Od wielu lat chodziło mi po głowie aby pojechać do Maroka na motocyklu jednak zawsze do tej pory wygrywały kierunki wschodnie. I tak też miało być w tym roku jednak plany wyjazdu na wschód z różnych przyczyn spaliły na panewce i powstała marokańska alternatywa.

Do samego końca nie wiedziałem czy się uda wyjechać i w ogóle nie podejmowałem działań planowo przygotowawczych. W połowie września dowiedziałem się o Rajdzie Maroka organizowanym na początku października, co mnie dodatkowo zmotywowało do pozbierania się. Wypad został wykonany na szybkim spontanie, w związku z tegoroczną edycją rajdu. Od zawsze się interesuje tym sportem i nadeszła pora aby zobaczyć jak to wygląda od zaplecza. Z uwagi na szybką mobilizację i dystans do pokonania zaniechałem szukania towarzystwa ruszyłem sam.

Niedziela 27.09
Start godz 11 20 motocykl zapakowany po brzegi można jechać, lecz zachciało mi się przeczyścić styki w gnieździe zapalniczki i niestety zrobiłem to tak nieudolnie, że spaliłem bezpiecznik. Nie ma mowy, nie będę rozpakowywał połowy bagaży aby się dostać pod siodło. Jadę bez prądu.
1

Kierunek Niemcy, ogień autostradą, tankowanie za tankowaniem. Pierwsze testy spalania z full doładowanym moto (przy prędkościach ok 120 ok 6 l). Pierwsze stresy. Brak stacji benzynowej na dystansie prawie 80 km. Chyba tylko dzięki przyjętej bardzo aerodynamicznej pozycji, trzymając się ogona tira udało mi się dojechać. Po tankowaniu wywnioskowałem, że w baku nie została więcej niż szklanka wachy – fuks jak cholera.

Ostatnie tankowanie za złotówki i dziduję dalej niemieckim autobahnem. Trzeba przyznać, że moja babulka w takich warunkach nie czuje się najlepiej. w końcu nie jest to ścig aby się gonić z pociskami lecącymi lewym pasem no i nie jest też tirem, aby zamulać grzecznie w szeregu. Jadę do godziny 23 i organizuje nocleg przy centrum handlowym. Z namiotu przy niemieckim piwku obserwuję zaćmienie księżyca. Byłoby bardzo miło gdyby nie temperatura oscylująca w okolicach 3 stopni. Dobranoc

Dzień pierwszy - przebieg ok 990 km.

Dzień pierwszy – przebieg ok 990 km.

Dzień 2

Zbieram się powoli, gdyż mam do przejechania jedynie ok 360 km, co spowodowane jest planowanym noclegiem u zaznajomionych w czasie wakacji na Chorwacji Francuzów. Kieruję się w stronę Strasburga, droga nieciekawa, urozmaicona paroma konkretnymi dzwonami i korkami. Do Strasburga docieram wczesnym popołudniem trochę się wożę po mieście i w końcu wbijam pod Parlament Europejski, który był okupywany kurdyjskimi namiotami … wydarzenia związane z wojną w Syrii.

Pod PE strasznie śmierdzi kupą i nie jest to związane z przebudowywaną kanalizacją, także szybko się pozbierałem w dalszą drogę.

Pod PE strasznie śmierdzi kupą i nie jest to związane z przebudowywaną kanalizacją, także szybko się pozbierałem w dalszą drogę.

Protest Kurdów

Protest Kurdów

Już w tamtym czasie (przełom września i pażdziernika) ulicę patrolowali żołnierze z długą bronią… dziwne uczucie jak stoisz grzecznie na pasach, a w twoim kierunku idzie trzech czarnych byków z karabinami typu M16.
Do celu mam jakieś 150 km i 4 godziny zapasu czasu także zjeżdżam z drogi głównej i snuję się na południe jakimiś bocznymi drogami w kierunku miejscowości Valintegney. Na miejscu jestem ok. 16 i mam półtorej godziny czekania na znajomych, którzy kończą pracę o 17. Parkuję w pobliskim parku nad piękną rzeką Le Doubs i serwisuję moto.

Rzeka Le Doubs

Rzeka Le Doubs

Wieczór spędziliśmy w bardzo miłej atmosferze degustując ichniejsze lokalne specjały. O ile nie jestem smakoszem serów to podane tamtego wieczoru były pyszne, o wędlinach nie wspomnę. Oczywiście wieczór znacznie się przedłużył, co spowodowane było koniecznością degustacji win.

