To nie jest pierwsza podróż motocyklowa Sławomira. Nie jest to także pierwszy tekst, który Sławomir napisał. Przed Wami pasjonująca relacja z motocyklowej podróży na Transalpinę. Sławek pojechał przez Austrię, Włochy i Grecję, ale na samej Transalpinie miał wypadek. Reakcja Rumunów okazała się fantastyczna.

O autorze:

Sławomir Łuczak (1973) – autor powieści. Opublikował m.in. “Archipelag Rynek”, “I tak wszyscy się tu znajdziecie”, “Normalne ślady użytkowania”. Motocyklowa włóczęga po Turcji stała się inspiracją dla powstania trylogii historyczno-łotrzykowskiej o Imperium Osmańskim “Ferit. Aga janczarów”. Do tej pory ukazały się dwa tomy: “Sprawy eunucha” (2015) oraz “Zabij mnie nim przyjdą” (2017).

drogiszerokie.blogspot.com

GÓRSKI ŁĄCZNIK

Kiedy trzeciego dnia sierpnia 1935 roku uroczyście otwierano Hochalpenstrasse, być może niewielu z uczestniczących w ceremonii przypuszczało, że w przyszłości stanie się ona jednym z najbardziej popularnych i najczęściej uczęszczanych motoryzacyjnych szlaków wysokogórskich.

Kiedy przed wiekami rzymskie legiony wydeptywały trakt wysoko w rumuńskich górach, żaden z centurionów nie był w stanie wyobrazić sobie, że wieki później droga ta pełnić będzie strategiczną funkcję w rozlicznych konfliktach i wojnach. Aby finalnie stać się jedną z największych atrakcji turystycznych Rumunii.

Kiedy żyłem i mieszkałem w pięknym mieście Krakowie przez ostatni rok wyobrażałem sobie góry i morze. Wijące się asfaltowe wstęgi. Puste przestrzenie, gdzie wiatr nigdy nie mówi dobranoc. Przyłożyłem więc palec do mapy i wytyczyłem swój szlak. Miało się w nim znaleźć miejsce dla Hochalpenstrasse i Transalpiny. A także dla Grecji.

1.1 zdjęcie początkowe

Widziałem topniejące Pasterze. Stanąłem przed Wielkim Dzwonnikiem. Pokłoniłem się też Leonidasowi pod Termopilami. Transalpina pokonała mnie i poraniła. Ale i tak – pokonany i poraniony – ruszyłem dalej i przejechałem jej najwyższe partie. Nie po to, aby ze szczytów opowiadać mentorskim tonem o tradycyjnej kuchni rumuńskiej, zwyczajach godowych lokalnych owiec, czy najskuteczniejszych sposobach fermentacji śliwek i winogron.

Po to, by zobaczyć. A później nie zapomnieć.

GORYCZ CZESKO-PRZEDALPEJSKA

Przed dziesiątą wyruszam z Krakowa. Do czeskiego Hustopeče dobijam późnym popołudniem, omijając autostrady. Nie będę korzystał z ich usług przez mającą trwać dwa tygodnie podróż.

gorycz czeska 5

Leniwie kręcą się koła V-Stroma przez przyjazną, czeską ziemię. Uprawiany tu chmiel stawia lokalne browary wysoko w światowych rankingach. I tak właśnie wita mnie camping: kuflem wysublimowanej goryczki.

Następnego dnia mijam miasteczko przygraniczne Chvalovice i jego centra handlowe. Robi się w nich to samo, co w podobnych placówkach całego świata. Otrzymuje paragony.

gorycz czeska 4

Austria oferuje mi przepiękną trasę z Dűrnstein do Ebersdorfu. Wije się asfalt wzdłuż brzegu potężnego Dunaju. Coraz śmielej wyrastają nad nim górskie pasma. Niejeden średniowieczny zamek zbudowano na ich wysokościach. Rozbijały się o ich mury wściekłe spojrzenia najeźdźców. Teraz pozostawione w spokoju, stoją, jako wieczna pamiątka.

