Motocyklowe Pingwiny z Hiszpanii, czyli zimowe podróże czytelników
MotoRmania
28 stycznia 2013

Mróz, wiatr, śnieg i nieodśnieżone drogi, czyli po prostu Los Pinguinos!

tekst i foto: Żaneta i Jarek

„Los Pinguinos” (Pingwiny) to Międzynarodowy Zlot Motocyklowy w Puente Duero – Valladolid. Impreza trwa 4 dni od czwartku do niedzieli. Tegoroczna 32-ga edycja przypadła na dni 10-13 stycznia. Wiele atrakcji przygotowanych przez organizatorów umila czas na Campingu. W centrum na dużej scenie odbywają się koncerty. Całonocne dyskoteki w dużych, ogrzewanych namiotach z napojami wyskokowymi, bary z ciepłymi posiłkami (od 3 do 10 Euro) a także straganiki z gadżetami, odzieżą motocyklową i nie tylko.

Żaneta i Jarek mieszkają w Hiszpanii już dłuższy czas. Od kilku lat należą do klubu motocyklowego „Polscy Motocykliści w Hiszpanii”. Co roku starają się spotkać jak największą grupą na „Los Pinguinos”. Tak było i tego roku.

W piątek po pracy spakowaliśmy naszą Hondę CBF600 i ruszyliśmy w drogę. Pogoda nam dopisała, więc 250km pokonaliśmy bez większych problemów. Około 19-stej dotarliśmy na miejsce. Przed wejściem głównym tłok. Motor przy motorze, nie było gdzie zaparkować naszej „EFKI”, a przecież trzeba kupić wejściówki – cena 25 euro. W karnecie jak zawsze śniadanie w sobotę i niedzielę, kolacja w sobotę, ciepłe napoje… Dodatkowo plecaczek pełen gadżetów.

Z identyfikatorami wjechaliśmy na teren Campingu. Znając mniej więcej miejsce, gdzie są nasi znajomi, którzy przyjechali w czwartek, udajemy się do celu. Z daleka już widać biało-czerwone flagi. Koledzy zatroszczyli się o zabezpieczenie terenu i drewno, a właściwie to pnie drzew na ognisko.  Po przywitaniu się ze wszystkimi, trzeba szybko rozstawić namiot, bo robi się już ciemno. Motor rozpakowany,  przykryty folią na wypadek deszczu czy śniegu. Materace, ciepłe śpiwory i ciepłe ubrania  w namiocie.

Teraz czas na zabawę. Dookoła  tłumy ludzi bawiących się przy ogniskach. Ze sceny słychać muzykę. O 24.00 toast noworoczny dla motocyklistów więc koło 23.30 idziemy odebrać okolicznościowe kielichy i szampana. Północ wybiła. Wszyscy składają sobie życzenia, a na niebie pojawiają się fajerwerki. Zabawa trwa do rana, ale odpocząć też trzeba, więc czas na sen.

Po krótkiej drzemce śniadanko. Bułka, dżemik, jakiś owoc i kawa. Po posiłku tysiące motorów ustawia się pod bramą główną. To przejazd z flagami do oddalonego o 15km Valladolid. Tam właśnie obywa się też show stunt i freestyle. Tego roku to „Ultimate Burning” z Francji i Ricardo Domingo „Arrepiado Team” z Portugali. Niestety pogoda się psuje i zaczyna padać deszcz, więc nie jedziemy. Mimo to wybraliśmy się do Puente Duero, gdzie również odbywa się część imprezy. W centrum ustawiona jest wielka rzeźba tegorocznego zlotu, która zostanie spalona o północy. Na uliczkach gwar. Zewsząd słychać ryk silników. Motory zaparkowane są wszędzie, gdzie tylko jest kawałek wolnego miejsca.

Po małych zakupach i uwiecznieniu wszystkiego aparatem, wracamy do obozowiska. Grzejemy się przy ognisku pijąc gorącą kawę i inne napoje rozgrzewające z naszymi klubowiczami. Na campingu ekipy telewizyjne chodzą pośród namiotów, wyłapując co ciekawszych ludzi, dziwne i tuningowane motocykle…. I nasza grupa została wyróżniona! Udzieliliśmy krótkiego wywiadu. O 19-stej zaczyna się wydawanie kolacji, więc każdy spieszy, bo głód doskwiera. Cała nasza grupka również. Jedzonko jak zawsze: gorąca zupa w okolicznościowej, glinianej miseczce, bułka, coś słodkiego i wino. Po posiłku znowu zabawa. Na scenie głównej „Cyrk Rock & Roll”, „Mojados” i oczywiście nie może zabraknąć striptizu. W dyskotekach też nie przestają grać. Jest w czym wybierać. Około 23.00 wybieramy się ponownie do miasteczka, obejrzeć paradę motocykli z pochodniami na cześć zmarłych motocyklistów. Po obu stronach ulicy tłumy ludzi z aparatami i kamerami. Każdy chce zobaczyć jak najwięcej. Po przejeździe  uroczyste podpalanie rzeźby. W tym roku rozpoczyna się piromuzycznym show. Wszyscy klaszczą i dobrze się bawią. Rzeźba płonie, bucha ognień i kłęby dymu.  Po pokazie rozgrzewamy się gorącą czekoladą i churrosami (koszt 5 Euro).

