Bałkany MotocykLove – podróż na rocznicę ślubu!
MotoRmania
16 września 2013

Poznajcie małżeństwo, które połączyło miłość do motocykli z miłością do siebie nawzajem. Do ślubu pojechali motocyklami, w podróż poślubną również, a z okazji swojej rocznicy wybrali się na MotocykLove Bałkany – przeczytacie relację!

tekst i zdjęcia:
Konstancja i Tomasz Sternal 

W oddali widać już było tak bardzo wyczekiwany urlop i w głowie zaczęły rodzić się pomysły wykorzystania tej kumulacji wolnego czasu. Czuliśmy, że potrzebujemy odrobiny odpoczynku i porządnej dawki słońca, po trwającej nieznośnie długo w naszym kraju zimie i nie mogącej się rozkręcić wiośnie – wybór padł na Chorwację. Od razu wiadomo było, że nie dotrzemy tam najkrótszą drogą, skoro Bałkany mają w sobie tyl e uroku! Dyskusji nie podlegało też to, że będzie to podróż motocyklowa, bo tylko w ten sposób mogliśmy uwolnić umysły od codzienności.

Trudniejszy już był wybór pomiędzy uzasadnioną ekonomicznie wersją podróży na jednym motocyklu (Yamaha BT 1100 Bulldog) a wymarzoną, w której każdy dosiada swój sprzęt. Ostatecznie serce wzięło górę nad rozumem i mała „Zuza” (Suzuki GSF 400 Bandit) również miała stać się motocyklem turystycznym. By jej to ułatwić (i ocalić przy ewentualnej glebie efekty przeprowadzonej zimą renowacji wizualnej) wyposażyliśmy ją we własnoręcznie przygotowane gmole i akcesoryjną, wysoką owiewkę. Bulldog dostał na szybko wykonane crashpady i stelaże pod kufry tekstylne. Do w pełni ubranych turystyków jeszcze trochę nam brakowało, ale czuliśmy się gotowi na tą podróż. Pewność co do niezawodności technicznej sprzętów była co prawda spora, ale wraz z dokładaniem kolejnych setek kilometrów do planu podróży, w tankbagu lądowały kolejne narzędzia, tworząc ostatecznie zestaw na każdą prawie ewentualność. Tylko niezbędne ciuchy, trochę turystycznego jedzenia, ubezpieczenia zdrowotne, karty EKUZ (Europejska Karta Ubezpieczenia Zdrowotnego), zielone karty dla naszych maszyn, trochę walut, mapy… Chyba wszystko mamy.

Zerujemy liczniki i w drogę! Piątek po pracy wykorzystujemy na przejechanie polskiego odcinka trasy i nocujemy u przemiłych gospodarzy w Pokrzywnie tuż przy granicy z Czechami. Już jest jasne, że decyzja o wymianie przedniej opony w Bulldogu w przeddzień wyjazdu to nie był dobry pomysł – guma zaczęła dobrze trzymać się drogi dopiero po przejechaniu około 500 km, a do tego czasu potrafiła nieźle zaskoczyć.

Pobudka o 5:23, pożywne śniadanie z puszki i ruszamy w trasę przez Czechy, Słowację, Węgry do stolicy Chorwacji – Zagrzebia. Kilometry w górzystej części Czech dały nam przedsmak tego co miało czekać nas później – winkiel za winklem. Wielka frajda i dobra lekcja! Czechy i Słowację lubimy za bezpłatne autostrady, ale na odcinek Omolouc-Brno, gdzie w cenie paliwa otrzymujemy darmowy body shaker wywołany regularnymi nierównościami nawierzchni, nie radzimy wjeżdżać z pełnym pęcherzem… Tu pierwszy raz przemknęła z naprzeciwka grupa posiadaczy wypasionych GSów i innych typowo turystycznych motocykli, która z długim skokiem i bardziej miękką charakterystyką zawieszenia oraz – co najważniejsze – z uśmiechem pokonywała te niewidoczne, a uciążliwe nierówności. Razem z nimi przemknęła myśl – czy nasze typowo szosowe sprzęty dadzą radę (nie odbierając nam przyjemności) na dalszych etapach trasy, gdzie spodziewamy się dróg „nieco” gorszych od kiepskiej, ale jednak drogi płatnej w Czechach? Nie przekonamy się, póki tam nie dotrzemy, więc odkręcamy gaz i nawijamy kilometry. Z Brna jedziemy do Bratysławy, a dalej przez Węgry (Zalaegerszeg) do Zagrzebia. Zatrzymujemy się w zasadzie tylko wtedy, kiedy w najmniejszym (banditowym) baku następuje posucha. Tankujemy i dalej w drogę. Niemiłe odczucia zebraliśmy na Wegrzech, gdzie nasi „bratankowie” niezbyt uprzejmie reagowali na jednoślady na drodze, ale być może mają powody. Na naszych oczach dwóch lokalnych motocyklistów z podgiętymi tablicami rejestracyjnymi zatankowało paliwo na tej samej stacji co my i odjechało bez płacenia. Przybyła na miejsce policja (napis rendőrség na radiowozie dla nie znających języka jest mało intuicyjny) wypytała wszystkich wokół, ale nie nas, mimo, że byliśmy naocznymi świadkami i może odrobinę bardziej precyzyjnie bylibyśmy w stanie opisać motocykle lub ubiory jeźdźców. Widocznie obawa węgierskich policjantów przed rozmową z obcokrajowcami była silniejsza niż chęć zdobycia informacji. ‘Szervusz‘ (węg. na razie!) – my śmigamy dalej.

