Pedrosa obolały, Marquezowi kolizja z Aragonii uchodzi płazem, Lorenzo drwi z lidera tabeli, a Rossi po cichu liczy na kolejne podium. W ten weekend Grand Prix Malezji, a atmosfera w padoku MotoGP już jest bardzo gorąca!

Weekend na torze Sepang rozpoczął się od spotkania Marca Marqueza, Daniego Pedrosy i przedstawicieli zespołu Repsol Honda z Dyrekcją Wyścigu, celem przeanalizowania incydentu z Grand Prix Aragonii. Delikatny kontakt zakończył się wówczas urwaniem kabla rejestrującego pracę tylnego koła, wyłączeniem kontroli trakcji i w efekcie, wywrotką Daniego Pedrosy.

Niby jest kara, ale niczego nie zmienia

Dyrekcja Wyścigu znalazła się w bardzo trudnej sytuacji. Z jednej strony niektórzy zawodnicy, w tym przede wszystkim wściekły na Marqueza jeszcze od wyścigu w Jerez, Jorge Lorenzo, domagali się dla lidera tabeli surowej kary. Z drugiej strony większość kibiców i ekspertów była zdecydowanie przeciwko karaniu widowiskowo, choć agresywnie jeżdżącego debiutanta. Owszem, w Aragonii doszło do kontaktu, ale chyba nic wielkiego się nie stało, prawda?

Który punkt widzenia jest właściwy? Zawodnicy ryzykują w MotoGP życiem, ale w końcu są tego świadomi, a kibice oczekują, że wyścigi będą widowiskowe. Jak więc zrobić coś, nie robiąc jednocześnie niczego i spróbować znaleźć złoty środek, który wszystkich zadowoli? Dyrekcja Wyścigu ukarała Marqueza jednym punktem karnym, który tak naprawdę niczego nie zmienia. Marc na swoim koncie ma już dwa (za niezastosowanie się do żółtych flag w Wielkiej Brytanii), ale aby karnie startować z końca stawki, musiałby otrzymać dwa kolejne. Jeden punkt absolutnie niczego więc nie zmienia, natomiast zdaniem Dyrekcji Wyścigu ma być: „jasnym sygnałem” dla Marca, aby bardziej uważał na jadących przed nim zawodników.

Bardziej dotkliwa kara – i tutaj chyba całkowicie zasłużenie – spotkała za to Hondę, która straciła 12 punktów z klasyfikacji konstruktorów. Za co? Urwany kabel powinien być osłonięty, a przede wszystkim jego przerwanie absolutnie nie powinno prowadzić do całkowitego wyłączenia kontroli trakcji. Japońscy inżynierowie jeszcze przed „wyrokiem” wyciągnęli wnioski. Wszystkie Hondy utrzymały małą osłonkę kabla wykonaną z włókna węglowego, zaś oprogramowanie elektroniki zmodyfikowano tak, aby w przypadku awarii czujnika pracy tylnego koła, kontrola trakcji nie przestawała działać.

Lorenzo drwi z Marqueza i decyzji sędziów

Wszystko to jednak ma znacznie drugorzędne. Najgłośniej w kontekście całej sprawy mówi się dzisiaj chyba o zaskakującym zachowaniu obrońcy tytułu, Jorge Lorenzo, który zadrwił sobie z całej sytuacji podczas oficjalnej konferencji prasowej.

„Marc uderzył we mnie w Jerez, ale zrobił show, wyprzedził Valentino na Laguna Seca wyjeżdżając poza tor, ale zrobił show – wyliczał zawodnik Yamahy. – To jak wirażowi ciekali jak kurczaki przed jego lecącym motocyklem w Wielkiej Brytanii też był świetnym widowiskiem, a teraz znów zrobił show w Aragonii. Punkt karny to zdecydowanie za sroga kara. Za robienie widowiska powinno mu się wręcz dodać punkt do klasyfikacji generalnej, a jego zachowanie powinno być wzorem dla młodych zawodników, bo przecież nasze bezpieczeństwo nie jest najważniejsze. Najważniejsze jest widowisko i zdanie kibiców.”