Gorycz czeska 1

Sunę dalej. Gaming. Sankt Gallen. Góry stają się wyższe. Zieleń intensywniejsza. Oddalenie od codzienności pełniejsze. Stainach. Altenmarkt im Pognau. Taxenbach. I wreszcie Zell am See. W zimie roi się tu od Szwedów przeżywających narciarskie uniesienia. I nie tylko Szwedów. Latem dominują motocykle. Zjeżdżają ze wszystkich części Europy, aby na rondzie na obrzeżach miasteczka wybrać zjazd przekierowujący na Hochalpenstrasse.

PRZYGODY POCZĄTKI

To właśnie w Zell am See zaczyna się na dobre moja alpejska podróż. Lokuję się na drogim w stosunku do polskich realiów campingu. Zapoznaję się z lokalną fauną reprezentowaną przez kucyki i króliki. Wypijam austriackie piwko. Doceniam Transalpa sędziwego Anglika. Chłonę krajobraz, którego nie sposób zapomnieć.

Przygody początki 1

Wyruszam wcześnie. Słońce rozlewa się między szczytami, wróżąc piękny dzień. Dość szybko docieram do kas Hochalpenstrasse. Kupuję bilet. Za chwilę robię to, o czym w ciągu roku spędzonego w mieście mogłem tylko pomarzyć. Mam widoki. Przestrzeń też, choć ograniczoną wąskim asfaltem. Wszystko wydaje się tu być wzorcowe i wzorowe. Zupełnie, jakby to człowiek wszystko rozplanował. Motocykli niezliczona ilość. Reprezentowane są chyba wszystkie marki. Wydaje mi się jednak, że niepodzielnie górują tu GS-y.

przygody początki 3

W drodze do punktu widokowego na Keiser-Franz-Josef-Höhe dostrzegam zjeżdżający z góry olbrzymi traktor z polską flagą. Biel i czerwień łopoczą na wietrze. Wyraźnie akcentują narodowość kierowcy. Ale chyba o to właśnie chodzi. Nie wiem czy to forma protestu czy próba pobicia jakiegoś rekordu. Nie mam możliwości ustrzelenia zdjęcia, zatem można mi tylko wierzyć na słowo. Szczerze mówiąc i tak bardziej liczę na świstaki.

przygody początki 4

Nieustannie wymijani rowerzyści dobitnie potwierdzają, że pokonanie morderczych podjazdów stanowi być może wiśnię na torcie ich ciężkiego żywota, jaki wiodą zazwyczaj w miejskim ruchu drogowym. Wyklinani na co dzień przez kierowców, motorniczych, pieszych, a nawet rolkarzy…

przygody początki 6

Docieram na miejsce. Obecności świstaków nie dostrzegam. Czuję, że w tym roku jestem bez szans. Kozic jakby też niewiele. Widziałem za to owce i krowy. A także króliki i kucyki na campingu w Zell am See. Nie będę zatem wybrzydzał.

przygody początki 8

Przyglądam się szczytom. Wydają się być blisko, niemal na wyciągnięcie ręki. Puszą się bielą i szarością. Zieleń zdaje się tonować ich nastrój. Setki ludzi przekształca krajobraz w format .jpg.

przygody początki 9

Podjeżdżają coraz to nowe motocykle i samochody. Rejestracje z całej Europy.

przygody początki 11

Poznany Polak, od 1979 mieszkający w Niemczech, stwierdza, że dwadzieścia lat wcześniej, kiedy pierwszy raz przyglądał się piętrzącym się szczytom z punktu widokowego, lodowca było znacznie więcej. Warunki klimatyczne nieubłaganie redukują majestat Pasterze, sprowadzając do płynnej postaci kłębiącej się pokornie u stóp Wielkiego Dzwonnika.