Do Zagrzebia, po pokonaniu łącznie 680 km dotarliśmy wieczorem. Nie bez problemów znaleźliśmy nasz hostel, skapitulowaliśmy szukając na wielkim osiedlu sklepu, który byłby otwarty po 22:00. Półlitrowa Cola za 10 KN (ok. 6 zł) dostępna w hostelu musiała nam wystarczyć. Zresztą największym pragnieniem i tak było tylko rozprostowanie nóg na łóżku i… pozbycie się bielizny, która przez cały dzień siedzenia w siodle odznaczyła trwałe ślady na naszych tyłkach. Nauka na przyszłość – brać ze sobą talk dla dzieci i maść na odparzenia.

Zagrzeb zwiedziliśmy w ekspresowym tempie następnego dnia rano – naginając trochę różne zakazy parkowania, by nie tracić kontaktu wzrokowego z naszym całym dobytkiem przymocowanym do motocykli. Wiedząc, że szykuje się upalny dzień, uzupełniliśmy camelbak wodą z poidełka w parku, zrobiliśmy dodatkowe zapasy wody i znów wskoczyliśmy (delikatnie, bo wciąż piekło) w siodła, kierując się do przejścia granicznego z Bośnią i Hercegowiną (BIH) w miejscowości Hrvatska Kostajnica. Jedyny przygraniczny kantor po stronie BIH, mimo, że znajdowała się w nim obsługa, oferująca jednocześnie przekąski i prasę, nie chciała wymienić nam pieniędzy ponieważ… była niedziela. Na szczęście większe sklepy były multiwalutowe – za zakupy zapłaciliśmy w Euro i chorwackich Kunach, a resztę otrzymaliśmy w lokalnych KM, które mają stały kurs w stosunku do euro, co jest dużym ułatwieniem dla odwiedzających ten kraj.

Planując trasę przez BIH uznaliśmy, że musimy zahaczyć o Banja Lukę, żeby sprawdzić co kryje się pod tą swojsko brzmiącą nazwą miasta. Okazało się, że pejoratywne znaczenie słowa banialuki nie odnalazło odzwierciedlenia w samej miejscowości, w której spotkaliśmy uśmiechniętych i bezinteresownie pomocnych ludzi. Kiedy wracając z kąpieli w pobliskiej rzece zobaczyli nas na swoim podjeździe, ubranych w ciuchy motocyklowe, wymęczonych upałem i gaszących pragnienie wodą o temperaturze herbaty, zaprosili nas do swojego ogrodu, gdzie w cieniu mogliśmy odpocząć, napić się chłodnej wody i uzupełnić jej zapasy o ilość, która ledwo zmieściła się na motocyklach. Okazuje się, że uprzejmość i uśmiech są doskonale zrozumiałe bez użycia jakichkolwiek słów.

Podbudowani życzliwością tubylców i zregenerowani chwilą odpoczynku ruszyliśmy dalej w kierunku Sarajewa. Upał był bezlitosny, już o 10:00 godzinie przydrożny wyświetlacz informował o 32 st. C w powietrzu i 38 st. C na nawierzchni drogi. Taki skwar co prawda zapewniał super przyczepność opon do asfaltu przy pokonywaniu niekończącej się liczby zakrętów, ale wraz z przepięknymi widokami utrudniał nieco zachowanie koncentracji na odpowiednio wysokim poziomie. Była ona konieczna, ponieważ niektóre zakręty zaskakiwały rozsypanymi odłamkami skał lub kilkunastometrowym odcinkiem frezowanej nawierzchni drogi, która zmieniała przyjęty wcześniej tor pokonywania zakrętu. Przerwy na robienie zdjęć podnosiły jeszcze temperaturę silników i naszych organizmów, ale nie dało się przejechać obojętnie obok takich widowisk zorganizowanych przez naturę. Z niepokojem obserwowaliśmy kolektor wydechowy tylnego cylindra V-ki chłodzonej powietrzem w Bulldogu, który zaczął pięknie mienić się złocisto-niebieskimi kolorami od przegrzania. Aby uchronić hamulce przed zbyt wysoką temperaturą przy długich, krętych zjazdach trzeba było wykorzystywać hamowanie silnikiem do zmniejszania prędkości, co z kolei przy jednoczesnym wachlowaniu biegami grzało jeszcze bardziej nasze motory.

