Motocyklem do Czarnobyla
MotoRmania
21 listopada 2012

Czarnobyl, Prypeć – słowa wywołujące ciekawość, adrenalinę i chęć poznania. Dla nas te miejsca wywołują jeszcze jedno skojarzenie kluczowe, miejsca, o których świat chciał zapomnieć i wymazać z kart historii.

Tekst i zdjęcia: Filip Mastalerz

Temat katastrofy elektrowni atomowej w Czarnobylu zawsze ciekawił mnie niesamowicie nie tylko dlatego iż to wydarzenie miało miejsce w roku, w którym się urodziłem, ale też ze względu na dużą ilość nie do końca wyjaśnionych zagadek związanych z rejonem Czarnobyla.
Elektrownia była podobno budowana na potrzeby dużo większego przedsięwzięcia wojskowego dawnego ZSRR. Cały obszar zamkniętej zony jest usiany tajemniczymi stanowiskami badań, punktami pomiarowymi, schronami, nieznaną opinii publicznej technologią skanowania przestrzeni powietrznej (anteny dalekiego zasięgu tzw. Oko Moskwy). Wiedzę na temat tajemnic historii zostawię bardziej wnikliwym, teraz skupmy się na naszym planie.
Do Czarnobyla wybraliśmy się dwa razy, w Maju 2011 roku i w Maju 2012 roku. Pierwsza próba zakończyła się niepowodzeniem, nie udało nam się wjechać do zamkniętej Zony Czarnobyla. Na teren zamknięty trudno dostać się własnym pojazdem bez odpowiedniego zaplecza finansowego (koszt wjazdu własnym autem około 500$ + 250$ za osobę), podobno wjazd 3 motocyklami na raz jest niewykonalny – tak wynika z informacji, jakie zgromadziliśmy od różnych źródeł ukraińskich i polskich.
W 2011 nasz trip wyniósł około 2000 km i trwał 4 dni. Pogoda nam zupełnie nie dopisała, przez 4 dni non stop padał ulewny deszcz temperatura dochodziła do 5 oC. Ciągłe opady, uniemożliwiały skupienie się na manewrowaniu pomiędzy niekiedy wielkimi ustępami w asfalcie, co silnie odczuł nasz kolega z Hondy BlackBird kiedy to zaczął gubić spinki od „plastików” na kolejnych dziurach. Przemoknięte non stop ubrania, wolne nabijanie kilometrów, niepowodzenie z wjazdem na teren zony bardzo przyczyniło się do mobilizacji i skrupulatniejszego zaplanowania następnej wizyty w ukraińskim raju poszukiwaczy opuszczonych miejsc. Postawiliśmy sobie za cel iż w 2012 musimy wjechać do Czarnobyla, czy to na motocyklach, czy to w jakikolwiek inny sposób. Termin wyjazdu ustaliliśmy na długi weekend majowy, a ja zacząłem szukać informacji na temat możliwości wjazdu do zamkniętej strefy. Jedyną możliwością, jaką udało mi się znaleźć, był wjazd do Zony z zorganizowaną wycieczką, niestety – autokarem. Chociaż wjazd innym pojazdem niż motocyklem na ten tajemniczy obszar ukraińskiej ziemi nie był naszym szczytem marzeń lecz nie mogliśmy pozostać bierni w stosunku do „policzka” jaki wymierzyła nam pogoda i niepowodzenie w poprzednim roku- musieliśmy zaakceptować ten wariant.
Wystartowaliśmy z Warszawy przez Lublin, Chełm, Kovel, Rivne, Zhytomyr, Kiev, Prypyat, Czarnobyl, Bila Tserkva, Uman, Odesa. Nasza czarnobylska przygoda rozpoczęła się w Kijowie, do którego dojechaliśmy w czwartkowe popołudnie. Zameldowaliśmy się w hostelu rodem z dawnych lat świetności Związku Radzieckiego. Podróż do zamkniętej strefy rozpoczęliśmy o 10:30 nazajutrz, napawała ona wielkim uczuciem podniecenia, ciekawości i w kółko nasuwającym się myślą, że „w końcu zobaczę to miejsce na własne oczy”. Strefa zamknięta jest w kształcie koła, w którego centrum znajduje się elektrownia atomowa, o promieniu 30 km. Obszar ten jest pilnie strzeżony przez służby ukraińskie, wtargnięcie bez zgody władz grozi sankcjami karnymi w postaci pozbawienia wolności. Docierając do miasta widmo Prypyat, przechodzimy przez dwie kontrole promieniowania jonizującego, a wygląda to iż trzeba stanąć w metalowej bramce o wysokości około 2 metrów, przyłożyć ręce i nogi w odpowiednie miejsca i oczekiwać na diodę wskazującą dwie możliwości „Iść” lub „Stop”. Miasto Prypyat robi niesamowite wrażenie, przedmioty gospodarstw domowych