Magda i Marcin przejechali na swoich motocyklach z Polski do Rumunii 3534 km. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że Magda swój pierwszy motocykl posiadała od 3 tygodni i przejechała nim 1200 km.

Cały artykuł pt. „Z nowicjuszką w dalszą trasę” możecie przeczytać w kwietniowym numerze „MotoRmanii”, który znajduje się aktualnie w sprzedaży. Treść, której nie udało nam się zmieścić w gazecie postanowiliśmy opublikować na portalu. Jest to bardziej rozbudowany fragment powrotu naszej pary z ich dalekiej wyprawy.

Madzia Janczar / Suzuki GS 500
Marcin Janczar / Suzuki DL650A V-Strom

DZIEŃ X – 16.07.2013 ROKU
przebieg: 556,2 km (2442,5 km)

Po kilku dniach wypoczynku, serce rwało się do jazdy motocyklem ale nie do pakowania bagażów, które choć przebiegło sprawnie to bez entuzjazmu, a za to z lekkim podenerwowaniem. Parę minut po godzinie 8:00 ruszyliśmy w drogę powrotną – z jednej strony wyjazd motocyklowy (2) podekscytowani dalszą podróżą, a z drugiej nieco smutni zdając sobie sprawę z tego, że właśnie rozpoczął się powrót do domu i zbliża się koniec wyprawy. Na szczęście do domu jeszcze „parę” kilometrów pozostało do zrobienia a do zobaczenia trzy atrakcje turystyczne. Ciepły poranek, ruch niewielki – po ok 2 godzinach jazdy zobaczyliśmy sklep Lidl, a więc idealne miejsce na śniadanie. W miejscowości Galati czekała nas przeprawa promowa przez Dunaj. To była dla mojej żony pierwsza przeprawa i obawiała się, jak wjedzie i zjedzie z chwiejącego się promu i jak jej pójdzie jazda po jego śliskiej stalowej powierzchni z przyspawanymi drutami zbrojeniowymi. W praktyce okazało się to nie takie trudne i obyło się bez żadnych przygód.

Skierowaliśmy w stronę Wąwozu Bicaz m.in. drogami 11A i 12A. Szczególnie ta druga to malownicza trasa prowadząca wśród przepięknych gór i pagórków, wiosek i miasteczek, gdzie wydawać by się mogło, że czas dawno się zatrzymał. Co ważne, jakość obu dróg jest przyzwoita. Dzień powoli dobiegał końca i od dłuższego czasu rozglądałem się za noclegiem. Chciałem go znaleźć  w jakiejś wiosce, licząc iż będzie taniej i „ekologiczniej”, ale niestety nie było żadnego motelu, a do Bicaz było coraz bliżej. Dochodziła godzina 21:00 i robiło się coraz szarzej. Zmęczenie całodniową podróżą przez wioski i kręte drogi było duże i byłem już bliski skręcenia gdzieś w okoliczne pola i rozbicie namiotu. Paradoksalnie, zmęczenie również powstrzymywało mnie przed tą decyzją i podtrzymywało nadzieję znalezienia pensjonatu z ciepłym prysznicem, smacznym posiłkiem i zimnym piwem oraz wygodnym łóżkiem. Nocleg w namiocie to nie byłby odpoczynek, o jakim marzyliśmy. Z wyjazd motocyklowy (14)drugiej strony pomyślałem, że taki nocleg to byłaby atrakcja, pilibyśmy wodę z rzeki, a ja ruszyłbym coś upolować na kolację. I tak sobie jechaliśmy dalej, a ja rozmyślałem jak ze scyzorykiem ruszam na polowanie, aby mojej ukochanej zapewnić kolację, aż nagle oczom naszym ukazał się luksusowo wyglądający Pensjonat Karpatia. Wjeżdżając na posesję obawialiśmy się czy będą wolne miejsca i czy cena nas nie zwali z nóg. Na szczęście był wolny pokój, a cena była o dziwo atrakcyjna. Jak się później okazało, był to jeden z tańszych naszych noclegów o zdecydowanie najwyższym standardzie i z miłą obsługą – szef specjalnie przestawił swój samochód, abyśmy mogli pod dachem zaparkować motocykle. Gdy będziemy kolejny raz w tamtych stronach, na pewno tu wrócimy.