przygody początki 12

REJS

Z Hochalpenstrasse kieruję się wprost do Wenecji. Stamtąd popłynę promem do greckiej Igoumenitsy. Nie milknie kanonada zakrętów i serpentyn. Bombardowała mnie nimi Austria, ostrzeliwują także Włochy. Jadę dalej. Poza Alpy. Tolmezzo. Gemona. Sedegliano. Chiarano…

rejs 1

Kiedy przed laty pierwszy raz płynąłem z Wenecji na Korfu (jeszcze ze starego portu na wyspie) oraz z Pireusu na Kretę przewoźnik Minoan Lines był własnością grecką. Obecnie to część włoskiej grupy Grimaldi. Już w Italii znać o sobie daje helleński kryzys.

rejs 2

Dwadzieścia osiem godzin na promie to sporo czasu. 50 km/h suną tony stali po spokojnym Adriatyku. W nocy obezwładniam się greckim, białym winem z poznanymi niemieckimi motocyklistami: Uwe (BMW GS 1200) i Andym (Kawasaki Versys 1000). Kupujemy alkohol w dobrej cenie w bezcłowym sklepie.

rejs 3

Uwe i Andy znają się na motocyklach. Dziwne jednak, że nie wiedzą nic o serialu “Nasze matki, nasi ojcowie”. Obcy jest im pierwszy sezon “Dark” i “4 Blocks”. A także “Głową w mur” Fatiha Akina. Mają za to świetne poczucie humoru. Noc spędzona w ich towarzystwie pełna jest śmiechu.

rejs 4

Następnego dnia o godzinie dziesiątej ląduję na greckiej ziemi. “Kalimera”, pozdrawiam policjantów. Odwzajemniają grzeczność. Wciągam w płuca gorące, suche powietrze. To lubię.

rejs 6

MOJA WIELKA GRECKA…

Od lat jeżdżę z wielką radością po Grecji. Pracowałem w tym kraju. Dzieliłem z jego mieszkańcami trudy i radości dni powszednich i świątecznych. Piłem i miewałem wraz z nimi kaca. A nawet dodawałem fetę do każdej potrawy, także do rosołu. Jednak im dłużej trwa moja przygoda z Helladą, tym mniej pojmuję mechanizmy sterujące mentalnością Greków. Wiele osób twierdzi – a i ja coraz bardziej skłaniam się ku tej tezie – że grecka niechęć do wszelkiej władzy (wiążę się z nią płacenie podatków) zrodziła się w ciągu lat wieloletniej okupacji. Bo przecież przez całe wieki górzysty ląd i wyspy zarządzane były a to przez nienasycony Rzym, a to przez chciwych Wenecjan, czy wreszcie przez wojujące z chrześcijaństwem Imperium Osmańskie, którego wielowiekową obecność wyczuwa się niemal w każdej części Bałkan. Tureckość bowiem przeniknęła do potraw, języka, kultury, a wiele z tego, co dumni przedstawiciele niektórych bałkańskich nacji nazywają własnym dziedzictwem, rodem jest przecież z anatolijskich stepów.

moja wielka grecka 1

moja wielka grecka 2

moja wielka grecka 3

moja wielka grecka 4

…PRZESZŁOŚĆ

Czegokolwiek by nie powiedzieć o Grecji w kontekście historycznym, blednie to wszystko wobec niezaprzeczalnego piękna, jakie wyłoniło się z Chaosu za sprawą Uranosa i Gaji. Zieleń gajów oliwnych, plantacji cytrusowych bełta się z lazurem morza i ochrą wypalonych słońcem gór upstrzonych rachityczną roślinnością. Z każdego zakątka ziemi, która wydała z siebie synów tak wielkich, jak Arystoteles czy Platon, dobiega międzynarodowy gwar wytwarzany przez przewożonych hurtowo turystów pragnących stać się częścią dawno odeszłego, antycznego świata.