Z reguły staramy się omijać autostrady ze względu na monotonię ich pokonywania, ale tym razem autostrada do Sarajewa okazała się wybawieniem przy poślizgu czasowym, jaki zanotowaliśmy. W stolicy BIH znaleźliśmy nocleg w hostelu w samym centrum miasta, nad pubem z muzyką na żywo i widokami na miejski zgiełk. Byliśmy mocno zaskoczeni tym jak bardzo w „zachodnim” stylu tętni wieczorne życie w Sarajewie. W poszukiwaniu lokalnych przysmaków przeszliśmy resztkami sił główne ulice miasta, ale oprócz fast foodów niczego nie znaleźliśmy. Wobec tego ostentacyjnie w zaciszu swojego hostelu dzień zakończyliśmy zalewanymi zupkami w nadziei, że rano zaspokoimy swój głód czymś z lokalnego menu. Poranek przeznaczony był na kolejne szybkie zwiedzenie zabytkowej części miasta – widok budzącego się do życia Sarajewa przypadł nam do gustu – sklepikarze polewający wodą chodniki i markizy przed nadejściem największych upałów w ciągu dnia, ludzie zmierzający do pracy, leniwie otwierane stoiska ze wszelkiego rodzaju, często tandetnymi, pamiątkami (z koszuklami Messiego i Ronaldo włącznie). Największe wrażenie wywarły na nas jednak meczety, ze względu na swoją rzucającą się w oczy odmienność kulturową. No i w końcu udało zjeść się coś regionalnego – burek z białym serem i szpinakiem. Sycące i smaczne!

Po zwiedzaniu nadeszła pora na pakowanie motocykli i dalszą drogę przez Czarnogórę do Albanii i z powrotem do Czarnogóry. Przewidziany przez internetową mapę czas podróży był nie do osiągnięcia. Lewy zakręt przechodził w prawy winkiel, a ten w kolejny łuk i szykanę. W dodatku im bliżej byliśmy granicy, tym stan dróg się pogarszał. Mijały nas przeprawowe terenówki, znowu w pełni turystyczne jednoślady, a my, na swoich maszynach, czasem stojąc na podnóżkach, czasem siedząc prawie bokiem żeby dać odpocząć niektórym częściom ciała, zmierzaliśmy do granicy. Przejście graniczne z Czarnogórą powitało nas źródełkiem zimnej wody i surowym strażnikiem granicznym, który ostro zareagował na fakt, iż robimy zdjęcia w pobliżu przejścia.

Po przekroczeniu granicy znów zachwyt nad widokami – piękny lazurowy kolor wody, duża ilość tuneli wydrążonych w skałach. Niestety w słoneczny dzień, kiedy wjeżdża się do długiego, nieoświetlonego tunelu oczy potrzebują trochę czasu na adaptację i pierwszych kilkanaście metrów pokonuje się „na ślepo”, sprawdzając nerwowo czy na pewno ma się włączone światła. Po dotarciu do stolicy Czarnogóry w 42-stopniowym upale nie mieliśmy nawet ochoty na wychodzenie z cienia. Podgorica wyszła nam naprzeciw nie fundując w zasadzie żadnych atrakcji turystycznych. W dodatku brak turystów przekłada się najwyraźniej na choćby podstawową znajomość języka angielskiego u sprzedawców, z których żaden nie rozumiał nawet pojęcia ‘postcard’. Czas gonił, więc z pewnym oporem przywdzialiśmy z powrotem motocyklowe ciuchy i wyruszyliśmy dalej. Do granicy z Albanią dotarliśmy niestety późno i wbrew ostrzeżeniom umieszczonym na stronie internetowej Ambasady Polski w Albanii, zdecydowaliśmy się na przejazd po zmroku. Wybraliśmy trasę prowadzącą dookoła Jeziora Szkoderskiego. Spodziewaliśmy się odmiennej kultury jazdy Albańczyków, ale mimo to byliśmy zaskoczeni ilością zwierząt prowadzonych bezładnie główną drogą krajową, permanentnym brakiem tylnego oświetlenia w samochodach, motorowerach i skuterach, ignorowaniem znaków informujących o pierwszeństwie przejazdu i podstawowych zasad opisujących ruch drogowy. Naprawdę stresujące, aczkolwiek ciekawe przeżycie. Koniecznie musimy tam wrócić, by poćwiczyć jazdę w tej ulicznej dżungli. Może tylko niech będzie jasno…