Rozpakowując się w pokoju, włączyliśmy telewizor i o zgrozo zobaczyliśmy wiadomości z miejscowości Vama Veche, w której mieliśmy zamiar spędzić 6 dni nad Morzem Czarnym, ale ostatecznie powróciliśmy do pierwotnie planowanej miejscowości Jupiter – ok. 15 km dalej. W wiadomościach tych była relacja zarejestrowana kamerą jednego z turystów z przejścia tego ranka trąby powietrznej przez tą miejscowość, która zniszczyła namioty, przyczepy kempingowe, części domów. Relacja pokazywała ogrom zniszczeń i tragedii turystów. Tak niewiele brakowało abyśmy byli częścią tego koszmaru, jednak Opatrzność Boża zachowała nas od tego. Mam nadzieję, że nikt nie zginął – relacja była po rumuńsku więc nic nie zrozumieliśmy, ale był podpis Vama Veche i data i zdjęcia, więc nie mieliśmy wątpliwości co się wydarzyło.

DZIEŃ XI – 17.07.2013
przebieg: 351,5 km (2794,0 km)

Kolejne dni planowo miały mniejsze przebiegi, więc wyjeżdżaliśmy mniej więcej ok. 1 godziny później niż zawsze. Do Wąwozu Bicaz pozostało ok. 80 km drogi, które sprawnie minęły i ok. 11:00 godziny dotarliśmy na miejsce. Widoki przepiękne i co chwilę zatrzymywaliśmy się je podziwiać.
wyjazd motocyklowy (19)Na jednym z postojów, stojąc na skraju skały, w dole było widać drogę i parę śmigającą na Sztormiaczku (DL650). Madzia patrząc na nich powiedziała: „chciałabym już tak umieć jeździć”. Faktycznie, mimo załadowania śmigali bardzo energicznie, a na jednym z nawrotów wyraźnie było słychać jak drą podnóżkami. Pomyślałem, że to musi być „tubylec”, bo turysta jadąc takim tempem nic poza drogą by nie zobaczył. Gdy minęli nas okazało się, że nie dość że to Polacy to jeszcze z rejestracji wynikało, że z naszej miejscowości Bielsko-Biała – machaliśmy aby zatrzymać ich i chwilę pogadać, ale w momencie zniknęli za kolejnym winklem i pewnie nas nie zauważyli – może czytaja teraz nasza relację ?
Następny cel tego dnia to Wesoły Cmentarz w miejscowości Sapanta. Od znajomego miałem namiary na pole namiotowe z bardzo dobrym jedzeniem i chcieliśmy tam dotrzeć. Droga prowadziła przełęczami przez góry z pięknymi widokami zapierającymi dech w piersiach. Niestety jakość drogi była fatalna, z bardzo długimi odcinkami z wielkimi wyrwami w drodze lub szutrami bez asfaltu. Jechaliśmy ok. 20 – 30 km/h – szybciej jechać baliśmy się z powodu obawy o zawieszenia i opony Magdy motocykla. Choć wokół nie było żywego ducha, niespodziewanie wyprzedził nas samochód z Polski, zostawiając nas w tumanach kurzu – widać bardzo chciał nas wyprzedzić, bo słychać było jak „gnając” ok. 10 km/h szybciej od nas, dobija zawieszeniem i szoruje podwoziem na większych nierównościach…