Dzień 3

Po długim wieczorze poranek był ciężki, niestety znajomi wcześnie wstawali do pracy i trzeba było się ewakuować.
Mozolnie ruszam w dół rzeki, droga biegnie równolegle do koryta, krzyżując się z nurtem poprzez XVII wieczne mostki. Pogoda bajka, krajobrazy bajka, droga i winkle bajka. Wtedy myślałem, że trafiłem do motocyklowego raju.

9

Żal się zatrzymywać, szybko docieram do pięknego miasteczka Becanson z zajefajną twierdzą położoną na wzgórzu.

11

Po jakiejś godzinie dwóch jadę dalej bocznymi drogami, co chwilę przejeżdżam przez klimatyczne miasteczka, jest super. Zaraz zaraz, ale już drugi dzień jestem we Francji i nie jadłem jeszcze Eclera, także na obiad zamawiam sobie dwa. Po obiedzie chwila drzemki w cieniu marketowego garażu na wózki. Wiem, wiem mogłem wybrać bardziej przyjemne miejsce … no ale cóż.

18

Cały dzień jechało mi się źle tzn. droga nie ubywała w związku z czym pociągnąłem do wieczora aby nadrobić straty. Nocuję w namiocie gdzieś na peryferiach.

Dystans ok 650 km (nie pamiętam dokładnie położenia noclegu także mapa kłamie).

Dystans ok 650 km (nie pamiętam dokładnie położenia noclegu także mapa kłamie).

Dzień 4
Szybko się zbieram, coś na ząb łapię w locie – prawdziwe śniadanie zjem nad Atlantykiem. Szybko docieram do brzegów Atlantyku i rozpoczynam poszukiwania miejsca godnego zjedzenia śniadania. Po chwili znajduję fajną plażę, moim oczom ukazała się wielka piaskownica, co było niemałym zaskoczeniem, spodziewałem się raczej kamienistej luk skalistej. Piasek w ułamku sekundy wyzwolił we mnie konieczność dokonania testu mobilności mojej Varaderki – na takim podłożu jeszcze nie jeździłem. Nastąpiła kolejność zdarzeń- uśmiech od ucha do ucha, redukcja do dwójki i ogień w piach. I co? I kicha. Obciążony do maksa wdarłem się może z 40 metrów i osiadłem niczym tankowiec na mieliźnie. I tak miałem dużo szczęścia, ze nie przeleciałem przez kierownicę. Wydostanie się z tej pułapki zajęło mi co najmniej 15 minut i wyczerpało do cna. Już wiem, że pożeraczem Sahary nie będę – nawet planowana wymiana opon na bardziej terenowe niewiele pomoże. Piach przyklejony do łańcucha też nie wpłynie korzystnie na jego przebieg. Za głupotę się płaci.

20

Zjadam późne śniadanie i ruszam w kierunku Pirenejów, które przejeżdżam jednym ciągiem, droga tak fajna, że szkoda było się zatrzymywać. Szybkie długie winkle z towarzyszącymi ekstra widokami.
Hiszpania przywitała mnie super pogodą – w końcu jest ciepło. Nocne eksperymenty z nawigacją skutkują notorycznym sciąganiem mnie z drogi szybkiego ruchu w urokliwe miasteczka łudząco przypominające scenerię z serialu Zorro (dopiero po którymś takim zjeździe zorientowałem się, że nie jest to robione w celu ominięcia odcinków płatnych). Straty czasowe zostały zrekompensowane fajnością odwiedzonych miejsc.
29

W okolice Madrytu dojeżdżam późnym wieczorem. Ruch w rejonie stolicy był bardzo duży wobec czego podejmuję decyzję, że odpuszczam zwiedzanie i jadę już po zmroku dalej na południe. Podciągam jeszcze ze 100 km i organizuje szybki nocleg przy drodze na parkingu.

33

Dzień 4 około 900 km.

Dzień 5

Wyspałem się rewelacyjnie. Moje kości chyba już przywykły do spania w namiotowych warunkach. Plan na dzisiaj to dotrzeć do Algercisas miasta portowego skąd odpływa prom do Maroka.

34

Ruszam dość późno, bo ok. 10 i kieruję się w stronę Malagi. Droga pusta dwa pasy z idealną nawierzchnią- brakowało mi tam jakiejś szybszej szosówki w typie np. Blacbirda zwłaszcza, że ichniejsze misiaki nie wykazywały zapędów do suszenia. Oczywiście w Hiszpanii tankuje na jedynie słusznym koncernie.