przeszłość1

Tak, o zamierzchłych czasach uwielbiają opowiadać Grecy. “Daliśmy światu matematykę, astronomię, filozofię, fizykę, architekturę. A dziś”…

przeszłość2

…I TERAŹNIEJSZOŚĆ

“Nie lubię Ameryki”, słyszę od czterdziestoletniego właściciela mini marketu usytuowanego przy jednym z campingów w Nafplio. Ubrany jest w markową odzież producentów płacących podatki dla Waszyngtonu. W płuca wprowadza amerykańską truciznę. Za jego plecami lodówka z napojami chłodzącymi być może najbardziej rozpoznawalnej marki na świecie. “Ameryka nas okradła. Unia nas ograbiła. Światu potrzebna jest rewolucja”…

teraźniejszość1

To nie czas na ponure refleksje, myślę, ucinając temat. Jestem na wakacjach. Nie będę rzecznikiem, arbitrem, stroną w sporze. Proszę, aby puścił piosenkę mojego ulubionego greckiego wykonawcy, Vasilisa Karrasa. Rzewna melodia chwyta ze serce. Greckie piwo, choć nie smakuje tak dobrze, jak polskie czy czeskie, podlewa tęskny nastrój. Nad nami powoli zapada noc. Ona wszędzie – tam i tu – sprawiedliwie i równo okrywa całunem wszystkie ziemskie troski.

teraźniejszość3

teraźniejszość6

teraźniejszość5

teraźniejszość4

SŁOWO NA DROGĘ

Po Grecji jeździ się nie najłatwiej. Nie chodzi tu tylko o letnie upały, ale przede wszystkim o koszmarny miejscami stan dróg krajowych. Na kilometrowych odcinkach nie odnawiane przez lata pasy potrafią skutecznie zdezorientować kierowcę, zwłaszcza przed zakrętami. Ale pomijając kwestie bezpieczeństwa, Hellada to idealny kraj dla motocyklowej włóczęgi nie tylko dla miłośników starożytności, choć obowiązkowe miejsca do zobaczenia najczęściej związane są z przeszłością. Grecja to przede wszystkim góry i morze. Gdziekolwiek nie położysz palca na mapie, do morza nie będzie więcej niż 100 km.

słowo na drogę 2

Z Nafplio, punktu, gdzie moja podróż osiąga półmetek, kieruję się niespiesznie na północ, w stronę granicy grecko-bułgarskiej. Pod Termopilami kłaniam się bohaterom. Wjeżdżam serpentynami w góry, aby za chwilę z nich zjechać. I tak niemal przez cały czas. Wypalone połacie lasów w okolicach Megary przypominają o niedawnym, tragicznym w skutkach pożarze.

słowo na drogę 3

W miejscowości Paralia Katerini – który to już raz? – zatrzymuję się na dobrze mi znanym campingu. Wiecznie skryte w obłokach szczyty Olimpu wraz ze swoimi boskimi lokatorami przyglądają się temu bez zdumienia. Wieczorem spacer.

słowo na drogę 4

Kurort, jak każdy, co więcej dodać. Panuje tu niepodzielnie język serbski, choć nie brak polskiego czy węgierskiego. Znudzeni sprzedawcy oferują plastik z Chin. Bezdomne psy śpią, albo próbują nie zdechnąć z głodu. Płynie wartki strumień euro z turystycznych kieszeni. Paragony nie są drukowane.

słowo na drogę 4

słowo na drogę 6

słowo na drogę 5

słowo na drogę 7

słowo na drogę 8

słowo na drogę 9

słowo na drogę 10

słowo na drogę 11

słowo na drogę1

BUŁGARSKI PRZELOT

Bułgaria jest dla mnie krajem wyłącznie tranzytowym. Przejazd kończę na przeprawie promowej w Orjachowie. Szeroki jest tu Dunaj, trzeba mu to przyznać. W Rumunii dalej jadę na północ. Kieruję się w stronę Râncy, gdzie następnego dnia zaplanowałem rozpocząć przygodę z Transalpiną.