Nie zrobiło to jednak wrażenia na nas i jechaliśmy swoim tempem. Sytuację zmieniła grupa Niemców, którzy podróżując GS-ami także nas wyprzedzili. Gdy jednak Madzia zobaczyła, że na końcu grupy jedzie gostek na Gold Wing-u i ją wyprzedza, krzyknęła do mnie: „O nie! Nie będą mnie kredensy wyprzedzać!” ;-) Ku zdziwieniu Niemców na GS-ach, powoli jeden po drugim zaczęliśmy wyprzedzać, nie zważając już na swoje zawieszenia. Nawet, gdy w końcu po wielu kilometrach pojawił się asfalt, Magda narzuciła takie tempo, że wszyscy Niemcy grzecznie wiele kilometrów jechali za nią.
Było późne popołudnie, a do Sapanta pozostało ok. 50 km, jednak czarne chmury nadchodzące ze strony w którą jechaliśmy, nakłoniły nas na zmianę planów i zatrzymanie się w przydrożnym motelu.

DZIEŃ XII – 18.07.2013 ROKU
przebieg: 346 km (3140,0 km)

Poranek przywitał nas słoneczną pogodą, co bardzo nas ucieszyło. Podczas śniadanka miło pogawędziliśmy z miejscowym Rumunem „zawodowo” pijącym piwo pod sklepem, mówiącym nieco po angielsku i wyraźnie zafascynowanym naszymi motocyklami. U Madzi całą sympatie ów Rumun stracił w jednej chwili, gdy nieopacznie powiedział, że jej motocykl to taki miejski a mój to prawdziwy turystyk…
Następnie zwiedzanie Wesołego Cmentarza, gdzie nabiłem sobie dużo punktów u żony, wydając ostatnie Leje na bransoletkę.
Wszystko co dobre kiedyś się kończy i nadszedł czas pożegnania Rumunii. Czas powitać Węgry.
Jadąc przez Węgry dwupasmówką Madzia dzielnie podążała za mną. W pewnym momencie z niewiadomej przyczyny zniknęła zwyjazd motocyklowy (28) moich lusterek. Nieco zaniepokojony bardzo zwolniłem i jadąc dalej wypatrywałem gdzie się podziała. Niestety dalej jej nie było, a ja z każdą chwilą denerwowałem się coraz bardziej. W końcu zatrzymałem się i przystąpiłem do nawracania, aby pod prąd ruszyć w przeciwnym kierunku, gdy na całe szczęście w oddali zobaczyłem ją bardzo powoli jadącą krajem drogi. Całe szczęście jest cała pomyślałem, ale już w drugiej chwili: co się stało? Awaria? Guma? Tak, awaria ale na szczęście nie groźna – odkręciło się jej lewe lusterko i opadło co utrudniało jazdę w dużym ruchu, a na dodatek obawiała się, że odpadnie. Wyciągnąłem narzędzia i po chwili stałem się bohaterem mojej żony, który szybko i sprawnie usunął awarię jej motocykla. Nie licząc pocących się lag w Suzance to były jedyne nasze kłopoty techniczne i oby tylko takie lub mniejsze przydarzały się na trasie – tego nam i wszystkim Czytelnikom życzymy.
Kolejny cel trasy, to dotrzeć na godzinę 17:00 do miejscowości Miskolc, gdzie mamy spotkać się ze znajomymi. Udało się z dokładnością do 5 minut. Radość ze spotkania była tak wielka, że nie wiedząc kiedy, przy parkowaniu Magda zaliczyła wraz Suzanką pierwszą glebę – na żwirku podczas przepychania motocykla, noga ujechała i ułamek sekundy później obie gruchnęły na ziemię. Wszyscy na moment zamarli w bezruchu próbując uzmysłowić sobie co się stało, amoja małżonka wstała zdenerwowana z ziemi i z pełnym profesjonalizmem zabrała się do podnoszenia motocykla stając do niego tyłem i dźwigając go wykorzystując siłę nóg. Byłem w szoku, bo zapewne, niejeden motocyklista nie zna tej prostej i skutecznej metody. Tak wściekłej żony jeszcze nie widziałem. Na szczęście motocykl ma gmole i nie ma nawet śladu po tej niemiłej przygodzie. Sam kiedyś zaliczyłem dwie parkingówki i doskonale znam tą niemoc w próbie utrzymania przewracającego się motocykla i tą złość na siebie, gdy już to się stanie. Po chwili złość przemieniła się w smutek i wszyscy w czwórkę zaczęliśmy ją leczyć sporą dawką alkoholu, tym bardziej, że mogliśmy sobie na to śmiało pozwolić, bo następnego dnia mielismy w planach odpoczynek na basenach.

