Kolejne już zderzenie Marca Marqueza i Valentino Rossiego ponownie rozpętało w świecie MotoGP prawdziwą burzę. Hiszpan broni swojej jazdy podczas Grand Prix Argentyny, podczas gdy Włoch kieruje w jego stronę bardzo ostre słowa.

„Zniszczył nasz sport. Boję się dzielić z nim tor” – mówił wczoraj wściekły zawodnik Yamahy, który po uderzeniu przez wyprzedzającego go Hiszpana wylądował na deskach.

„Popełniłem błąd, ale wynikał on z warunków panujących na torze – tłumaczył się obrońca tytułu. – Najechałem na mokrą plamę i musiałem odpuścić hamulec. Nie zrobiłem tego celowo. Nigdy w życiu nie uderzyłem w nikogo celowo na torze”.

Rossi poszedł jednak dalej, sugerując, że Hiszpan z premedytacją uderza w zawodników, próbując doprowadzić do ich wywrotki. Włoch najprawdopodobniej zapomniał, jak po słynnym zderzeniu z Sete Gibernau w ostatnim zakręcie Grand Prix Hiszpanii w 2005 roku tłumaczył później; „takie są wyścigi”.

Nie zmienia to jednak faktu, że Marquez w niedzielę zwyczajnie przesadził, najpierw uderzając w Aleixa Espargaro, a na finiszu w tym samym miejscu w Rossiego. 30-sekundowa kara była jak najbardziej zasłużona, a zdaniem niektórych zbyt łagodna. Niepotrzebne były także tłumaczenia Hiszpana, który całą sytuację powinien po prostu „wziąć na klatę”.

Rossi jednak też się nie popisał. Gdy zaraz po wyścigu Marquez udał się do jego garażu aby przeprosić za swój manewr, Włoch odwrócił się do Hiszpana plecami, a jego asystent Uccio przegonił obrońcę tytułu z boksu.

Po wszystkim „Doktor” tłumaczył, że Marquez zrobił to wszystko pod publikę. Znów zapomniał, jak w 2011 roku sam poszedł do garażu Caseya Stonera aby przeprosić go za ścięcie zbyt optymistycznym manewrem w pierwszym zakręcie. Asekuracyjnie nie zdjął wówczas nawet kasku. Australijczyk powiedział wtedy przy kamerach pamiętne słowa „twoja ambicja przerosła twój talent”.

Rossi nie krył wściekłości i trudno mu się dziwić, ale czy nie przesadził zarzucając Marquezowi działanie z premedytacją? - zdjęcia: motogp.com

Rossi nie krył wściekłości i trudno mu się dziwić, ale czy nie przesadził zarzucając Marquezowi działanie z premedytacją? – zdjęcia: motogp.com

Trudno oczekiwać od Rossiego, że po takim incydencie będzie próbował studzić emocje, ale słowa o celowym taranowaniu rywali były niepotrzebne, tak samo jak teoria spiskowa po Grand Prix Australii w 2015 roku, gdy Włoch sugerował, że Hiszpan celowo spowalniał wyścig. Tym bardziej, że kilka dni później to właśnie Rossi z premedytacją wywiózł szeroko Marqueza, doprowadzając do jego wywrotki i fundując sobie karę w postaci startu z końca stawki do kolejnego wyścigu, co kosztowało go mistrzowski tytuł.

Czy tak samo będzie tym razem? Czy rozsierdzony Marquez znów pójdzie po bandzie i zrobi wszystko, aby zajść Rossiemu za skórę tak samo, jak trzy lata temu w Malezji? Wydaje się, że nie ma takiej potrzeby, bo Hiszpan jest w tym roku od Włocha zwyczajnie szybszy i nie musi bawić się w psychologiczne gierki. Atmosfera w padoku znów nie będzie jednak taka sama, jak w czasach „wymuszonego” pokoju.

Przypomnijmy, że rywalazacja Rossiego i Marqueza zeszła na niewłaściwe tory właśnie w Argentynie, trzy lata temu. Marquez wylądował wtedy na deskach na przedostatnim kółku, po tym jak wjechał w tylne koło Yamahy z numerem 46. Kilka tygodni później Hiszpan wszedł Włochowi pod łokieć w ostatniej szykanie w Assen, ale ten sprytnie przejechał przez pobocze z otwartym gazem i wygrał wyścig.

Punktem kulminacyjnym była Malezja. Poirytowany zarzutami Rossiego z czwartkowej konferencji prasowej, Marquez w wyścigu robił wszystko, aby wybić go z rytmu. Skutecznie. Włoskiemu weteranowi zabrakło zimnej krwi; wywiózł rywala szeroko i z premedytacją w przedostatnim łuku, a ten wylądował na deskach. Rossi dostał karę, dziwnym trafem Marquez nie próbował następnie w Walencji atakować Lorenzo, który zgarnął tytuł.

Kurtuazyjny pokój wymusiła tragiczna śmierć Luisa Saloma podczas Grand Prix Katalonii w 2016 roku. Rossi i Marquez po wyścigu podali sobie ręce i od tego czasu przestali wymierzać sobie ciosy. Było to jednak tylko zagranie pod publiczkę. „Tak było łatwiej” – tłumaczył wczoraj Włoch.

Potwierdzeniem tego niech będzie niedzielne zachowanie Uccio, który bez żadnej wymiany zdań z Rossim przegonił Marqueza z boksu, mając pełną aprobatę szefa Yamahy, Lina Jarvisa. To chyba pokazuje najlepiej, jakimi uczuciami darzą się dwaj rywale i ich najbliższe otoczenie.

Uprzejmości na torze i poza nim znów odchodzą do lamusa, a dwie największe gwiazdy dają kiepski przykład zapatrzonym w nich zawodnikom młodego pokolenia.

W 2015 roku iskry posypały się grubo dopiero na samym finiszu sezonu. Tym razem dzieje się tak na samym jego początku, po zaledwie drugim wyścigu. Co czeka nas w kolejnych?

Czy Marquez niszczy sport? Absolutnie nie. Jego widowiskowa jazda tchnęła w ostatnich latach w MotoGP powiew świeżości. Wczoraj Hiszpan popełnił jednak błąd i zasłużył na karę. Głupi i niepotrzebny błąd, ale jednak nie działanie z premedytacją…