Kiedy zatrzymaliśmy się, by zapytać o potwierdzenie trasy od razu otoczyła nas grupa młodych mężczyzn, którzy na szczęści mieli wyłącznie dobre zamiary – wskazali drogę i jednoznacznymi gestami nawoływali do pokazania możliwości naszych maszyn. Przy granicy powrotnej do Czarnogóry, grupa Albańskich dzieci była mniej kulturalna – otaczając motocykl wołała „daj Euro!” i dotykała czego się dało. Niemożliwe było ogarnięcie wzrokiem tych wszystkich małych rączek, które niebezpiecznie zbliżały się do kufrów i toreb. Na szczęście wyciągnięty aparat i zachęta, by pozowały pod tablicą graniczną „Albania” rozładowały napięcie i pozwoliły na ucieczkę przed nieco zbyt natarczywymi, biednymi dzieciakami.

Dalsza droga krętymi drogami w ciemnościach strasznie się dłużyła, ale nagrodą miał być nocleg w Ulcinj. Niestety po dotarciu do tej miejscowości okazało się, że znalezienie adresu lokalu graniczy z cudem. Niesprawdzone instrukcje dał nam napotkany policjant, później przechodnie. Traciliśmy już wiarę w znalezienie naszego noclegu, kiedy trafiliśmy na przydrożnego sprzedawcę owoców, który zadzwonił do właściciela lokalu, w którym mieliśmy spać i powiedział mu, że ma po nas przyjechać, bo błądzimy po okolicy, po czym zaprosił nas na swoją „służbową” kanapę, poczęstował Colą i umilił nam czas oczekiwania rozmową, która mimo, że prowadzona była w ograniczonym stopniu wzajemnego zrozumienia, dała nam wiele radości. W ten sposób dotarliśmy do miejsca naszego noclegu mimo, że adres podany w serwisie internetowym oznaczał po prostu nazwę dzielnicy.

Po kilku dniach zmagań w trasie i posiłkach składających się głównie z tego, co zabraliśmy ze sobą z Polski, śniadanie w postaci szwedzkiego stołu było mało opłacalnym rozwiązaniem z punktu widzenia właściciela lokalu. Nie będzie zaskoczeniem jeśli po naszej wizycie cennik dla motocyklistów z Polski będzie odpowiednio skorygowany.

Ostatni dzień przed zasłużonym odpoczynkiem w Chorwacji to 530 km jazdy, najpierw wzdłuż nadbrzeża z małym wyjątkiem na „zabawę edukacyjną” w górskie serpentyny na wysokości Kotoru, na których spotkaliśmy wielu motocyklistów i niestety autokary, które zaburzały płynność przejazdu. Około 30 nawrotów o 180° pnących się dodatkowo stromo w górę stanowiło duże wyzwanie. Znajdujący się sporadycznie piasek na zakręcie nie ułatwiał sprawy. Po dotarciu na szczyt ochłonęliśmy trochę, zrobiliśmy zdjęcia panoramy Kotoru i ruszyliśmy w drogę w dół. Niby ta sama trasa, ale jazda zupełnie inna. Znów gmole i crashpady się nie przydały – uff! Choć uślizg tylnego koła w Bandicie podczas jednej z nawrotek podniósł ciśnienie nam obojgu.

Dalsza trasa nadbrzeżem to mieszane uczucia – z jednej strony wspaniałe widoki, z drugiej strony spory, wakacyjny ruch i powolna jazda turystów, którzy albo są tak zachwyceni widokami albo przerażeni ilością zakrętów, że nie jadą szybciej. W Chorwacji odwiedzamy piękny Dubrovnik, gdzie spędzamy długie godziny, a przed nami jeszcze sporo drogi. Kolejne przerywniki to przejścia graniczne najpierw z Chorwacji do BIH, a następnie na odwrót. A czasu do zmroku coraz mniej. Ostatecznie zapadła decyzja o tym, że ostatnią część trasy pokonamy autostradą A1. Niestety dojazd do niej to kolejne kilkadziesiąt kilometrów górskimi drogami, które naprawdę nas zmęczyły. Na wysokości miejscowości Vrgorac wskoczyliśmy w końcu na autostradę i walcząc z sennością na różne sposoby dotarliśmy szczęśliwie do zjazdu Posedarje. Niewiele brakowało, żeby skłonność małego Bandita do podwyższonego apetytu na paliwo przy prędkościach autostradowych utrudniła nam pokonanie ostatniego fragmentu trasy, ale ostatecznie na oparach udało się dobić do celu.

