Murmańskie noce, czyli przygoda życia na motocyklach
MotoRmania
14 sierpnia 2012

Paweł i Adam postanowili dotrzeć na „dwóch kołach” do Murmańska, a ich (niesamowicie ciekawe!) doświadczenia mogą pomóc przy planowaniu wakacyjnych wypadów.

Tekst i zdjęcia: Paweł Filaber

Od redakcji: Jeżeli też byliście na wyprawie motocyklowej i chcielibyście podzielić się wrażeniami, wyślicie relację (lub wszelkie pytania) na nasz adres mailowy!

To była nasza pierwsza, długa wyprawa, dlatego pamiętamy ją najlepiej i wspominamy najmilej. Plan urodził się jak to często bywa przy piwku i przyglądaniu się mapie już zimą. W Murmańsku, w czerwcu są już dni polarne. Nigdy tego nie widzieliśmy na własne oczy. Postanowiliśmy to sprawdzić, a że wyglądało na wystarczająco daleką wyprawę, wyruszyliśmy w drogę…

Trasa miała liczyć ponad 8000 km i ambitnie chcieliśmy przejechać je w 2 tygodnie. Plan był prosty, wsiadamy na motocykle, tankujemy i jedziemy. W Warszawie wyrobiliśmy sobie wizy turystyczne do Rosji i wyjechaliśmy już w piątek wieczorem na pospiesznie zmontowanych motocyklach. Cały czas, maszyny stanowiły dla nas nowość pod względem technicznym pomimo tego, że spędziliśmy przy ich remoncie kilka mroźnych miesięcy w zimnym garażu. Było nas czterech – dwie Super Tenery (Paweł i Adam), Fazer Dzikiego i ER-5 Frycka.

Miejscem przeznaczenia było Wilno. Nigdy wcześniej nie byliśmy na Litwie. Jadąc do Wilna mijaliśmy przepiękne, dziewicze tereny. Wszędzie było czuć naturę nieskażoną ludzką ręką, w życiu nie widzieliśmy tylu koni, co tam. Do Wilna wjechaliśmy wczesnym przedpołudniem. Miasto jest piękne i do tego cały czas remontowane. Czuć w nim klimat i chęć otwarcia Litwy na świat i turystów. Dzięki uprzejmości mieszkańców, szybko znaleźliśmy najtańszy nocleg w mieście (około 1km od Ostrej Bramy) i ruszyliśmy na miasto. Czy jest dużo do opowiadania?

Naturalnie, bo miasto jak i cały kraj jest warte poezji Mickiewicza. Na każdym rogu czuć historię tego miejsca. Każdy dom, kościół ma swój klimat i specyficzny urok. Nawet zaniedbane kamienice ukryte za frontowymi, odnowionymi fasadami wyglądają przepięknie.

Wieczorem postanowiliśmy poznać nocne życie miasta. W jednym z ogródków spotkaliśmy Anglików, którzy właśnie przyjechali uczcić wieczór kawalerski. Zabawa skończyła się dopiero o 2-giej nad ranem, a recepcjonistka hotelu otwierając nam drzwi w papilotach, nie miała zbyt szczęśliwej miny. Zabawa za to, była przednia. Następnego dnia, zwlekliśmy się z wyr około południa, ale jakoś nie szło nam pakowanie, więc z Wilna wyjechaliśmy dopiero po południu.

Dziki z Frycem polecieli do Warszawy, a ja z Adamem dalej na północ. I wtedy zaczęła się prawdziwa jazda – deszcz – mokre majty i woda wszędzie, gdzie tylko można sobie wyobrazić. Paweł założył reklamówki na stopy, co było o tyle praktyczne, że mogliśmy je później wykorzystać na zakupy.

Plan zakładał przejechanie całej Nadbałtyckiej okolicy, zatem kolejnym krajem na trasie była Łotwa. Bez problemów po drodze dojechaliśmy do Rygi i znowu zaskoczenie. Nie spodziewaliśmy się znaleźć w tak ładnym mieście. Znaleźliśmy najtańszy hotel. Nie wiedzieliśmy jednak, że piętra oznacza się jak w Rosji. Miła Pani w recepcji podała nam numer pokoju i piętra, więc elegancko i z gracją wspięliśmy się tam z wszystkimi tobołami. Otwieram drzwi nogą, a tam w pokoju jakaś przerażona dziewczyna pyta, „co się dzieje?”, po czym przerażona wypada z pokoju. Niestety tuż za drzwiami stała „miła” recepcjonistka i wyprowadziła nas z błędu – znaczy pokoju tej skąpo odzianej dziewczyny…

Piętro niżej, znaleźliśmy nasz pokój. W pół godziny rozwiesiliśmy nasze przemoczone ubrania a sami wyruszyliśmy w miasto. Ryga to naprawdę „very expensive city”. Z wypłaconych pieniędzy starczyło nam zaledwie na Happy meal w McDonald’sie. Głodni i spragnieni wróciliśmy do pokoju hotelowego, w którym zastaliśmy współtowarzysza…

…Wcześnie rano wciąż głodni, wyjechaliśmy zwiedzać Rygę, zniechęceni korkami pozostaliśmy w starej części miasta, która jest cudowna. Po porannym zwiedzaniu, wsiedliśmy na motocykle ruszyliśmy w stronę Tallina.