„Dobry żart” – skwitował te słowa skonsternowany Marquez, który chwilę wcześniej zaznaczył, że choć będzie uważał, to nie zamierza zmieniać swojego stylu jazdy i nadal zamierza walczyć o czołowe pozycje w swoim stylu.

Kto ma rację? Czy Lorenzo słusznie broni bezpieczeństwa zawodników przed szalonym Marquezem? A może nie potrafi przegrywać i zachowuje się jak dziecko, któremu Marc odbierze być może za chwilę ulubioną zabawkę? Oceńcie sami…

Cień Marco Simoncelliego w tle

Cała ta kontrowersyjna wymiana zdań miała miejsce na torze, na którym zaledwie dwa lata temu życie stracił Włoch Marco Simoncelli – po upadku śmiertelnie potrącony przez Valentino Rossiego i Colina Edwardsa. Simoncelli także słynął z agresywnej i bezpardonowej jazdy, narażając się nie tylko Lorenzo (zabrał go z toru w Assen na pierwszym okrążeniu wyścigu w 2010 roku), ale również Daniemu Pedrosie (po kolizji z Hiszpanem na torze Le Mans rok później, musiał karnie przejechać przez aleję serwisową, podczas gdy Pedrosa upadając złamał obojczyk).

Dzisiejsze słowne potyczki przypomniały sytuację sprzed dwóch lat. Kilka tygodni przed tragicznym wypadkiem SuperSica, Lorenzo prosto w twarz powiedział Włochowi podczas konferencji prasowej: „Jeśli wywiniesz jeszcze jakiś numer, będziemy mieli problem”, na co ten odpowiedział żartobliwie: „Zostanę aresztowany.”

Dzisiaj nikomu nie jest jednak do śmiechu. Hamujący piekielnie późno Marquez musi pokazać, że zdaje sobie sprawę, iż na torze nie jest sam. W końcu w tym roku już wiele razy było o nim głośno. W Jerez kilka razy omal nie wjechał w tylne koło Yamahy Lorenzo, aby w wreszcie zderzyć się z nim po ostrym ataku w ostatnim zakręcie wyścigu. W Barcelonie i Misano niewiele brakowało, a to samo zrobiłby z Pedrosą, z którym ostatecznie „zetknął” się w Aragonii.

Co prawda widać gołym okiem, że Marquez potrafi po prostu hamować dużo później niż rywale, ale spędził już wystarczająco dużo czasu za ich plecami, aby nie popełniać więcej błędów. Tym bardziej, że uważać w takich sytuacjach musi nie ten z przodu, a zawodnik jadący za rywalem.

Na obronę Marqueza dodać trzeba, że analiza przedstawiona przez Hondę potwierdziła dzisiaj, że lider tabeli podczas incydentu z Aragonii nie hamował później, niż na wcześniejszych okrążeniach. Cała sytuacja była po prostu bardzo niefortunnym zbiegiem okoliczności, ale w Malezji urosła do miana wielkiej afery, a słowa Lorenzo jedynie dolały oliwy do ognia.

Malezja znana, ale pechowa dla lidera

Tak czy inaczej Marquez wyprzedza obrońcę tytułu o 39 punktów na 100 możliwych jeszcze do zdobycia i choć po ewentualne mistrzostwo nie będzie w stanie sięgnąć już w niedzielę, może jednak zrobić kolejny krok ku tytułowi. Tor Sepang słynie bowiem z dwóch bardzo długich prostych zakończonych ostrymi hamowaniami do wolnych nawrotów. Hondy będą tutaj miały przewagę, ale w krętej, środkowej części toru, górą będą Yamahy.

Zimą Marquez testował motocykl MotoGP w Malezji praktycznie przez dziewięć dni, ale w dwóch ostatnich latach nie miał tutaj szczęścia w Moto2. Dwa lata temu, dwa dni przed tragicznym wypadkiem Simoncelliego, Hiszpan przewrócił się na mokrym torze w treningu wolnym uderzając o leżącą na poboczu maszynę rywala. W efekcie uszkodził nerw i przez kilka miesięcy walczył z poważnymi problemami ze wzrokiem. Po opuszczeniu końcówki sezonu Hiszpan stracił niemal pewny tytuł, a na tor wrócił dopiero tuż przed pierwszym wyścigiem w roku 2012. Pomogła dopiero specjalistyczna operacja uszkodzonego nerwu, ale po powrocie na tor oczy Marqueza skupione były już tylko na jednym celu; mistrzostwie.