35 (2)

Po drodze, jak dzień wcześniej, trafiają mi się zabójcze widoki i klimatyczne miasteczka z zabytkowymi budowlami.
38

39

Do Malagi dojeżdżam ok 16 i rozpoczynam szukanie serwisu w celu wymiany opon z szosowych na bardziej terenowe, które cały czas cioram ze sobą przymocowane do gmoli. Po chwili błąkania po mieście stwierdzam, że sam nie znajdę tak w ciemno warsztatu (wydawało mi się, że Hiszpania motocyklami stoi i warsztaty będą na każdym rogu) wobec czego zjeżdżam na stację paliw aby zaczerpnąć informacji. Ledwo zdjąłem kask, a podjeżdża gość na jakimś nakedzie – hymm, co to za sprzęt ? … Honda No to chyba problem z głowy ? Uderzam do typa,  nawijam i zonk .. gość nie kuma ani słowa po angielsku. Dziesięć minut chyba trwało jak organoleptycznie pokazując palcem jedna opona tu, jedna tam. Zaskoczył w końcu, coś tam pomachał i pogestykulował próbując wytłumaczyć mi drogę. Wywnioskowałem jedynie tyle ,że to daleko. Pokiwałem głową, że nipanimaju. Postanowił więc mnie poprowadzić. Przetargał mnie dosłownie 13 km po Maladze i podjeżdżamy pod ASO Hondy. Ok jest serwis, ale nie to było moim marzeniem, w ASO przynajmniej dwukrotnie przepłacę…
Ale ku mojej niespodziance Pablo pokazuje na bramę dalej, przyprowadził mnie do serwisu swojego przyjaciela. Umówiona cena 45 euro i do dwóch godzin chłopaki przerzucą koła. .. super!

Nie lubię patrzeć na ręce jak ktoś pracuje, więc czas wykorzystuje na zjedzenie zaległego obiadu. Właściciel serwisu daje namiary na najlepszą knajpę w okolicy…
41

Właściciel serwisu i jego pomocnik łudząco przypominający Sancho Pansę (nie wiem czy to poprawna pisownia) swoją robotę zrobili z należytą starannością jakieś 30 minut przed czasem. Moja babulka ma nowe laczki, przy okazji zyskując na charakterze.

42

Ok płacę, i tu kolejna pozytywna niespodzianka zamiast 45 E płacę 35 – ot małe niedomówienie językowe. Wymieniamy czułości i ogień do Algercisas. Wybieram drogę bezpłatną, ale to dwa pasy wijące się wzdłuż wybrzeża – przy zachodzie słońca rewelacja. Po drodze zabukowałem hotel niedaleko portu i to był błąd, trzeba było zatrzymać się gdzieś wcześniej, bo na miejscu się okazało, ze motocykla nie dało się zostawić na pseudo hotelowym parkingu (mnóstwo podejrzanych typów ). Efektem była konieczność zaparkowania moto na płatnym parkingu za 15 E
Wieczorem wybieram się na miasto, jednak z uwagi na fakt, iż nie czułem się tam bezpiecznie wróciłem szybko do hotelu..

Jutro czarny ląd....

Jutro czarny ląd….

Dzień 6

Rano korzystam z dobrodziejstw hotelowych czego skutkiem było bardzo późne zebranie się. O 10 30 udało mi się zasiąść na moto. Uderzam do poleconej przez Advfactory agencji i zakupuje w bardzo korzystnej cenie bilety na prom. Organizuje szybkie zakupy % w postaci 0,7 mało poprawnej politycznie „Putinówki” – że takie cuda można nabyć w UE…
Wszystko poszło szybko i sprawnie. W porcie melduje się ok 11.45 i za chwilę znajduję się na promie. Towarzyszy mi wyjątkowo gadatliwy Hiszpan jadący na pustynie poupalać już wiekową TTR – ke.

44
Prom jak prom .. nuda … wykładam się na pokładzie i odsypiam. Po stronie marokańskiej odprawa poszłaby sprawnie gdyby pan Policjant nie zaginął ze swojego posterunku. Jako jedyny z całego promu jestem tam pierwszy raz i potrzebuję specjalnej rejestracji w systemie w budce policyjnej, przy której wcześniej się zatrzymałem, ale mi machnięto żebym jechał dalej. Oczywiście po chwili zostałem przez celnika cofnięty. Zagotowałem się, zwłaszcza że nikogo już tam nie było. 40 minut chłopa szukali. Wiem, że południowcy mają na wszystko wyrąbane i ze się im nigdzie nie spieszy…
Po wyjeździe obieram kierunek miasta Szefaszuen (chyba tak się to pisze po naszemu) gdzie znajduje się stara niebieska Medyna. Na miejscu jestem ok 16 kręcę się po mieście, szybko się irytuję tłokiem … wyjeżdżam na obrzeża miasta gdzie pierwszy raz na wyjeździe szukam cienia. Piję pierwszą kawę w Maroku, a przy okazji dosuszam pranie.