DZIEŃ XIV – 20.07.2013 ROKU
przebieg: 394,8 km (3534,8 km)

Powrót do domu – czyli ostatni dzień wyprawy. Ruszyliśmy do domu. Droga mijała sprawnie aż do napotkanego dużego objazdu na Słowacji przez wąskie górzyste drogi, stawiające duże wymagania przed kierowcami. Choć Madzia przez całą podróż zrobiła bardzo duże postępy i potrafiła utrzymać dobre, równe tempo, to jednak na tym trudnym i krętym odcinku, wyszły pewne braki w umiejętnościach, dlatego obniżyliśmy nieco tempo.
Zbliżając się do domu, z jednej strony w sercach wzrastała radość i duma z pokonania trasy, a z drugiej, z całych sił staraliśmy się utrzymać skupienie, aby euforia nie przyczyniła się do zbytniego rozluźnienia, które mogłoby być niebezpieczne. Po przekroczeniu granicy z Polską, w Węgierskiej Górce zatrzymaliśmy się w karczmie na obiad. Choć było ciepło i ludzie byli w krótkich spodenkach, to my musieliśmy założyć polary, bo przyzwyczajeni do dużych upałów, w oczekiwaniu na obiad trzęśliśmy się z zimna.
Do domu dotarliśmy parę minut po 18 godzinie. Zmęczeni, ale pełni radości i dumy, że daliśmy radę i że wróciliśmy cali i zdrowi.

PODSUMOWANIE

To była wspaniała wyprawa motocyklowa, realizacja jednego z naszych marzeń. Trasę i wszystkie plany udało nam się zrealizować13 - W drodze do Zamku Bran - droga 73 w 100 % z czego jesteśmy bardzo dumni. Ta wyprawa dla każdego z nas choć na inny sposób była wyzwaniem. Dla Magdy to początki motocyklowej przygody i pierwsza tak daleka wyprawa. Trzeba uczciwie przyznać, że spisała się doskonale, jestem pod wielkim wrażeniem jej radości z jazdy, wytrzymałości, determinacji i rozwagi.

Dla mnie ta wyprawa również była wyzwaniem – debiutowałem w roli nauczyciela, który z jednej strony powinien umieć przekazać swojemu jeszcze niedoświadczonemu współtowarzyszowi jak najwięcej ze swoich umiejętności i wiedzy, a z drugiej strony dobrze zadba o niego i zapewni mu bezpieczeństwo. Była to także pierwsza wyprawa samodzielnie i całości zaplanowana przeze mnie, zorganizowana i poprowadzona. Jaki mi poszło? Bez fałszywej skromności odpowiem, że doskonale.

Relacją tą, nikogo z początkujących motocyklistów nie namawiam ani też nie zachęcam do ruszania na podbój Europy, chciałem tylko pokazać, że przy pewnych założeniach jest to możliwe. Wyprawy motocyklowe to nie tylko przyjemności, ale przede wszystkim każdego dnia mierzenie się z trudami podróży, walka ze swoimi słabościami, niewygodami i ciągłe skupienie. Trzeba mieć hart ducha, dużo pokory, cierpliwości i samozaparcia – jednym słowem trzeba to kochać. Nie mając doświadczenia warto jechać z kimś już zaprawionym w bojach, kto odciąży początkującego z wielu czynności, jakie trzeba wykonywać podczas podróży i pozwoli skupić się tylko na samej jeździe. Dzięki temu, początkującemu odejdą takie obowiązki jak: pilnowania prawidłowej drogi, obsługa nawigacji i map, planowane odpoczynków, posiłków, noclegów, stanu benzyny i miejsc, gdzie trzeba zatankować oraz obsługi codziennej motocykla (stan płynów, opon, świateł, bagażu, naciągu i smarowania łańcuch i wiele innych). Jak widzicie, wyprawa motocyklowa to także duża operacja logistyczna i wymaga doświadczenia, które najłatwiej zdobyć zaczynając swoje podróżowanie z bardziej doświadczonym motocyklistami.