bułgarski przelot 1

Wjeżdżam w rumuńskie wioski. Skromność, wszędzie skromność, powiedzieliby dyplomaci. Nikt tu chyba nikomu niczego nie zazdrości, myślę. Leniwe popołudnie celebrowane jest z namaszczeniem. Siedzą na ławeczkach babcie i dziadkowie. Mężczyźni w sile wieku sączą piwko w lokalnych sklepach spożywczych: centrach tych osobliwych wiejskich mikroświatów. Pytlują obok ich żony, a dzieci psocą i figlują, wyobrażając sobie naiwnie, że tak będzie przez całe życie. Ale ono weźmie ich w swoje łapy i uformuje, bądź zdeformuje wedle własnych upodobań.

bułgarski przelot 2

Jestem dość śmiały, ale nie na tyle, aby zatrzymać się przed Cyganami stojącymi przed mieniącymi się przepychem willami i zapytać czy mógłbym zrobić im zdjęcie.

Sunę niespiesznie dalej. Wioska za wioską. Pola za polami. I setki drzew orzechowych rosnących wzdłuż drogi. I pierwsi zbieracze przeliczający kilogramy na leje.

Wjeżdżam na Transalpinę…

NOC PRZED “BUM!”

Docieram do Râncy po jedenastu dniach podróży. Zatrzymuję się w pensjonacie, do którego wiedzie kamienista droga. Nie mam pojęcia, że być może owa wyboistość jest zapowiedzią przyszłych wydarzeń. Może to i dobrze. Po kilkuminutowej wymianie zdań z mówiącym wyłącznie w ojczystym języku zarządcą skrawka zarezerwowanej przestrzeni dochodzimy do porozumienia. Ok?, słyszę zadane przez niego pytanie w języku, w jakim potrafię się porozumieć. Ok, odpowiadam, potrząsając jego wielką, szorstką dłonią.

noc przed bum1

Rano sprawdzam nawigację. Transalpina nieprzejezdna w najwyższych partiach. Wiem, że to tylko chwilowa niedostępność. Cierpliwie czekam na wymarzone “okienko”. Przed dziesiątą słyszę “drum bun” (szerokiej drogi) od sympatycznego właściciela pensjonatu i powoli, ostrożnie zsuwam się kamienistą drogą do asfaltu tytułowanego w tej części świata drogą numer 67C. Jestem, gdzie chciałem.

BUM!

Podjazd naprawdę jest okazały. Wije się wstęga drogi niczym szykujący się do skoku syczący drapieżnik zdolny swym jadem powalić największe i najdziksze bestie. Jadę wolno, spokojnie, asekuracyjnie. Jestem turystą, nie sportowcem. Przede wszystkim jestem człowiekiem. A ten potrafi błądzić. Zostawiam za plecami pierwsze zawijasy. Pnę się ku chmurom. Jestem na Pasul Urdele, gdzie asfalt położono najwyżej w Rumunii – na wysokości 2145 metrów.

Na kolejnej agrafce torba na baku niezbyt pasująca do mojego V-Stroma, zsuwa się na bok zbiornika paliwa. Wyprowadzając motocykl z zakrętu lewą dłonią poprawiam drobną niedogodność. Prawa kontroluje manetkę, która pozwala przeniesieniu napędu wygenerować ok. 60 km/h. Kiedy rozwiązuję problem bagażowy i kieruję ponownie wzrok na drogę – trwa to wszystko sekundy, właśnie “te” sekundy, o jakich wielokrotnie rozmawia się przy różnych okazjach – okazuje się, że zjeżdżam z asfaltu wprost na pobocze umajone tęgiej wielkości kamieniami. Na tym odcinku – podobnie jak i wielu innych partiach Transalpiny – asfalt unosi się nad naturalną nawierzchnią jakieś dwadzieścia centymetrów, a zatem lepiej powiedzieć: zeskakuję z tej wysokości… Nie wiem, co się dzieje. Za chwilę całuję kamienie. Leżę na lewej stronie. Motocykl na mnie. Wstaję. W prawej nodze czuję potworny ból. Pedał tylnego hamulca wbił mi się w podudzie. Precyzja i głębokość ciosu wskazują, że musi robić to od zarania dziejów.