50
Wbijam w nawi kierunek góry RIF, miasto KETAMA. Droga zaczyna się wznosić coraz wyżej, widoki rozwalają, tylko co Ci ludzie tacy dziwni? Krzyczą coś do mnie, o co im chodzi? Dobra, pozdrawiają mnie, jadę dalej. Jest coraz gorzej, są coraz bardziej napastliwi zaczynają mi wchodzić na drogę, ewidentne zaczepki. W pewnym momencie słyszę „Good Stuff” w tym samym czasie w powietrzu wyczuwam charakterystyczny zapach zioła powszechnie uznawanego za lecznicze. Nie wiem czy to realny zapach, czy może to efekt fantazji i strachu, zwłaszcza że mnie olśniło. Kiedyś czytałem aby się nie zapuszczać w te rejony, bo to królestwo narkotykowego interesu.
Zrobiło się naprawdę nieciekawie, zbliżał się zmierzch, a typy są coraz bardziej nachalne włażą pod koła (prawie po palcach gościom przejechałem) parę razy usłyszałem znane na całym świecie pozdrowienia zaczynające się na F…
W kulminacyjnym momencie typy zaczęły mi zajeżdżać drogę autami, masakra – a ja jadę do centrum tego gównianego interesu. Świetnie. Czułem się tak, jakbym zaraz miał przejechać przez wrota do piekła, ale odwrotu nie ma. Podkręcam tempo i dzida. Nie ma opcji żebym się zatrzymał. Droga super, winkiel za winklem. Moje większe tempo studzi zapędy lokalnych biznesmenów. Chyba zdają sobie sprawę, że spotkanie z moim czołgiem nie będzie najprzyjemniejsze.
Zaraz po zmierzchu docieram do Ketamy o dziwo nie było tak strasznie jak się spodziewałem. Klimat jest wiejski … tu jakaś świnia mi przebiegnie przez drogę tam jakaś koza się przewinie. Generalnie, nie tak sobie to wyobrażałem. Ciśnienie mi zeszło jak zobaczyłem europejsko wyglądającego studenta pomykającego z plecaczkiem. Może mnie nie zaciukają? Pomimo tego, że w centrum był nawet hotel podejmuje decyzję, że jadę dalej … uczepiam się ogona jakiejś lokalnej ciężarówki i wyjeżdżam daleko gdzie w powietrzu nie czuć dziwnego zapachu.

Dla zainteresowanych odsyłam pod link: Polityka Narkotykowa – Maroko

52

Gdzieś w oddali od znaków cywilizacji zjeżdżam z drogi i nie wybrzydzając w miejscówkach na biwak rozbijam namiot : Zasypiam w sekundę.

Przebieg ok 350 km

Przebieg ok 350 km

Dzień 7

Pobudka skoro świt … nawet w ciekawym miejscu udało mi się po ciemku rozbić mojego Sheratona.
56

Gdzieś z drogi do Fezu

Gdzieś z drogi do Fezu

Wcześnie rano, ok. godziny 8 docieram do Fezu z uwagi, iż o tej porze ruch w w starym mieście jest znikomy wjeżdżam motocyklem w gąszcz wąskich uliczek, chwile plątam się, co jakiś czas słyszę pozdrowienia od handlarzy rozbijających stragany: ” Lewandowski, Lewandowski itp”.Oczywiście gubię się, czego skutkiem jest konieczność sforsowania schodów, gdyż zawikłałem się w ślepy zaułek bez możliwości zawrócenia.

58

Nie zrobiło to miejsce na mnie wrażenia i rezygnuje z pieszego zwiedzania, uderzam do centrum handlowego uzupełnić zapasy,zakupuje ichniejszą kartę telefoniczną z netem 3, którą konfiguruje mi sprzedawca. Samodzielna procedura raczej nie do wykonania.
Po zakupach obieram kierunek góry Atlas. Pierwszy przystanek w małej mieścinie Azrou. Po chwili odpoczynku wspinam się coraz dalej, krajobraz robi się coraz bardziej dziki, wioski coraz biedniejsze. Kieruję się w stronę miasta Imichile, gdzie planuje zorganizować sobie nocleg. Niestety plany mi krzyżuje remont drogi, który znacznie mnie spowolnił.

Ciekawa architektura po drodze.

Ciekawa architektura po drodze.

Miasteczko Azrou.

Miasteczko Azrou.

Lokalesi gdzieś na trasie.

Lokalesi gdzieś na trasie.

Gość podjechał po kasę za to, że zrobiłem mu zdjęcie.

Gość podjechał po kasę za to, że zrobiłem mu zdjęcie.

Widoki po drodze.

Widoki po drodze.