9 - Zdobywczyni szczytuCzy Magda dzięki tej wyprawie nauczyła się dobrze jeździć? I tak i nie. Tak – bo zdobyła mnóstwo doświadczenia i umiejętności w porównaniu do tego co umiała w dniu w którym ruszaliśmy. Nie, bo jeszcze bardzo dużo pozostało do nauki. 3,5 tys. kilometrów, które przejechała podczas tej wyprawy czy nawet 8 tys. km, które zrobiła do końca tego sezonu to niby dużo, ale wciąż zbyt mało. Dlatego już planujemy następne wyprawy, aby podczas nich zdobywać kolejne doświadczenia i umiejętności.

Kilka słów komentarza od Magdy: „Potwierdzam wszystko co wyżej napisane. Dziś mam przejechane ponad 8 tys. km i wspominając tę wyprawę, zastanawiam się, jakim cudem udało mi się objechać tą Rumunię? Bardzo jestem dumna z siebie, że dałam radę, że nie poddałam się w trudnych momentach. Duża tu zasługa mojego męża, który z wielką cierpliwością tłumaczył mi jak prawidłowo jeździć i z wielką troską chronił przed wszelkimi niebezpieczeństwami. Cały czas pilnował mnie, abym uwagę skupiała na technice i prawidłowym torze jazdy, a nie na prędkości, która jak mówi, sama przyjdzie z czasem. Dziękuję Marcinowi za tą wspaniałą lekcję i przygodę i z niecierpliwością czekam na kolejne, najlepiej jeszcze dłuższej!

CO ZABRALIŚMY NA WYPRAWĘ

Wyposażenie turystyczne:
· nawigację – my korzystaliśmy z nawigacji: Lark FreeBird 35AT z mapami IGO 8 (mapy świetne, urządzenie bez rewelacji ale daje radę)
· mapy tradycyjne
· namiot
· 2 śpiwory
· 2 karimaty
· palnik gazowy + 2 kartusze po 220 g każdy (spokojnie wystarczył jeden)
· komplet menażek + 2 kubki
· duży, wielozadaniowy scyzoryk
· dwie latarki (jedna czołówka) + zapasowe baterie
· trochę ubrań

Wyposażenie motocykli:
· apteczki
· kamizelki odblaskowe
· zestaw naprawczy do kołkowania opon
· gruba i mocna taśma klejącą
· komplet zapasowych żarówek
· kilka zapasowych bezpieczników
· taśma izolacyjna + kilka metrów przewodów elektrycznych
· ok. 2 m przeźroczystego wężyka gumowego
· trytytki – jedna paczka małych i jedna większych
· podstawowy zestaw kluczy
· dodatkowe klucze do odkręcenia tylnego i przedniego koła
· ładowarka USB do gniazdka zapalniczki (telefony ładowaliśmy podczas jazdy)
· 4 butelki po 250 mln każda oleju silnikowego (w naszym przypadku zupełnie niepotrzebnie, Suzanka spaliła na całej trasie 100 mln a V-Strom nic lub niemierzalnie)

Prowiant:
· 8 słoików (gołąbka, fasolki i klopsów) – świetna sprawa
· kawa i herbata
· parę zupek chińskich (straszne badziewie, już tego nie zbierzemy)
· chleb
· ok 2 liry wody