są w wielu domostwach na swoim miejscu nieruszone, zabawki dziecięce porozrzucane jakby dopiero co bawiły się nimi dzieci. Sama budowla reaktora nr 4, w którym doszło do awarii, zmusza do refleksji iż nie odpowiednie narzędzia w ludzkich rękach mogą w jednej chwili pozbawić wiele tysięcy ludzi życia. Kolejnym zjawiskowym miejscem są reaktory 5 i 6, które były w trakcie budowy, kiedy doszło do awarii, wszystkie maszyny budowlane, żurawie budowlane, zastygły w jednym momencie, na pierwszy „rzut oka” wyglądają jakby ta budowa dalej trwała, a później dopiero do nas dochodzi iż te wszystkie maszyny stoją w tej samej pozycji, nieruszone od przeszło 26 lat!
Celem tej wyprawy był Czarnobyl, a następnie po odznaczeniu tego miejsca w swoim atlasie podróży motocyklowych mieliśmy powrócić bez pośrednio do Warszawy. Lecz niesmak iż nie udało nam się wjechać na motocyklach do zamkniętej strefy Czarnobyla, wywołał chęć „dorzucenia” adrenaliny do tego planu. Postanowiliśmy wykonać dość ekstremalny plan dotarcia do Odessy. Przypomnę iż byliśmy bardzo ograniczeni czasowo, wystartowaliśmy w środę wieczorem 2.05, a w poniedziałek 7.05 musieliśmy być na stanowiskach pracy. Do Czarnobyla wjechaliśmy o 10:30 w piątek 4.05, do hostelu gdzie stały motocykle powróciliśmy około godziny 16:30, zjedliśmy obiad i wyruszyliśmy w stronę Odessy. Trasę 500 km (Kiev-Odessa) podzieliliśmy na ¾ odległości do pokonania w piątek i ¼ w sobotę z samego rana. W drodze do Odessy na noc ugościła nas Ukraińska rodzina, żyjąca bardzo skromnie, niesamowicie sympatyczna i gościnna. Na kolację zjedliśmy bardzo charakterystyczne danie dla mieszkańców Ukrainy tj. ziemniaki z dużą ilością pieprzu, opiekane z mnóstwem cebuli. Do Odessy dojechaliśmy około 11:00 w sobotę 5.05, znaleźliśmy hotel na samym brzegu Morza Czarnego. I postanowiliśmy iż sobota minie nam pod znakiem relaksu w wodzie i testowaniu wszystkich możliwych rodzajów tutejszych browarów. Niedzielę 6.05 zaczęliśmy o 5:30 na śniadaniu na tarasie nad samym brzegiem Morza Czarnego. Myśl iż dziś musimy pokonać przeszło 1200 km wzbudzała w nas konsternację.
Godzina 6:20 w pełnym rynsztunku odpalamy maszyny, żegnamy się z życzliwą właścicielką hotelu, która specjalnie dla nas wstała o 5:00 i przygotowała dla nas śniadanie (śniadania startowały od 8:00) o 8:00 jesteśmy już jakieś 150 km od Odesy. Tutejsze nowo wybudowane drogi przed Euro 2012 bardzo kuszą do odkręcania manetki, a Panowie Milicjanci bardzo ochoczo nam machali w oczekiwaniu iż złapią trochę „złotych talarów”. Przez ukraińskie drogi mieliśmy około 10 prób zatrzymania nas przez radosnych Milicjantów, ale jak nam podpowiedział Pan w jednym ze sklepów spożywczego „Panowie, oni mają Łady z lat 80’, która przy dobrym wietrze rozpędzi się do 90 km/h i zajmie jej to tyle czasu, że Wasze sprzęty przejadą już 50 km” wzięliśmy sobie tę poradę bardzo do serca i owe „złote talary” woleliśmy zostawić w swojej kieszeni.

Droga od Odessy była istnie idealna, pogoda była wręcz jak na zamówienie, piękne słońce, temperatura około 20 oC. Gdy około 16:00 przekraczaliśmy granicę ukraińsko-polską nie mogliśmy uwierzyć, że do domu został nam jedynie odcinek 200 km. O godzinie 19:00 dojechaliśmy do domów, zejście z motocykla i rozprostowanie nóg nie było przyjemną czynnością, a ilość owadów na kasku i ubraniach była chyba równa ilości przejechanych w tamtym dniu kilometrów.

Koszty związane z wyjazdem:
4000 km /paliwo około 900 zł, wyżywienie około 300 zł (koszt zmienny uzależniony indywidualnie od pojemności uczestnika:), przepustka do Zony 400 zł, noclegi 350 zł

MotoRmania
Redaktor naczelny

to lifestylowy magazyn o tematyce motocyklowej. Ekskluzywność tego tytułu podkreśla nie tylko doskonałej jakości papier, ale przede wszystkim wyjątkowe materiały. Masz sprawę ? Skontaktuj się:

Materiały premium

czytaj kolejne artykuły