Zmuszony zbliżającym się zmrokiem szukam miejsca na dziko, ale z powodu brak płaskiego, ustronnego terenu wbijam na podwórko do pasterza z pytaniem czy mogę gdzieś koło jego chałupy się rozbić. Gość się zgadza. Po chwili dostaję zaproszenie na kolację do chałupy. Widząc biedę odmawiam nie chcąc robić niepotrzebnego kłopotu, za chwilę kolacja przyszła do mnie.

Namiot rozbity tuż koło głębokiego kanionu - super!

Namiot rozbity tuż koło głębokiego kanionu – super!

Selfi z gospodarzem i jego synem.

Selfi z gospodarzem i jego synem.

Paradoks Maroka. Cała rodzina mieszka w lepiance bez prądu, a ja sobie leżę w namiocie z netem bezprzewodowym i odbywam z rodziną z Polski wideorozmowę.

Przebieg ok 360 km.

Przebieg ok 360 km.

Dzień 8

Zaraz po pobudce zostaje miło zaskoczony dostarczonym śniadaniem … zajebiście do kwadratu !

Śniadanie

Śniadanie

Zostawiam gospodyni parę groszy za miłe przyjęcie. Oczywiście sesja zdjęciowa. Piętnaście zdjęć z kaskiem, piętnaście na motocyklu itp.

73

Ruszam dalej. Widoki miażdżą. Spotykam  sympatycznych marokańskich myśliwych mówiących trochę po angielsku. Oczywiście sesja zdjęciowa. Piętnaście zdjęć aparatem jednego gostka, piętnaście drugiego no i piętnaście trzeciego. Dostaje zaproszenie na obiad, ale w planach mam dotarcie dzisiaj pod wydmy i czas mnie goni.
Tak apropos to do dzisiaj nie wiem na co polowali, bo poza wielbłądami nie widziałem innej dzikiej zwierzyny ?

75
Gdzieś tam do góry się kieruję.

Gdzieś tam do góry się kieruję.

I wyprzedź tu!

I wyprzedź tu!

10 - osobowe auto. W maroku to norma ... szło ostro.

10 – osobowe auto. W maroku to norma … szło ostro.

Trochę widoków z drogi.

Trochę widoków z drogi.

Pierwsza oaza - od tego momentu zaczyna się etap pustynny.

Pierwsza oaza – od tego momentu zaczyna się etap pustynny.

W mieście Imichile miałem tak zakurzony wizjer, że musiałem podnieść na chwilę i dostałem strzała od osy lub pszczoły w powiekę. Musiała mnie franca trafić żądłem, bo oko w momentalnie spuchło. Pech jak cholera. Trzeba jechać dalej, na szczęście opuchlizna szybko zeszła i do wieczora już nie było śladu po ataku.

Przejeżdżam przez wąwóz Todra i kieruję się do Merzugi.

Przejeżdżam przez wąwóz Todra i kieruję się do Merzugi.

Po wyjechaniu z gór podkręcam tempo i przez pustynie idę ogniem jakieś 130 km/h. Pod wieczór docieram do celu, lokalizuje kamping na obrzeżach Erg Chebi i podejmuję próbę zdobycia wydmy. Efekt podobny jak na plaży Atlantyku. 10 min jazdy 15 min wyciągania moto. Odstępuję od kombinowania z ciśnieniami w kołach i stwierdzam, że okufrowane wiadro pożeraczem pustyni nie będzie

Niedaleko Erg Chebi.

Niedaleko Erg Chebi.

Wydmy

Wydmy

Miejscówka na nocleg w namiocie spoko. Żeby było uczciwie to piszę, że za moimi plecami były zabudowania hotelowo kampingowe.
94

Dzień 8 - dystans ok 410 km.

Dzień 8 – dystans ok 410 km.

Dzień 9

Rano bez pośpiechu robię przepierkę i plątam się pieszo po wydmach.
97
W planach mam przedostanie się skrótem tj. drogą szutrową do Zagory, jednak z uwagi na info o lokalnie pojawiającym się piachu fesz fesz, a co się z tym wiąże możliwością utknięcia, co przy temperaturach pod 40 stopni może się skończyć nieciekawie, postanawiam uderzyć do centrum miasta poszukać kompana do wspólnego przemierzenia pustyni. Właściciel kempingu oferuje mi przeprowadzenie za jedyne 1200 zł w przeliczeniu. Ot taki żart z rana.
Niestety w mieście spotykam jedynie parę Holendrów na BMW F800 GS, którzy co prawda jadą do Zagory, ale niestety normalnie asfaltem. Myślałem, że więcej mototurystów będzie się kręciło w tych okolicach? No trudno, też jadę asfaltem. Zrobiłem zapasy wody i ruszyliśmy razem. Wspólna podróż nie trwała długo. Sorry, ale 70 km na godzinę na drodze z widocznością po horyzont wykraczało poza moją cierpliwość. Pewnie rozłożyli tą trasę na dwa dni ? Pomachałem na pożegnanie i dzida 130, a lokalnie w miejscach gdzie droga krzyżowała się z wyschniętymi rzekami (lokalne obniżenia z płytami ) zwalniałem do 100.

