Jazda po albańsku – na YBR125 oraz TDM850 po Bałkanach!
MotoRmania
30 marca 2016

Mając w pamięci naszą poprzednią wyprawę do chłodnej Estonii, wiedzieliśmy, że celem naszej kolejnej podróży będzie miejsce, gdzie wysokie temperatury są gwarantowane. Wybór padł na Albanię – państwo mercedesów i dziurawych dróg. Tak nam się przynajmniej wówczas wydawało.

autor:
Iwona, 
szerokadroga.pl

Wyjazd odbył się w środku lata – na przełomie lipca i sierpnia. Była to moja pierwsza większa wyprawa na własnym motocyklu, bo tej pory jeździłam jako tzw. plecak. Na Bałkany pojechaliśmy dwoma jednośladami – ja na Yamaha YBR 125, a mój mąż Daniel na Yamaha TDM 850. Aby zaoszczędzić czas i dłużej być na Bałkanach, decydujemy się na dojazd samochodem z motocyklami na przyczepie.

Granicę albańską przekraczamy w okolicy Jeziora Szkoderskiego. Wyczytaliśmy na forach, że przez pierwsze 100 kilometrów po wjeździe do kraju, nie powinniśmy się zatrzymywać… Że kradną, że strzelają… Otóż ani wtedy, ani podczas pokonywania dalszej trasy, nie zdarzyło się nic, co sprawiłoby, że moglibyśmy się poczuć niebezpiecznie.

Prawdziwa przygoda zaczyna się w Kruje. Miasto jest położone na wzgórzu, na którego szczycie wnosi się słynny zamek, duma Albańczyków i pamiątka po bohaterze narodowym Skanderbergu. Dojazd nie należy do najprostszych – pełno tam ostrych zakrętów zza których prawie nic nie widać, sporo ulic jednokierunkowych. Do tego dochodzi chaotyczny styl jazdy mieszkańców. W Kruje po raz pierwszy stykamy się też z miejscową kuchnią. Podczas kolacji jesteśmy częstowani zupą mleczną z kozim serem czy nadziewanymi papryczkami. Dominują warzywa i owoce, które podczas sezonu są tanie i dostępne niemal na każdym rogu.

Dalej kierujemy się na wybrzeże. Drogi są dobrej jakości, choć na początku irytuje to, że kierowcy nie używają kierunkowskazów, zatrzymują się na środku ulicy, ścinają zakręty i wydaje się, że zupełnie nie zważają na innych użytkowników drogi. Jednak pozory mogą mylić – faktem jest, że przez cały wyjazd nie zetknęliśmy się z żadnym wypadkiem.

Dość szybko docieramy do Durres, drugiego co do wielkości miasta w kraju. To typowy nadmorski kurort, gwarny i pełen hoteli. Znajduje się tam też sporo pozostałości po starożytnych budowlach. Jedziemy w głąb kraju do Beratu, zwanego „miastem tysiąca okien”. Białe domy usytuowane na wzgórzu tworzą niesamowitą panoramę.

Jednak podczas upałów to morze kusi najbardziej, dlatego z Beratu wracamy z powrotem na wybrzeże, do Vlory. Malownicza plaża i przejrzyste morze, to coś czego nam potrzeba po wielu godzinach w siodle. Zwłaszcza, że kolejnego dnia mamy do pokonania słynną Przełęcz Llogara. Z jednej strony ze względu na liczne zakręty jest to droga-marzenie dla każdego motocyklisty, ale z drugiej – dla początkującego kierowcy trasa może budzić obawy. Te szybko znikają, gdy tylko na horyzoncie pojawiają się przepiękne widoki. W międzyczasie trafiamy do bazy wojskowej Orikum, gdzie mają znajdować się ruiny greckiego miasta. Przejeżdżamy niewielki odcinek szutrem i to jest największy plus wizyty tam, bo ze starożytnych pozostałości zostało tylko kilka kamieni.

Poruszając się wzdłuż wybrzeża docieramy do Ksamilu. To miasto stało się ostatnio mekką polskich turystów, nawet restauracyjne menu dostajemy w naszym języku. Ale nam to nie przeszkadza i zostajemy dłużej niż planowaliśmy. Dzięki temu możemy odwiedzić pobliski park archeologiczny w Butrincie.

Dwa dni później ruszamy w kierunku Macedonii. W Gjirokaster odwiedzamy zamek. Jego chłodne mury pozwalają odpocząć od upału, ale największa atrakcja znajduje się na dziedzińcu. To wrak amerykańskiego samolotu, który w latach 50-tych lądował awaryjnie w Albanii.

Dalsza trasa prowadzi przez Tepelene i kanion Gryka e Këlcyrës. Błękitna woda, górzysty teren i wszechobecna zieleń, to elementy charakterystyczne dla tego krajobrazu. Oderwać się od rzeczywistości nie dają dziurawe drogi. Ich jakość jest gorsza niż na terenach turystycznych, ale i ruch uliczny jest mniejszy.

Macedonia nie robi na nas dobrego wrażenia. Poruszamy się na wschód, rezygnując z autostrady. Czas jakby się zatrzymał, na ulicach widać biedę, brakuje inwestycji. Nie stajemy się nigdzie, bo nawet nie ma gdzie. Macedonię ma „odczarować” Kanion Matka. Niestety przez panujący wokół harmider, nie potrafimy dostrzec uroków tego miejsca.

Do Skopje trafiamy przez przypadek. I… jesteśmy zachwyceni! Monumentalne i kolorowo oświetlone budowle, tętniąca życiem turecka dzielnica i olbrzymi Plac Macedonia sprawiają, że czujemy się jak w innym wymiarze. Dowiadujemy się, że większość obiektów, mimo że przypomina te starożytne, została wybudowana kilka lat temu. Widać, że władze państwa zainwestowały w stolicę, jednocześnie zaniedbując pozostałe regiony.

Wracamy już autostradą. Jest płatna, bramki co 30-40 kilometrów. Odwiedzamy Mavrovo i jego słynny zatopiony kościół. Świątynia z powodu upałów stoi na lądzie, ale mimo to, miejsce jest warte odwiedzenia.

Z lekką ulgą przekraczamy powtórnie granicę Albanii. Jedzie się dobrze. Bardziej przyjazna pogoda, drogi nowe i puste. Czasem pojawi się zabłąkana owca, czasem kamienie, które osunęły się na ulicę. Tak trafiamy do Kukes. Jesteśmy jedynymi gośćmi w hostelu i z miejsca przydzielają nam… własnego ochroniarza! Później okazuje się, że kilka dni wcześniej odbył się tu mecz miejscowej drużyny z Legią Warszawa, który został przerwany z powodu rozruchów. Mimo że Polacy w Kukes nie byli wówczas mile widziani, nas przyjęto bardzo gościnnie.

W uciążliwym korku wracamy do Kruje. Nasza trasa zatoczyła koło i tu kończy się motocyklowa przygoda. Moja YBR-ka dała radę!

Nowe drogi z wieloma zakrętami i do tego piękne widoki, ponadto jeszcze sporo terenów szutrowych. Nie da się ukryć – Albania ma motocyklistom sporo do zaoferowania.

MotoRmania
Redaktor naczelny

to lifestylowy magazyn o tematyce motocyklowej. Ekskluzywność tego tytułu podkreśla nie tylko doskonałej jakości papier, ale przede wszystkim wyjątkowe materiały. Masz sprawę ? Skontaktuj się:

Materiały premium

czytaj kolejne artykuły