Wracamy na Camping. Tam zabawa trwa. Niektóre kluby posiadają nawet własne dyskoteki, ozdobne oświetlenie przyciąga wzrok. Pospacerowaliśmy po polu namiotowym, fotki zrobione. Jest już bardzo późno. Trzeba się przespać bo rano czeka nas ciężki dzień.

Niedziela rano – śniadanie. Wszyscy dookoła pakują się szybko bo o 11.00 rozpoczyna się wielka gala na scenie głównej. Goście specjalni „Złote pingwiny” i „Honorowe pingwiny”. W tym roku statuetki odbierali: Pol Espargaró, Sito Pons i komentator MotoGP Marco Rocha z „Mediaset Espana” (Złote pingwiny) oraz Aleix Espargaró, „Elefantentreffen” z Niemiec i Antonio Maeso (zwycięzca we wszystkich krajowych kategoriach (50 cc, 80 cc, 125 cc, w Superbike Championship Regionalnego, Yamaha R1 Mistrzostwa Hiszpanii oraz uczestniczył w wyścigach na wypie Man). W latach poprzednich zaszczycili nas swoją obecnością m.in. Nico Terol, Marc Marquez, Toni Elias, Jorge Lorenzo, Giacomo Agostini, Dorna Sports SL., czy nawet Valentino Rossi. Po odebraniu nagród, wywiadach i pamiątkowych zdjęciach, czas na nagrody dla uczestników zlotu np. za największą przebytą odległość, dla najstarszego uczestnika, za największą liczbę klubowiczów na zlocie i inne. Następnie rozpoczyna się losowanie nagród rzeczowych t.j kaski, kurtki i inne gadżety. Największą gratką jest nagroda główna HONDA NC700S. Każdy mocno ściska kupon ze swoim numerem i wierzy, że to właśnie on wygra. Niestety to nie nasz dzień. Motor trafia do Cadiz – szczęściarze. Taka mała ciekawostka; w 2009 roku motor wygrał nasz klubowy kolega!

W 32. Międzynarodowym Zlocie „Los Pinguinos” wzięły udział 25 964 osoby!

Tegoroczny zlot zakończony, więc czas na powrót do domu. Wyjechaliśmy około 14.00, jedziemy motor za motorem. Pod bramą główną organizatorzy życzą nam spokojnej i szczęśliwej podróży. Na autostradzie jedzie się już spokojniej i bezpieczniej. Nasza radość nie trwała długo. Z daleka widać już czarne chmury. My niestety jedziemy w tamtym kierunku. W Leon zaczął padać deszcz, który potem przekształcił się w śnieg. Problem w tym, że aby dojechać do domu musimy pokonać góry. Czym bliżej do domu tym warunki coraz gorsze. Drogi białe, nie odśnieżone, 10-20km/h powoli do przodu. Najważniejsze żeby bezpiecznie!

Tuż przed podjazdem na Puerto de Pajares (1378m), humor popsuł nam się na dobre. Droga zamknięta! Policja kieruje nas na autostradę oddaloną o 55km. Podobno warunki tam są lepsze. Zawracamy. Śnieg sypie coraz mocniej. Po kilkunastu kilometrach musimy pokonać wzniesienie. Jest już po 19-stej. Ciemno, zimno.  Na drodze około 5cm śniegu. Nagle uślizg tylnego koła i leżymy. Nic się nie stało. W pojedynkę lepiej utrzymać równowagę więc mój plecaczek postanowił pokonać górkę na piechotę. Jakaż była nasza radość, gdy z naprzeciwka nadjechał pług. Ze względu na to, że byliśmy jedynymi użytkownikami drogi, dalszą część wzniesienia pokonałem lewą stroną zbierając po drodze mój plecaczek wyglądający jak prawdziwy pingwin. Do celu zostały 4 km. Powolutku dotarliśmy do bramek opłat.  Autostrada również prowadzi przez teren górzysty, ale przynajmniej jest odśnieżona i posypana żwirkiem. Jedzie się o wiele lepiej. Wjeżdżając na Asturię, warunki troszkę się pogorszyły, ale z kilometra na kilometr śnieg zanika, ale za to pada rzęsisty deszcz. Po 7-godzinnej podróży i po pokonaniu w tym czasie zaledwie 250km, dotarliśmy do domu. Przemoczeni, zmarznięci, zmęczeni, ale szczęśliwi i cali.

„Los pinguinos 2013” zaliczone. Za rok napewno nas tam nie zabraknie!

MotoRmania
Redaktor naczelny

to lifestylowy magazyn o tematyce motocyklowej. Ekskluzywność tego tytułu podkreśla nie tylko doskonałej jakości papier, ale przede wszystkim wyjątkowe materiały. Masz sprawę ? Skontaktuj się:

Materiały premium

czytaj kolejne artykuły