Pustynne nic.

Pustynne nic.

Pustynne nic vol 2.

Pustynne nic vol 2.

Do Zagory dojechałem w jakieś 4 godziny z przerwą na obiad. Kurczak po marokańsku.
102

Ok szukam śladów rajdu. Własnie powinien się kończyć odcinek specjalny pierwszego etapu. Ooo jest. Przeszła jakaś fura rajdowa to dawaj za nią. Po chwili byłem już na biwaku serwisowym, który niestety umieszczony był za wysokim murem i bez specjalnego permission nie ma wstępu. No nie! Nie po to przejechałem 5 tyś aby siedzieć gdzieś za płotem. Czekam chwilę jak ważniejszy przedstawiciel organizatora odchodzi od bramy wejściowej, na wejściu zostają sami lokalni bodyguardzi to idę na pewniaka „stop nie wolno”, ale panie tam są moi rodacy idę! „Nie”. No to idę i poszedłem, nie chciało się im ruszyć tyłków za mną. Po chwili byłem już w ekipie Sonika i motocyklistów. Fajnie mnie przyjęli. W tym miejscu składam szacun dla nich .
103
Zwiedzam park serwisowy … robi ogromne wrażenie … mechanicy uwijają się przy maszynach, niestety zawodnicy już udali się do hotelu, także jadę na miasto na szamę i wieczorem wracam na gadkę do naszych serwismenów, chłopaki odwalili już robotę także mają więcej czasu na pogawędkę. Rozbijam namiot w okolicach serwisu aut ciężarowych. Błąd. Całą noc się tłukli, testowali maszyny. Ze dwie godziny może spałem, a pobudka o 5 aby zdążyć na start drugiego etapu.

Fabryczne stanowiska KTM-a.

Fabryczne stanowiska KTM-a.

Nasi też byli!

Nasi też byli!

Fura Małysza.

Fura Małysza.

Przebieg ok 340 km.

Przebieg ok 340 km.

Dzień 10

Pobudka około piątej – nieprzespana noc także samopoczucie podobne do noworocznego poranka – no ale cóż trzeba jechać na start do dojazdówki. Oczywiście na miejscu jestem pierwszy – żywej duszy jedynie policja zabezpiecza teren, po chwili pojawia się obsługa i pierwsi zawodnicy.. na czele HRC.

110

W tym roku zmieniły się przepisy i zawodnicy dowiadują się o miejscu startu OS dopiero rano tuż przed wyruszeniem na dojazdówkę, a związane jest to z cwaniactwem większych teamów, które znając miejsce startu wykorzystują programy komputerowe do wykreślenia trasy i podobno maja łatwiej. Z naszych, na starcie pojawia się Kuba Piątek -jest 14 po pierwszym dniu, oczywiście graba, gadka szmatka, ku mojemu zdziwieniu jest dużo czasu nie ma żadnego napięcia czasowego.

111

Po chwili przyjeżdża Sonik i jw. Postanawiam gnać za Rafałem – nie byłbym sobą jakbym nie musiał go wyprzedzić – wyprzedzić mistrza plus sto do zajebis… tości – no i co z tego, że mają ograniczenia prędkości na dojazdówkach :P
Podjeżdżam z Sonikiem na stację paliw – chłopaki tankują na zwykłych marokańskich stacjach, co też mnie dziwi.
Gadka szmatka – pożyczam Rafałowi manometr do sprawdzenia ciśnienia w kołach, ponieważ jego nie działa prawidłowo. Oto wlasnie przydało mi się jedno narzędzie na całym wyjeździe nie licząc dwukrotnego naciągania łańcucha.
113

Przemieszczamy się na start OS- u – tam też luz, każdy ma czas. Startują pierwsze motocykle. Kuba Piątek na starcie.

114

Paweł Stasiaczek – niestety miał dzwona, który skończył się kontuzją min. eliminującą go z Dakaru.
115

Motocykle poszły – pojawiają się samochody.
116

Hondzina w dostojnym towarzystwie.
117

Peugoty robią wrażenie.

118
Kuba Przygoński
119

Dąbrowski i Czachor

120
Małysz
121

Rafał Sonik
122

Odczekałem chwilę na start naszych załóg samochodowych – w międyczasie zjadłem śniadanie i przejechałem ok 15 km na miejsce mety – gdzie po jakichś 10 min były już pierwsze motocykle fabryczne – co mnie tez zdziwiło, bo liczyłem się z dość długim czekaniem.