bum1

Przez kilka minut stoję nieruchomo. Oddycham głęboko. Mijają mnie trzy samochody. Patrzą to na mnie, to na przewrócony motocykl. Nie wołam o pomoc, zatem motocykl z pewnością musi tak leżeć, myślą kierowcy, nie zatrzymując się. Może kręcą tu dziewiątą część “Mission Impossible”? Nie wyprowadzam ich z błędu. Macham dopiero na czwarty pojazd na słowackich tablicach. Kierowca zatrzymuje się bez wahania. Słowak wraca z dziewczyną z wakacji w Bułgarii. W drodze powrotnej chcieli zobaczyć więcej niż na autostradzie. Krew ciurka z otwartej rany z zadziwiającą prędkością. Być może udałoby się jej prześcignąć Sokoła Millenium, ale tego nie mogę być pewny. Słowak próbuje improwizować. Dziedzina pierwszej pomocy to jednak wąska specjalizacja. Najważniejsze jednak, że to porządny chłop. Siadam w wejściu jego furgonetki. Motocykl leży.

Dzwonię pod 112. Wedle posiadanej wiedzy, tylko tam uzyskam niezbędną pomoc.

WHERE ARE YOU, MISTER?

Natychmiast zrealizowane połączenie cieszy. Miły głos operatorki podnosi nadwątlone morale. Z detalami odtwarzam bieg wydarzeń. Wspominam też o krwi próbującej konkurować ze statkiem Hana Solo. Mam czekać, słyszę, pomoc jest w drodze. W międzyczasie Słowak zatrzymuje czterech niemieckich motocyklistów. Proszę ich o pomoc w podniesieniu motocykla. “Noga do góry, powyżej głowy”, mówi jeden z nich, a i ja wreszcie przypominam sobie kilka porad wyniesionych z kursu pierwszej pomocy. Pięć osób stawia V-Stroma na nogi. Drżącym głosem pytam o kondycję motocykla. “Ma przecież gmole, więc szkody są żadne”, mówi jeden z Niemców. Oddycham z ulgą. Odzywa się mój telefon. Niestety, nie znam rumuńskiego. Chwilę później kolejne połączenie. Tym razem rozmówca używa angielskiego. To ratownicy górscy z Salvamont Gorj z bazy w Râncy. Mieli najbliżej do miejsca zdarzenia. Badają moją nogę. Kręcą głowami. Bez szpitala się nie obejdzie. Ambulans z oddalonego o 20 km Novaci jest w drodze.

where are you 1

PROBLEMY Z DMUCHANIEM

Jest i żandarmeria. Za chwilę policja. Mam wrażenie, że jestem Bardzo Ważną Osobą i za nie więcej niż godzinę włodarz najbliższego miasta przybędzie z tabliczką czekolady podziękować, że udało mi się wygenerować zdarzenie drogowe na terenie należącym do jego jurysdykcji. Dziewczynki kwiaty będą sypać pod moimi nogami, a…

Na ziemię sprowadza mnie Claudiu, jeden z ratowników górskich. Mówi, że policja za chwilę sprawdzi, na jakiej jestem planecie. Nie musi dodawać, że jeśli panuje na niej trzeźwość wszystko będzie w porządku, natomiast jeśli…

problemy z dmuchaniem1

Dmucham nieudolnie. Robię to po raz pierwszy w życiu. W dodatku na obcej ziemi. Przebacz, Polsko! Kolejne dwie próby również nie zadowalają przedstawiciela organów. Claudiu demonstruje, jak należy dmuchać regulaminowo. Kopiuję go wiernie. Wydmuchuję swoje. Policjantowi rośnie uśmiech na twarzy. Mi kurczy się serce. Piłem poprzedniego wieczora. I to niejedno piwko. Ale przecież wcześnie skończyłem, zjadłem kolację, wyspałem się, wyśniadałem, wys… wyliczam w duchu, wsłuchany w bzyczenie skrupulatnej maszyny. W końcu… jest! Zero, zero. Alkomat drukuje potwierdzenie. Podpisuję je zamaszyście. Policjant przybija ze mną piątkę. Równy z niego gość.

