Wyprawa Motorismo Kraków – Jerozolima 2013: z przyczyn politycznych
MotoRmania
3 października 2013

Sławek na swojej Yamasze YBR 125 Custom postanowił wybrać się z Krakowa do Jerozolimy. Przeczytajcie pierwszą część jego przygód!

autor:
Sławomir Łuczak

Istnieje wiele sposobów na nie dotarcie do Izraela. Najprostszym z nich wydaje się być pozostanie w domu i podglądanie świata z perspektywy przytelewizorowego fotela w towarzystwie pilota, szklanki z piwem i nietrafionego kuponu totolotka spoglądającego ponuro z okrytej koronkową serwetą ławy.

Odrobinę ciekawszym wydaje się być próba zdobycia Ziemi Świętej na motocyklu niewielkiej pojemności via Cypr, co w czasach współczesnych wydaje się być – dyplomatycznie ujmując – „czynnością kłócącą się z realami politycznymi”. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że znacznie łatwiej było osiągnąć Zamorze rycerzom pierwszej, a nawet czwartej krucjaty, dla których wyspa Afrodyty była przystankiem w drodze do zdobycia chwały przy pomocy naostrzonych mieczy oraz chęci szybkiego i łatwego wzbogacenia się.

Kiedy decyzja o wyjeździe zostanie już podjęta, należy w miarę szybko wprowadzić ją w życie i nie ociągając się specjalnie udać się w kierunku wyspy miłości przez:
–  zmagającą się z euro Słowację
– węgierskie niziny
–  bezkres Serbii
–  zminiaturyzowanie Macedonii
–  grecki i zupełnie nieodczuwalny dla turysty kryzys.

Następnie trzeba z miną zdobywcy w starym stylu wjechać na teren znanej z surowych, niemalże okrutnych krajobrazów Turcji, gdzie wszystko jest autentycznie piękne i wspaniale, lud gościnny i życzliwy, choć piwo kosztuje fortunę, a cena litra benzyny wciąż powraca do mnie w koszmarach sennych.

Tu wszystko jest już proste, choć ruch uliczny w początkowej fazie przemieszczania się na taki nie wygląda. Ale przecież Saloniki zostały już zdobyte, a tam również jeżdżą umownie. Mimo wszystko, pierwsza metropolia na drodze do nie dotarcia do Izraela, Izmir, skutecznie weryfikuje posiadaną wiedzę na temat ruchu ulicznego.

Na tureckich drogach oprócz sprawnego klaksonu nie potrzebna jest znajomość przepisów – te zmieniają się tam z minuty na minutę, a wyprzedzający na dwudziestego, trąbiący na wszystko i wszystkich, kto wie, może i nawet na samego Allaha, osiąga swój cel zabierając się natychmiast do wyprzedzania na czterdziestego. I też mu się to udaje.

Strzelają potwornie „kominy” chińskich 125-ek zupełnie jakby był cruiserowymi litrami. Pokrzykują na siebie i ponad sobą tureccy kierowcy, łażą między pojazdami sprzedawcy obwarzanków, wody mineralnej, ubrań, butów, koszul, generalnie: sprzedawcy wszystkiego podchodzący niezwykle sumiennie do swojej pracy.

Jednak w tym chaosie – można to zobaczyć po kilku dniach jazdy – czai się porządek o niespotykanej skali. W tej ulicznej dowolności najgorzej mają pieszy. Mało kto zwraca na nich uwagę, nawet jeśli mają zielone. Szybko dostosowałem się do realiów i także ich omijałem w miejscach do tego nie przeznaczonych. Dosłownie: wyprzedzając samochody w korku niejednokrotnie korzystałem z chodników, gdzie trąbiłem wściekle na potulnie ustępujących mi miejsca pieszych. Nie, nie wymyśliłem tego sam, nie miałbym śmiałości. Tureccy motocykliści są doskonałymi nauczycielami.

Prawda jest taka: w Turcji jeździ się na wszystkim, a nawet jeśli wydaje się, że nie da się jeździć i tak się jeździ, bo lud turecki jazdę kocha i uwolnić się od niej nie może, ani nie chce.

Oczywiście, że mam na myśli jazdę motocicletami.

Jeżdżą tam starzy i młodzi, kobiety i mężczyźni, policjanci i złodzieje, osoby duchowne i świeckie, a nawet owce i kozy, co niejednokrotnie widziałem, dwa razy nawet zastanawiając się, kto w istocie kieruje pojazdem: zwierzę czy człowiek. Do tej pory zagadka pozostaje nierozstrzygnięta.

Pokonuje się tam kilometry nonszalancko i niejednokrotnie na wspak, przy czym nikomu to nie przeszkadza, a nawet jeśli, ten ktoś nosi gorycz po cichu na dnie swego serca i tęskni za krajem, gdzie ruch regulowany jest bardziej chłodno. Tureckie ulice sprawiają, że uczysz się jeździć na nowo, choć wydawało się, że jeździć już umiesz, co poświadczać może twoja obecność na obczyźnie.

Nic bardziej mylnego.

W Turcji znów jesteś świeżakiem pośród wyjadaczy, klaksonistów, krzykaczy, pośród milionów pojazdów w najróżniejszym stanie technicznym, nierzadko opłakanym. Mijasz to wszystko z radością, bo wiesz, że jedziesz nie dostać się do Izraela. Przez Fethyie, u stóp którego znaleźć można jeden z bardziej malowniczych zakątków w Turcji, plażę w Ölüdeniz, nad którą latają paralotnie, jednak żadna z nich nie oferowała przewozu motocykla do Izraela, choć chętnie bym z takiej usługi skorzystał.