124

Ja w najdalej wysuniętym na południe punkcie wyprawy.

Ło matko jak oni zapierniczają — maneta do oporu – przejazd pierwszych ok 10 – 15 zawodników fabrycznych powodowało mega opad szczeny – pełen ogień. Różnica w tempie rajdowym czołówki do reszty stawki widoczna gołym okiem. Szacun.

129

Mój Support techniczny.

Mój Support techniczny.

Wczesnym popołudniem żegnam się z naszymi ekipami i uderzam tempem rajdowym na północ w stronę Marakeszu – czas wracać do domu – teraz żałuję, że nie zostałem jeszcze jeden dzień aby poturlać się z rajdem. Na przełęczach łapię parę powerslaidów – teraz myślę, ze zdecydowanie przeginałem, bo jakbym poszedł w przepaść to do teraz by mnie nie znaleźli. Droga super – jednak widokowo Maroko mi już zbrzydło, także praktycznie się nie zatrzymuję i dziduję do przodu. Fajne doświadczenie jak się wyjeżdża z plus 40 stopni po kilku godzinach w wysokim Atlasie jest ok 12, a po chwili zjeżdża się do temperatury pod 30 stopni.

Widok gdzieś z trasy.

Widok gdzieś z trasy.

Droga w Wysokim Atlasie - projektant miał dobrą fazę.

Droga w Wysokim Atlasie – projektant miał dobrą fazę.

Późnym wieczorem dojeżdżam na obrzeża Marakeszu i melduję się w pierwszym lepszym hotelu. Na kolację zamawiam oczywiście Tadzin.

136

Przebieg ok 630 km.

Przebieg ok 630 km.

Dzień 11

Wieczorny Tadzin okazał się najlepszym z całego wyjazdu. Muszę powiedzieć, że marokańskie smaki spasowały mojemu podniebieniu. W cenie hotelu było również, śniadanie w trakcie jedzenia zauważam wyjątkową nadgorliwość obsługi: „A może jeszcze jedna kawka, a może to i tamto … ” .. hymm ? Po zjedzeniu smacznego i sytego śniadania spakowałem moto i idę płacić. Rachunek za pokój się nie zgadza z wcześniej uzgodnioną ceną (typowe dla Maroka). Dostałem ciśnienia. Właściciel się zarzekał, że umawialiśmy się na wyższą cenę. Skubaniec. Dawno się tak nie wkurzyłem. Rozmowa z pierwotnie miłej przeszła w łamany angielski ze wstawkami, co drugie słowo naszej rodzimej K…. ( chciałbym posłuchać nagrania musiało to brzmieć komicznie ). Gość w recepcji zbladł. W końcu postawiłem sprawę na ostrzu noża. Płacę umówioną cenę albo nie płacę w ogóle i jadę. Odpuścili. Szkoda, że Marokańczycy są tak krótkowzroczni – poszło o 100 Drihamów (ok 40 zł), a niesmak pozostał.

Uderzam w kierunku Casablanki, do której docieram popołudniem. odwiedzam Meczet Hasana, gdzie robię parę zdjęć i gotuję kawę. Budowla w połączeniu ze wzburzonym oceanem super się prezentuje i warto tu zajrzeć.
139

Gotuję kawę i zerkam na rozpiskę promów. Wbijam w navi kierunek portu i wychodzi mi, że mam szansę na styk złapać ostatni prom. Poranna akcja hotelowa mobilizuje mnie do zorganizowania sobie noclegu już w Europie. Szybka decyzja i dzida. Z Casablanki do Tangeru – Med jadę autostradą. Przed Rabatem mylę zjazdy, czego skutkiem jest konieczność przejazdu przez centrum stolicy. Złapałem dużą stratę czasową, prawie się poddałem. No ale próbuję jechać dalej. Do portu przybyłem z pustym bakiem na 5 minut przed odpłynięciem. Był luz na bramkach, także zdążam. Okrętuje się, do Hiszpanii przybijam ok 23. i mam zamiar jeszcze jechać, jednak paliwa mam na dojechanie do stacji paliw. Jedna zamknięta, druga zamknięta, a w baku sucho. Siła wyższa, rozbijam się na parkingu gdzie parkuje kilka kamperów.

W porcie.

W porcie.