Kiedy pojawia się ambulans, ratownicy medyczni nie mają nic do roboty. Ranę tymczasowo zasklepili plasterkami Claudiu i Ionaşcu.

WIELKI RUMUŃSKI BOHATER

Jedziemy do szpitala, zarządza jeden z ratowników medycznych. Claudiu zaś mówi. “Jestem zapalonym motocyklistą i wiem, co czujesz. Kiedy pojedziesz karetką, zjadę twoim motocyklem do naszej bazy w Râncy. A kiedy zeszyją ranę w szpitalu, zadzwonisz pod mój numer, przyjadę po ciebie i wrócimy razem. Ok?”

wielki rumuński1

Zatyka mnie. Skala jego inicjatywy wykracza daleko poza zakres obowiązków, jakie winien spełnić ratownik górski wobec osoby poszkodowanej. Nie wiem, co powiedzieć. Najchętniej pozwoliłbym sobie na łzy wzruszenia, ale przecież chłopaki nie płaczą.

wielki rumuński2

W szpitalu jestem pewnego rodzaju sensacją. Nie ze względu na ranę. Jako cudzoziemiec wprowadzam w ten mikrokosmos obce pierwiastki. Pachnę nieznanym. Zszywa mnie doktor Ahmed. Pochodzi z Egiptu. Ojciec Egipcjanin. Matka z Sudanu. Medycynę studiował w Craiovej w czasach głębokiego komunizmu. W tamtym okresie rumuńskie akademie z chęcią przyjmowały studentów z krajów arabskich. Jak później wyczytuję w prasie, jest bardzo poważanym mieszkańcem Novaci, a jego sztuka lekarska chwalona jest i doceniana. Do czasu, kiedy w 2000 roku w szpitalu nie pojawił wraz z dwoma mołdawskimi lekarzami, mieszkańcy Novaci musieli szukać pomocy chirurgicznej w Targu Jiu, albo w Craiovej.

wielki rumuński3

Dziękuję za usługę, kłaniam się nisko. Zwłaszcza pewnej młodej lekarce. Ależ jest piękna!

wielki rumuński4

Kopci fajkę za fajką ochroniarz przed szpitalem. Wyprowadza ze szpitala rodzina staruszkę z wielką reklamówką. Wchodzą kolejni pacjenci, inni z ulgą wychodzą. Życie.

wielki rumuński6

Czekam na Claudiu. Kiedy podjeżdża moim motocyklem, mówi, że musimy zajrzeć na komisariat policji. Czysta formalność. Przypominam sobie film Giuseppe Tornatore pod takim właśnie tytułem. Gerard Depardieu i Roman Polański w rolach głównych. Nie było to za wesołe kino.

Na komisariacie kserują moje dokumenty. Ponownie ściskam policyjną dłoń. “Drum bun”, życzę sobie z uśmiechem. “Drum bun”, odpowiadają z uśmiechem policjanci.

CIEKAWOSTKA

ξέρω

Xero (gr.) – wiem

Teraz do apteki. Na pięć dni muszę pożegnać się z piwkiem. Antybiotyk ma wesprzeć mój organizm w walce o lepszą ranę. Możesz zażyć pierwszą działeczkę teraz, podpowiada Claudiu, kiedy aptekarka wręcza mi specyfik. Natychmiast nalewa też wodę z dystrybutora. Złoty człowiek!