Estonia to przepiękny kraj, co prawda niekończące się remonty bardzo spowalniają tempo jazdy, jednak rezultatem będzie sieć nowych dróg, których w Polsce tak bardzo nam brakuje. Tallin okazał się zaskakująco mały, napotkaliśmy kolejne problemy z noclegiem. Jeszcze tego samego wieczora postanowiliśmy wyjechać z miasta. Teraz wydaje mi się to niedorzecznością, ale wtedy… Około 2 w nocy, totalnie przemoczeni i zmęczeni znaleźliśmy rozpadający się przystanek, w którym naprędce rozłożyliśmy karimaty i położyliśmy się spać. Rano okazało się, że 500 metrów dalej był hotel. Oczywiście deszcz padał do samej granicy z Rosją, do której dojechaliśmy przed południem.

No to się zaczęło. Dojechaliśmy do kraju, o którym uczyliśmy się w podstawówce i co…? Leje deszcz a my, na środku mostu pośród Ład, Wołg i Kamazów? Dość brutalnie przekonaliśmy się, że z rosyjskim wojskiem na granicy nie ma żartów. Adam podjechał dowiedzieć się, czy nie moglibyśmy podjechać motocyklami pod wiatę? To zwykłe pytanie zdenerwowało żandarma na tyle, że wymierzył w niego Kałasznikowa i kazał wracać do szeregu. Totalnie skołowani, po 2 godzinach odprawy, wypełnianiu niezliczonej ilości formularzy i kwestionariuszy, mokrzy i przemarznięci wjechaliśmy na terytorium Rosji. A tu, pierwsza stacja benzynowa. Przeliczamy ile kosztuje paliwo i nie potrafię opisać szczęścia, jakie poczułem… 0,80 pln za litr!!! Co za piękny kraj!

Im dalej od granicy tym bardziej byliśmy zdziwieni, miasta widma bez ludzi, pełno opuszczonych gigantycznych zakładów, fabryk i kołchozów. I najszersze drogi na świecie. Po nocy w hotelu nadszedł czas na osławione milionem historyjek z podręczników do rosyjskiego „wjesołyje kartinki” miasto: Sankt Petersburg (dawny Leningrad). Przytłoczył nas swoją wielkością. Mieliśmy dużo szczęścia, bo nagle pogoda poprawiła się i nawet wyszło niewidziane od kilku dni słońce. Objechaliśmy całe miasto. Zrobiliśmy 100 zdjęć i wybraliśmy się z Adamem w rejs po 1000 kanałów. Przepięknie odnowione są tylko te kamienice, w których rezydują zachodnie firmy, reszta to prowizorka: dykta w oknach zamiast szyb i wisząca z elewacji stara farba.

Z ważnych rzeczy dotyczących ruchu w mieście: tam nie ma zasad ruchu – wszyscy jeżdżą gdzie im się podoba i trzeba naprawdę uważać. Samochody jeżdżą tak blisko siebie, że staliśmy w każdym korku, jaki tylko był po drodze. Lekko oczadzeni, ale pod wrażeniem potencjału miasta wyjechaliśmy goniąc przed siebie…

Nagle z rowu wyskoczył ktoś, kto wyglądał na policjanta z „suszarką”. Zatrzymaliśmy się jakieś 2 kilometry dalej, żeby zastanowić się, co dalej. Adam też go widział, ale czy to był policjant? Czy ten samochód w rowie to był radiowóz? Wyglądał jakby Ułaz-karetka. Za kilkanaście kilometrów znaleźliśmy potwierdzenie, zatrzymał nas doskonale oznakowany radiowóz. Moje rozbawienie rozzłościło „Pana władzę” i po raz kolejny sytuację uratował Adam, który miło i z dystansem wszedł do radiowozu. Wysłuchał tam wielu gróźb i przestróg przed niebezpieczeństwami na drodze, po czym policjant zapytał: „za takie wykroczenie to jakby tu powiedzieć, small change?”. W chwilę później okazało się, że oznacza to 2$ od osoby! Uiściliśmy należność i pojechaliśmy w dalszą drogę. To był nasz ostatni kontakt z rosyjską milicją.

Kiedy opuściliśmy okolice Ładogi sceneria stała się przygnębiająco monotonna. W ciągu całego dnia minęliśmy dwie miejscowości i pięć pojazdów. Nasz rekord to przejechanie 300 km na totalnym odludziu.