Przebieg ok 650 km

Przebieg ok 650 km

Dzień 12

Rano tankuje i pomału myślę juz o domu. Wbijam w nawigację dom, a tam jeszcze przeszło 3500 km, co studzi moje optymistyczne nastroje. Postanawiam się turlać dalej bezpłatnymi drogami wzdłuż hiszpańskiego wybrzeża, gdzieś pomiędzy Malagą i Almerią nieświadomie zbaczam z drogi i wjeżdżam w pasmo gór Sierra Nevada – i ot trafiam do MOTOCYKLOWEGO RAJU. Idealny asfalt, zero ruchu i winkiel za winklem. Plątam się pół dnia gdzieś po omacku. Widoki super, przewyższenia spore. Złapałem głupawkę. Asfalt zdecydowanie lepiej trzyma niż w Maroku -można poobdzierać kufry.

143
Kręciłem się po tych górach z 250 km … no, ale trza jechać w stronę domu. Do wybrzeża daleko więc postanawiam ściąć trasę do Walencji, gdzie docieram już późnym wieczorem. Niestety leje jak cholera. Poszukiwania rozsądnie cenowego hotelu spalają na panewce to nie pozostaje mi nic jak jechać dalej. Odjeżdżam w jeszcze z 80 km w stronę Barcelony – jest już po północy. Rozbijam się koło dystrybutora na zamkniętej stacji. Rano spodziewałem się konkretnego opier….u, jakież było moje zdziwienie jak pracownik chcący otworzyć stację poprosił mnie grzecznie, żebym się przeniósł z majdanem trochę dalej. Tak zrobiłem i dałem dalej w kimę.

Przez cały dzień zaaferowany jazdą zrobiłem jedynie kilka fotek:
146

Dzień 13

Kierunek Barcelona – tam spędzam pól dnia. Zwiedzam pocztówkowe punkty oraz zaliczam plażowanie i kąpiel w morzu.
148
151

Wieczorem przekraczam granice hiszpańsko-francuską. Kima na wypasionym parkingu dla tirów … sanitariaty pierwsza klasa. Tego dnia nie przejechałem za dużo kilometrów, nadmorska droga nie pozwala na połykanie kilosów – ot takie powolne snucie się do przodu. Widoki ładne to i lokalne tempo można wytrzymać.

Dzień 14

Wstaję ok 9 do drogi jestem gotowy ok 10 30. Cel kierunek dom drogami lokalnymi biegnącymi przez Alpy. Jadę w stronę GAP, a granicę francuska – włoską mam zamiar przekroczyć w okolicach miejscowości Brianncon i tak czynię.
Dosłownie jedynie kilka razy się zatrzymuję aby zatankować i jakąś fotkę pstryknąć. We Włoszech melduję się po 17. Wygrzebuję z dolnych pokładów kufrów ostatnią obiadową konserwę i szamam.
153

Jakaś parada na zakończenie sezonu we Francji.

Jakaś parada na zakończenie sezonu we Francji.

I jeszcze widoczki alpejskie.

I jeszcze widoczki alpejskie.

Postanawiam lecieć już autostradami w kierunku domu. Turyn – Mediolan- Bergamo – Werona – Venecja, gdzie zaczęło mocno padać, jest godzina 23. Chwilę się waham czy nocować czy jechać dalej. Postanawiam jechać, przecież deszcz nie będzie długo padał…
Padał aż do Austrii gdzie przeszedł w deszcz ze śniegiem. Nie miałem już nic suchego, a temperatura spadła do ok 1 – 2 na plusie! W takich warunkach jadę 50 km/h autostradą. Nad ranem do śniegu z deszczem jeszcze doszła mgła. Elegancko postanawiam zjechać ok 5 30 na stację. Jak zwykle w takich momentach stacji nie ma przez jakieś 50 km Po 6 jest, zjadam śniadanie, suszę rękawiczki (próbuję) w suszarkach łazienkowych i sprawdzam pogodę. Pogodynka nie brzmi zbyt optymistycznie: śnieg i temperatury bliskie zera przez dwa następne dni. Opcja przeczekania odpada trza jechać dalej, nie ma wyjścia. Doturlałem się do Wiednia gdzie przestało padać i sypać, ale za to temperatura jeszcze spadła. Wpadam do maca suszę rękawiczki w piecu (dzięki uprzejmości kierownika restauracji) robię łunycki z suchych ręczników i owijam nogi, całość do worków na śmieci. No i dzida jeszcze jakieś 500 do domu. Pod dom dojeżdżam ok 16 – czyli w trasie bez snu byłem jakieś 30 godzin i zrobiłem dystans grubo ponad 2000 tys – mój rekord jak na raz.

Dojechałem w ostatniej chwili – rano jak wstałem nierozpakowany jeszcze motocykl wyglądał tak:
161

Łączny przebieg całego wyjazdu to 10 tyś bez 20 kilometrów.

Autor: Dominik Firek