TRASA, JAKA JEST…

Moi wybawcy częstują mnie rosołem i sosem z lokalnych grzybów w bazie Salvamonte Gorji w Râncy. Claudiu mówi, że mogę zostać tu na noc. Początkowo godzę się na takie rozwiązanie, jednak po dwóch godzinach siedzenia zaczyna mnie nosić. Chcę spojrzeć w miejsce, gdzie upadłem. Chcę się wznieść ponad nie i zapomnieć o sprawie. O szesnastej żegnam się z Rumunami i wracam na Transalpinę. W zabandażowanej nodze rwie i kłuje, gdy chodzę. Siedząc na motocyklu, ból słabnie. Nie czuję się na siłach przejechać całej legendarnej trasy, ale stać mnie na trzydzieści malowniczych kilometrów. Potem zamiast ciągnąć prosto na Sebeș, odbiję na Petroszany. Też będzie ładnie.

trasa jaka jest1

Chwilę później mijam miejsce, gdzie rozegrał się mój malejący z każdą minutą dramacik. Nie ma tu już nic, co mogłoby świadczyć o wydarzeniach sprzed kilku godzin. Ponownie jestem na Pasul Urdele.

trasa jaka jest2

Zanim docieram do Hațeg, gdzie zarezerwowałem nocleg, przebijam się przez ciekawy dla oka odcinek drogi 7A. Przez kilka kilometrów próżno wypatrywać tam asfaltu. Paradoksalnie, kiedy wreszcie się pojawia, marzę o chwilach, kiedy go nie było. W tak fatalnym znajduje się stanie.

trasa jaka jest 3

Pokonanie sto kilometrowego odcinka z Râncy do Hațeg zajmuje mi trzy godziny. Przypominam sobie, że Claudiu żalił się na rząd rumuński, który ponoć otrzymał od Unii Europejskiej olbrzymie dotacje na remont dróg. Pieniądze jednak nic nie zmieniły. A przynajmniej nie na drogach. Może dlatego mieszkańcy Bukaresztu z taką ochotą wychodzą na ulicę?

trasa jaka jest 4

trasa jaka jest 5

trasa jaka jest 6

trasa jaka jest 7

trasa jaka jest 8

TAM I Z POWROTEM

Powrót do Krakowa przez węgierskie Hajdúszoboszló, gdzie spędzam ostatnią noc pod namiotem, nastraja refleksyjnie. Campingowa pustka dobitnie potwierdza zakończenie sezonu wakacyjnego. Sączę piwo bezalkoholowe. Antybiotyk nie lubi procent. Z lewej słychać węgierski hip-hop. Z prawej płacz dziecka. Pośrodku tego ja ze swoimi myślami.

Znów coś się kończy, ponownie za plecami zostają miejsca, pejzaże, ludzie. I morze oraz góry, które tak uwielbiam, a które na Bałkanach potrafią wytworzyć kradnącą oddech mieszankę.

Na przejściu granicznym w Muszynce wita mnie lekki deszcz. Zaledwie drugi podczas całej podróży. Wcześniejsze piętnaście minut w wodzie przejechałem w Rumunii, w okolicach Pui.

tam i z powrotem 1

Do domu docieram niedzielnym popołudniem.

Przyglądam się osiedlu, gdzie mieszkam. Betonowym płytom bloków. Niełatwo będzie się wśród nich odnaleźć. I po raz kolejny po powrocie z podróży zadaję to samo pytanie: dlaczego nikt tu nie mieszka w namiotach?

Sławomir Łuczak (1973) – autor powieści. Opublikował m.in. “Archipelag Rynek”, “I tak wszyscy się tu znajdziecie”, “Normalne ślady użytkowania”. Motocyklowa włóczęga po Turcji stała się inspiracją dla powstania trylogii historyczno-łotrzykowskiej o Imperium Osmańskim “Ferit. Aga janczarów”. Do tej pory ukazały się dwa tomy: “Sprawy eunucha” (2015) oraz “Zabij mnie nim przyjdą” (2017).

drogiszerokie.blogspot.com