Kolejnych kilka dni w spędzonych na plaży w Chorwacji wykorzystaliśmy na regenerację sił i łagodzenie odparzeń w piekielnie słonej wodzie i skwarze południowego słońca.

Z nowym zapałem i jednocześnie smutkiem, że to już droga powrotna, wsiedliśmy na motocykle i… „Zuza” odmówiła współpracy. Całkowicie rozładowany akumulator, zrobił kilka leniwych obrotów rozrusznikiem i się poddał. Dolane z 2L butelki paliwo nie załatwiło sprawy tak, jakbyśmy sobie tego życzyli. „Na pych” motor też niechętnie budził się do życia. W końcu, po kilkunastu próbach odpalił. Jedziemy! Stacji paliw jak nie było, tak nie ma. Nawigacja pokazuje 20 km do najbliższej. Dojedziemy! Nie dojechaliśmy. Na zjeździe z autostrady, w mało komfortowym miejscu, Bulldog musiał honorowo oddać kilka litrów swojej benzyny abyśmy mogli kontynuować jazdę, przy czym każde odpalanie odbywało się „na pych”, bo akumulator mimo pokonywanych kilometrów się nie podnosił. Diagnoza – przegrzany regulator napięcia dawał jedynie 12,4 V napięcia podczas pracy silnika. Na szczęście wystarczyło to do jazdy, ale akumulator nie mógł już liczyć na doładowanie.

Dotarliśmy do Rijeki, gdzie zrobiliśmy krótki postój na zwiedzenie zabytkowej części centrum i posiłek. Dalsza droga prowadziła do Ljubliany. Pierwszy raz dotarliśmy do celu o planowanej godzinie, rozgościliśmy się w przyjemnym hostelu i wybraliśmy się na zwiedzanie stolicy Słowenii. Skupione w centrum miasta zabytki są naprawdę piękne, a płynąca przez centrum rzeka nadaje temu miejscu niepowtarzalny urok. Małym minusem jest prohibicja, która od 21:00 do 7:00 zakazuje sprzedaży alkoholu. Przed nami jednak kolejny dzień w trasie, więc i tak byśmy zbytnio na jej zniesieniu nie skorzystali.

Nad ranem obudził nas ulewny deszcz, którego nic nie zapowiadało. Tekstylne kufry pozostawione na motocyklu przemokły, ale my się nie daliśmy i po przywdzianiu kombinezonów przeciwdeszczowych ruszyliśmy w trasę. Kombiaki sprawdziły się rewelacyjnie, nie przepuszczając ani kropli wody, pomogły nam też komfortowo przejechać przez stosunkowo chłodną, górską część Austrii, bo sprawnie chronią również przed wiatrem. Mimo słabej pogody, pokonywanie kilometrów na autostradach to zupełnie inna bajka niż przebijanie się przez góry. Pokonaliśmy 730 km, nie szczędząc sobie przerw na rozprostowanie nóg. Swoją drogą gmole w małym Bandicie, przy długich trasach okazały się niezłymi spacerówkami, które pozwalały na zmianę pozycji, bez zsiadania z motocykla.

Już w Polsce zrobiliśmy sobie jeszcze jedną przerwę w Głuchołazach, po czym niezwykle płaskimi i prostymi drogami dotarliśmy do Leszna.

Nie ma co ukrywać – nasze motocykle nie były projektowane z myślą o tego typu wyprawach, a nasze ciuchy prawdopodobnie nawet nie były testowane w takich temperaturach – wszystko to odbiło się na komforcie podróży. Ale gdybyśmy postawili na wygodę, to zamknęli byśmy się na dwa tygodnie w jakimś hotelu z basenem i palemką w drinku, a przecież miała być przygoda. I była! A po niej z pewnością będą kolejne!

MotoRmania
Redaktor naczelny

to lifestylowy magazyn o tematyce motocyklowej. Ekskluzywność tego tytułu podkreśla nie tylko doskonałej jakości papier, ale przede wszystkim wyjątkowe materiały. Masz sprawę ? Skontaktuj się:

Materiały premium

czytaj kolejne artykuły