Dzień wydłużał się, a słońce prawie nie zachodziło w środku nocy. Jego czwarta część zostawała zawsze ponad horyzontem. Musicie uwierzyć, że jest to niesamowite zjawisko.

Do celu wyprawy zostało 100 km, zatrzymaliśmy się na ostatnie tankowanie, dokupiliśmy klisze do aparatu i w drogę. Przejechaliśmy około 20 km. Nagle zauważyłem stojący na poboczu, zepsuty samochód, a przede mną pojawiła się kobieta wzywająca pomoc. Zacząłem hamować, niestety Adam zagapił się i uderzył w tył mojego motocykla. Pamiętam, że widziałem przednią oponę swojego motocykla, a tuż potem turlając się po asfalcie starałem jak najszybciej uciec z drogi. Kiedy zatrzymałem się i sprawdziłem, że żyję i mogę się poruszać, zobaczyłem Adama. Z nim było zdecydowanie gorzej. Pomogłem podnieść mu się z drogi. Szybko zebraliśmy motocykle i pozbieraliśmy porozrzucane rzeczy. Kobieta, która jeszcze minutę temu potrzebowała pomocy rozpłynęła się bez śladu. Jeszcze tego wieczora gość z pomocy drogowej, przestrzegł nas przed bandami napadającymi na podróżujących drogami turystów. Kilka godzin zajęło nam znalezienie pomocy, hotelu i parkingu. Wylądowaliśmy w Monczegorsku.

Noga Adama była w fatalnym stanie. Wyglądała strasznie. Wybraliśmy chyba najgorszy dzień na wypadek – piątek. Od soboty do wtorku szpital był zamknięty i jedyne, co mogliśmy zrobić to kupić w aptece maść na stłuczenia…

Monczegorsk

Wjazd do miasta zdobił gigantyczny napis „gorod metalurgow”. Dookoła znajdował się las suchych drzew i hałdy z pobliskiej huty niklu. Niestety w pobliżu hotelu nie było miejsca na motocykle, wiec znaleźliśmy parking na drugim końcu miasta. Był to strzeżony parking milicyjny lecz stróż ostrzegł nas, że czasami coś tu ginie… Przez kolejne dni naprawialiśmy motocykle licząc na to, że uda nam się doprowadzić je do stanu, w którym będziemy mogli na nich wrócić do domu. Niestety, uszkodzeń było zbyt wiele i okazały się zbyt poważne. Nie znaleźliśmy również miejsca, które mogłoby przypominać serwis motocyklowy lub sklep z częściami.. Zaczęliśmy więc myśleć o alternatywnej drodze powrotnej. Nie pozostało nam nic innego niż powrót pociągiem. Nasze wizy kończyły się za sześć dni a my byliśmy uziemieni 3000 km od domu. Pojechaliśmy sprawdzić, jak wygląda sprawa połączeń kolejowych i okazało się, że na pociąg będziemy musieli trochę zaczekać….

W Monczegorsku spędziliśmy 5 długich dni, starając się jakoś odnaleźć w nowych realiach. Któregoś wieczora, postanowiliśmy zresetować się i wybraliśmy się na zasłużone piwo. W piwnicy hotelu, w którym mieszkaliśmy była knajpka, do której przez cały pobyt baliśmy się wejść, ale tym razem… czemu nie? Pięć minut od podjęcia decyzji, z paczką papierosów Bielamorkanal siedzieliśmy przy stole w knajpie. Spotkaliśmy tam dwóch młodych mieszkańców Monczegorska. Pierwszy, szczupły, bardzo rozmowny za to drugi typ atlety z krzywym nosem, rozbitymi łukami brwiowymi i obitymi kostkami dłoni. Po pierwszym piwku okazało się, że nasi przyjaciele nie mają funduszy, ale z przyjemnością wypiliby kolejne piwo. Nasza słowiańska gościnność sprawiła, że postawiliśmy im kolejkę.

Z wdziękiem typowym dla Rosjan, pozostali goście knajpy połączyli stoliki i spontaniczne, pożegnalne piwko przerodziło się w otwartą imprezę. Słońce nie zachodziło a jeden z naszych przyjaciół, spytał mnie dyskretnie, czy nie mógłbym zapłacić 40 rubli za taksówkę? Pomyślałem, że skoro już cała knajpa bawi się za naszą kasę to, czemu nie? Po pół godzinie przyjechała taksówka a z niej wysiadła dziewczyna…

Nasz przyjaciel przysiadł się do mnie i Adama i przedstawił nam Nataszę. Makijaż a’la Alice Cooper, ubrana w skąpą, półprzeźroczystą, sukieneczkę ozdobioną postrzępionymi skrawkami satyny. O urodzie nic nie wspomnę, brzydkich kobiet wszak nie ma, jeśli piwa nie brak.