Wszystkie grzechy Marca Marqueza

W drodze po nie, Hiszpan najpierw przyblokował Thomasa Luthiego podczas pierwszego wyścigu w Katarze, co zakończyło się wyjazdem Szwajcara poza tor i reprymendą ze strony Dyrekcji Wyścigu. W Barcelonie Marquez zderzył się z głównym rywalem, Polem Espargaro, wysyłając rodaka na pobocze. Jednak w żadnym z tych incydentów wina młodej gwiazdy nie była ewidentna, stąd trudno było mówić o karze (choć po wyścigu w Barcelonie Marquez został ukarany przez Dyrekcję Wyścigu, Międzynarodowa Federacja Motocyklowa ostatecznie karę cofnęła). Podobnie było z kolizją z Miką Kallio podczas treningów przed Grand Prix Japonii.

Dopiero ewidentne uderzenie w Simone Corsiego podczas treningów w Walencji zakończyło się karnym zepchnięciem na ostatnie pole startowe. Dzień później Marquez i tak wygrał wyścig, zaś rok wcześniej, startując z końca stawki po staranowaniu rywala w treningu w Australii, zmagania na torze Phillip Island i tak ukończył na podium.

Kibice, którzy liczyli, że w niedzielę zobaczą podobne widowisko, z pewnością są rozczarowani, że Marquez otrzymał dzisiaj tylko jeden, a nie dwa punkty karne. Wróćmy jednak do meritum. Rok temu Marquez był o krok od przypieczętowania tytułu, kiedy w Malezji przewrócił się na mokrym torze podczas wyścigu Moto2.

Godzinę później padało już tak mocno, że trzeba było przerwać wyścig MotoGP, zakończony zwycięstwem Daniego Pedrosy. Wiele wskazuje na to, że w niedzielę może nas czekać powtórka ubiegłorocznej aury. Prognozy pogody nie są bowiem zbyt optymistyczne.

Czy ktoś pokona lidera?

Tak jak Dyrekcja Wyścigu przypomina Marquezowi, że nie jest sam na torze, tak i my musimy pamiętać o innych. Broniący tytułu Jorge Lorenzo otwarcie przyznaje, że liczy już tylko na cud, a jego szanse na trzecie mistrzostwo królewskiej klasy są prawie zerowe. Hiszpan nie wygrał zresztą w Malezji w klasie MotoGP, co może oznaczać dla niego trudny weekend.

Wielokrotnie triumfował tutaj za to Valentino Rossi, który chce za wszelką cenę nawiązać walkę z hiszpańską trójką w końcówce sezonu. Czy „Doktorowi” uda się to na jednym z jego ulubionych torów?

Bardzo obolały po wywrotce z Aragonii wciąż jest Dani Pedrosa, który po wypadku „przez trzy dni nie był w stanie chodzić”, ale liczył, że w ten weekend będzie czuł się lepiej, niż czuł się dzisiaj podczas konferencji prasowej. Zapytany o karę dla Marqueza, 28-latek skwitował krótko: „Nie chcę tego komentować, bo mnie to nie dotyczy”.

Czy w przeciwieństwie do Lorenzo, Dani będzie wolał, aby mówiła za niego jego jazda? I czy ta jazda, połączona ze wściekłością po utracie realnej szansy na mistrzostwo (traci do 59 punktów na 100 możliwych do zdobycia) wystarczy, aby utrzeć nosa przez jednych wielbionego, a przez innych przeklętego Marca Marqueza?

Przekonamy się już w ten weekend. Grand Prix Malezji rozpoczyna się już w piątek. Cały weekend na żywo w Polsacie Sport News. Wyścig MotoGP startuje w niedzielę o 10:00 rano.