Na campingach należy dużo pić. Można nawet odrobinę więcej niż się powinno, w końcu to tylko piwko Efez, pięć procent, siedem złotych (w przeliczeniu, cena sklepowa). Gorycz orzeźwia i pozwala zapomnieć, że jutro znów trzeba będzie zapłacić za benzyznę 8.30 za litr. Bryza od morza dostarcza wytchnienia, a szum kurorciku dziwnie nie przeszkadza, lecz wydaje się czymś naturalnym.

Dalej, dalej, bez pośpiechu, 60 km/h, czasem wolniej. Przez górskie serpentyny do Antalyi, turystycznej metropolii znanej doskonale w każdym rejonie Polski, którą najlepiej ominąć (tj. Antalyię, nie Polskę) przez niepakowanie się w jej wielkość i cenowe wyśrubowanie.

Tak, serpentyny. Mierzy się je tu w dziesiątkach kilometrów. Wymagające koncentracji. Wijące się pod najdziwniejszymi kątami wydawałoby się w nieskończoność. A wokół góry, choć czasami z boku błyska morze. Góry wielkie i majestatyczne. Okrutne i nie znoszące osób skłonnych do przesadnego ryzyka. Smagane wiatrem potrafiącym z niewielkim motocyklem wyczyniać prawdziwe cuda godne zupełnie innej opowieści. Okraszone malowniczymi restauracjami, gdzie za niewielkie pieniądze można zjeść więcej, niż jest się w stanie.

W jednej chwili mozolnie forsujesz szczyt, aby po chwili sfrunąć z niego ostrym spadem z nadzieją, że klocki hamulcowe nie odmówią posłuszeństwa, bo przecież za chwilę kolejny podjazd i jeszcze bardziej agresywny zjazd umajony zakrętowymi zawijasami w najpiękniejszym stylu. A to jest przecież esencja motocyklowania.

I tak przez Anamur ląduje się w Taşucu, niewielkim portowym miasteczku, skąd odpływa statek na Cypr północny. Ale zanim się zaokrętuję, muszę przejść Biurokratyczne Piekło nabierające w nocy – bo na godzinę 24 zaplanowane jest wypłynięcie – specyficznego znaczenia, którego umniejszyć się po prostu nie da: tak wielka jest jego skala.

Statek odbija ostatecznie o czwartej nad ranem, mimo iż piętnaście minut wcześniej zostałem cofnięty z pokładu na policję z powodu braku jeszcze jednej, arcyważnej pieczątki.

I wreszcie: Cypr. Wyspa Afrodyty, wyspa miłości zalewana przez dziewięć miesięcy w roku  żarem z maźniętego lazurem nieba zlewającego się z kolorem morza, które jest tu wyjątkowo przeźroczyste i nie ma najmniejszych kompleksów wobec uroków np. Morza Kreteńskiego.

Nauka lewostronnego ruchu na pierwszym rondzie przychodzi gładko. Kolejne round about to czysta przyjemność. Jest jakiś sens w tej odmienności. Jego skala prześladować mnie będzie, kiedy znów wszystko wróci do prawostronnego porządku.

Lewą jest chyba lepiej.

Governor’s Beach Camping. Namiot rozbity. Jest piątek. Późne popołudnie. Piwo mają tu – podobnie jak w Grecji – przeciętnej jakości. Wiele oferowała światu kultura helleńska, jednak piwowarzy muszą zwrócić się pomoc do Słowian. Jakimś cudem wynajduję w jednym ze sklepów bułgarską Zagorkę sprzedawaną w dwulitrowych plastikowych butelkach. Znam ten smak. Jest dobrze. Ale przecież nie przypłynąłem na Cypr pić bułgarskie piwo, tylko nie wydostać się stąd do Izraela. Nie po to jechałem tu blisko trzy tysiące kilometrów, żeby polegiwać na plaży i zajadać bycze jądra grillowane z chlebkiem pita, którymi częstują mnie Cypryjczycy z campingu. Mają mnie stąd nie wypuścić! I basta.

Po leniwym weekendzie poniedziałek witam z radością. Coś się w końcu wydarzy, coś niezapomnianego. Zupełnie jak w tym folderze reklamowym: Cypr, wyspa, której nie zapomnisz.

No to w drogę. Do Limassol. 26 kilometrów motorwayem. Strzał z bicza mógłby się tu wiele nauczyć. Lecę po bilet na statek do Izraela w krótkich spodenkach, bez koszulki i w klapkach, choć to nierozsądne. 51 stopni Celsjusza pomogło mi podjąć decyzję.

Niech się dzieje, co chce!

Kolejna część relacji z wyprawy Sławka już niebawem, a w niej dowiecie się, o co chodziło ze wspomnianym tutaj wiele razy nie-dojechaniem do Jerozolimy!

slawomirluczak.eu
sniadanie.riderblog.pl
Wyprawa na Facebooku 

Główny sponsor: Motorismo
Patronat medialny: Motormania
Wsparcie techniczne: Yamaha Ring Road Kraków
Główny partner: Klub Kulturalny, Kraków

MotoRmania
Redaktor naczelny

to lifestylowy magazyn o tematyce motocyklowej. Ekskluzywność tego tytułu podkreśla nie tylko doskonałej jakości papier, ale przede wszystkim wyjątkowe materiały. Masz sprawę ? Skontaktuj się:

Materiały premium

czytaj kolejne artykuły