny temat. W ten pozytywny nastrój wprawiły mnie tysiące motocykli, motorowerów i skuterów, które wyprzedzały samochody na krętych górskich drogach z lewej, z prawej w ogóle nie zwracając uwagi na to, czy wykonywane przez nich manewry są bezpieczne.

W końcu po męczącej podróży udało mi się dotrzeć na miejsce pokazu. Odbywał się on w mieście Senigallia na imprezie Red Bull X-Master i ku mojemu zdziwieniu mieliśmy skakać na plaży kilka metrów od morza. Pierwszego dnia byłem lekko zszokowany takim ustawieniem lądowiska. Przecież w Polsce nie do pomyślenia jest, aby skakać przy nadmorskim wietrze. To nie był jednak koniec moich obaw. Jak zapewniał mnie włoski promotor, na pokazie mieliśmy otrzymać rampę o wymiarach godnych specyfikacji mistrzostw świata… Jak się później okazało, rampa była o 20 cm niższa, jej profil gięcia 8,5 m zamiast 8 m i do tego miała jeszcze prostowaną końcówkę! No cóż, ktoś mógłby powiedzieć, że trzeba było wziąć swoją rampę. Ja jednak myślę, że po górskich drogach groziłoby to jedynie śmiercią mojego auta.

Pierwszy pokaz!

Pierwszy pokaz miał odbywać się w sobotę o 14:00. Okazało się jednak, że trafiliśmy na najgorętszy dzień w roku i całe popołudnie przesiedziałem w hotelu. Myślę, że nawet Travis Pastrana wymiękłby przy 50-stopniowym upale… Chociaż może to złe porównanie, Travis jest nieobliczalny. Około godziny 20:00 temperatura nieco spadła, choć dla mnie wciąż było niewyobrażalnie gorąco. Nadszedł czas, aby w końcu pokazać, czego nauczyłem się w Polsce. Pierwszy skok… Niestety moje obawy o rampę okazały się słuszne – była kompletnie inna od tej, na której skaczę na co dzień. Pierwszy skok wylądowałem 10 metrów za daleko i już wiedziałem, że nie będzie to łatwy pokaz. Co więcej, promotor wymagał ode mnie, abym robił backflipy!

Podczas pierwszego skoku uderzyłem o rampę z na tyle dużym impetem, że uszkodziło mi się coś w łokciu. Stwierdziłem jednak, że ból nie jest na tyle silny, abym nie mógł skakać. Oczywiście zanim zdążyłem ogarnąć się po pokazie, okazało się, że tylko złudzenie – wysoka adrenalina sprawiała, że mój organizm ignorował ból kontuzjowanego łokcia. Wiedziałem, że muszę tylko przeżyć kolejny dzień pokazów, po czym czekają mnie wymarzone 4 dni wakacji.

Na następny dzień łokieć doskwierał już dość mocno. Promotor powiedział, że nie muszę się nadwyrężać, ale za to potrzebuje backflipa… Sam nie wiem co gorsze, ale zdecydowałem się zrobić backflipa. Było to dla mnie zupełnie nowe doświadczenie. Pierwszy backflip okazał się nieco przekręcony, co wynikało z różnicy w budowie rampy. Jednak kolejne 2 salta wyglądały już całkiem przyzwoicie. Po całym pokazie byłem z siebie bardzo zadowolony, ponieważ backflip wykonany ze wspomnianej rampy był dla mnie skokiem na wyższy poziom. Od tej pory wiedziałem, że potrafię szybko „czytać” nowe skocznie.

Wakacje…

Następnego dnia z niecierpliwością czekałem na Damiana Suleja, który również po wielu przygodach miał dotrzeć wraz z Czeskim zawodnikiem Petrem Minarikiem do Senigallii, aby dołączyć do mnie na kolejnym show. Po przybyciu Damiana postanowiliśmy udać do południowych Włoch, gdzie za 4 dni mieliśmy skakać pokaz. Postanowiliśmy pojechać tam wcześniej, aby sprawdzić czy miejsce się nadaje. Im dalej na południe, tym klimat się stopniowo zmieniał, a motocykli było coraz więcej. Klimat Calabrii szczególnie przypadł nam do gustu, a liczne wzgórza i pagórki zwiastowały ciekawe przeżycia.

Następnego dnia po porannej pobudce ruszyliśmy w poszukiwaniu miejsca na freeride. Nie zajęło nam to długo i po kilku minutach zaczęliśmy już wykonywać pierwsze tricki. Kolejne dni spędziliśmy na wspólnym zwiedzaniu na motocyklach – postanowiliśmy nie męczyć się jeżdżąc samochodem i poszukać jakiś skuter, który moglibyśmy zabrać ze sobą z powrotem do Polski. Poprosiliśmy znajomego Włocha, aby wykonał kilka telefonów i… Już po kilku godzinach zostaliśmy zaproszeni na obiad do dość okazałej posiadłości. Co nas zdziwiło to, gdy tam zajechaliśmy? Po pierwsze na podwórku stały 2 najnowsze Yamahy R1 w limitowanych wersjach, po drugie wszędzie było pełno kamer, a po trzecie niezmienny bez względu na sytuacje wyraz twarzy. Po obiedzie gospodarz zaczął pokazywać nam zdjęcia ze swojego wesela. Widząc garnitur ozdabiany złotem już wiedzieliśmy, że coś jest nie tak. Przecież zwykły robotnik budowlany nie może sobie pozwolić na takie zabawki. Jak się później okazało, dzięki zakupowi skutera za 200 euro (który był zresztą warty 2 razy tyle), poznaliśmy największego mafioso w całej Calabrii!

Trzymaj gaz albo giń!

Podczas licznych podróży skuterem (choć we dwóch na jednym skuterze wyglądaliśmy nieco homoseksualnie), zdarzyło nam się napotkać naprawdę niezwykłych ludzi oraz dowiedzieliśmy się, że Włosi są naprawdę pokręceni na punkcie motocykli i nigdy nie odpuszczają. Od dziadka dachującego 4 razy simsonem duo na górskiej drodze, poprzez hardcorowców jeżdżących ścigaczami po górskich drogach z prędkością 200 km/h – bez kasków, aż po kilka osób na wózkach inwalidzkich po wypadkach na motocyklach. Rozmawiając z nimi wszystkimi było widać w ich oczach coś niezwykłego. Ich pasja do motocykli przerodziła się niemal w obsesję, mówili, że tylko to sprawia, że chociaż na chwilę mogą zapomnieć o problemach doczesnych. Osoby na wózkach w rozmowie wyznały nam, że są bardzo dużymi szczęściarzami, ponieważ 90% wypadków na motocyklach we Włoszech kończy się śmiertelnie.

Podsumowując

Włochy, które zobaczyliśmy spędzając tam 2 tygodnie, zupełnie odbiegały od naszych wyobrażeń. Mieliśmy okazję zwiedzać ten kraj przez pryzmat przeciętnego mieszkańca. Wyprawa jaką przeżyliśmy, zostanie na zawsze w naszych sercach i życzę każdemu by mógł kiedyś przeżyć coś takiego w swoim życiu. Pomijając nieuczciwych promotorów, którzy nie wypłacili nam pieniędzy, wróciliśmy do domu ze wspomnieniami, których nic nam nie zabierze, ze skuterem Piaggio NRG i całym zapasem parmezanu. Myślę, że był to najlepszy wypad w moim życiu!

Adam Lambryczak
Redaktor naczelny

Masz sprawę ? Skontaktuj się:

Materiały premium

czytaj kolejne artykuły