Pięć minut wolnych konwersacji zamieniło się w negocjacje cenowe, w których wyznaczyłem nowe ekstremum mieszanki asertywności i zachowań godnych największego patrioty.

Nasz rosyjski przyjaciel zagaił: „Paweł, słuchaj dasz 4000 rubli za noc z Nataszą?”. Ja na to: „to trochę za drogo, wiesz jutro wyjeżdżamy…”, na co słyszę „a może Adam?”. Adam wykpił się chorą nogą, czym wkopał mnie po same uszy. Wyszliśmy z Nataszą na chwilę na zewnątrz. Częstując ją Marlboro tłumaczyłem, że to nie przystoi Polakowi, bez rozmowy pójść do łóżka z nieznajomą. Opowiedziałem jej o nas, Polakach, naszych zwyczajach. Okazało się, że bez towarzyszy to bardzo miła dziewczyna. Była zdumiona i zadowolona. Niestety, już drugi papieros dogasał i musieliśmy wracać. Na nasz widok, Adam mimo bolącej nogi pokładał się ze śmiechu i z miną sępa czekał na dalszy rozwój wypadków.

Rosyjski przyjaciel nie dawał za wygraną. „Paweł a 2000 rubli dasz? Zapytał. „Nie bój się, ona czysta…”.

Na potwierdzenie tych słów, mało rozmowny jak dotąd bokser na ucho dodał, że oni ją sprawdzili i wszyscy są zdrowi… Stosując czeski unik, przeprosiłem Nataszę i naszych przyjaciół. Obiecałem, że następnym razem, kiedy spotkamy się po raz kolejny, to już na pewno skorzystamy z oferty. Zapłaciliśmy za rachunek i samotnie z kulejącym Adamem poszliśmy spać.

Następnego dnia z motocyklem na holu dojechaliśmy do najbliższej stacji kolejowej i okazało się, że nie możemy nadać motocykli. Są za ciężkie. Po godzinnej debacie, udało nam się trochę pokrętnie wytłumaczyć, że rozbierzemy motocykle na części i będą lekkie jak piórko. Z mojej Super Tenery zdjęliśmy plastiki, bak i wszystko, co mogło sprawiać wrażenie ciężkości. Waga pokazała 140 kg. Nasze Yamahy jechały już pociągiem, kiedy pojawił się nasz, sypialny. Jedna wielka przestrzeń z upchniętymi łóżkami wypełniającymi wszystkie wolne zakamarki! To było dla nas zupełnie nowe i niezapomniane doświadczenie…

Po 26 godzinach dotarliśmy do Petersburga. Jeszcze w Murmańsku dostaliśmy namiary na serwis motocyklowy. Przez kilka godzin pracownicy bezskutecznie starali się znaleźć dla nas transport do Polski. Andriej jeden z pracowników zaproponował, że sam zawiezie nas do granicy z Łotwą. Niesamowity człowiek! Bezinteresownie, poświęcił nam pół nocy walcząc o odbiór naszych motocykli z wagonu bagażowego. Wieczorem zaprosił do siebie, przenocował i nakarmił. Rankiem następnego dnia, załatwił przyczepę i wyruszyliśmy z zapakowanymi motocyklami w stronę Łotwy.

Na granicy żegnaliśmy Andrzeja ze łzami w oczach…

Dojechaliśmy do granicy i po 2 godzinach oczekiwań na zmianę obsady celników wjechaliśmy na terminal. Pojawiły się kolejne kłopoty. W moim paszporcie brakowało pieczątki z wjazdu na teren Federacji Rosyjskiej. Rozkazano mi wracać do Iwangorodu, oddalonego o 600 km na północ od miejsca, w którym z takim trudem się zaleźliśmy. Zgoda celników na przekroczenie granicy kosztowała nas 2000 rubli…

Wjechaliśmy na Łotwę! To cudowne uczucie ulgi pamiętam do dziś. Byliśmy bezpieczni. Po kilkudziesięciu kilometrach spotkaliśmy się z drużyną ratunkową z Polski w składzie: wujek Wojtek i mój Ojciec. Jechaliśmy całą noc, żeby wcześnie rano dojechać do domu.

Tak skończyła się nasza pierwsza, wspólna, najdłuższa wówczas wyprawa i na pewno największa przygoda w moim życiu. Wtedy również zdałem sobie sprawę z tego, kim jest mój najlepszy PRZYJACIEL…

MotoRmania
Redaktor naczelny

to lifestylowy magazyn o tematyce motocyklowej. Ekskluzywność tego tytułu podkreśla nie tylko doskonałej jakości papier, ale przede wszystkim wyjątkowe materiały. Masz sprawę ? Skontaktuj się:

Materiały premium

czytaj kolejne artykuły