Krym 2013 na sportach – motocyklowa turystyka na Ukrainie!
MotoRmania
22 października 2013

Polskie Pendolino pojechało na Krym.

Tytuł nie jest przypadkowy. Dnia 15 sierpnia 2013 postanowiliśmy pojechać z Częstochowy na Krym do miasta Sewastopol. Dystans w jedną stronę to 1900 km, a czas przejazdu 2 dni. W sumie do przejechania mieliśmy 4500 km. Dlaczego Pendolino? W końcu stanowiliśmy zestaw szybkich motocykli!

Po zeszłorocznym wyjeździe na Lazurowe Wybrzeże postanowiliśmy odwiedzić rejony nieco mniej popularne wśród motocyklistów. Wybór padł na ponoć bogaty w wiele atrakcji turystycznych ukraiński Krym.

Skład ekipy i motocykli nie był przypadkowy. Sześć osób na sześciu motocyklach typowo sportowych, kochających tak samo dalekie wypady jak i jazdę na torze.
– Dycha na Aprilia RSV 1000RR Factory
– Rossi na Yamaha YZF R1
– Jajko na Honda Fireblade 954
– Jarek na Suzuki Hayabusa
– Rafał na Suzuki GSX-R 1000
– Arek vel Lis na Honda VFR

Daliśmy się już w poprzednich latach poznać na łamach MotoRmanii jako stuknięta ekipa jeżdżąca na supersportach na dalsze wyprawy, m.in.:
– Francja 2012 – przejechane 4000km
– Rumunia 2011 – przejechane 3000km
– Węgry 2010 – przejechane 1500km
– Norwegia (Nordkapp) 2007 – przejechane 8500km

Ukrainę i wschód Europy znaliśmy bardzo słabo, wręcz wcale, bo większość z nas wywodzi się z pokolenia coca-coli, a język rosyjski kojarzymy co najwyżej z bajki „Wilk i Zając”. W związku z tym, naszą podróż planowaliśmy na podstawie internetowych publikacji i zasłyszanych opinii osób, które były na Wschodzie po 90 roku. Jak nie trudno się domyślić, większość relacji to opowieści o tragicznym stanie dróg, fatalnym paliwie i znikających z parkingu motocyklach.

Pierwszego dnia ruszając z Częstochowy, zrobiliśmy 1200km (Polish Expres).

Jadąc przez Kraków, Tarnów, Rzeszów, Lwów, Riwne, Zhytomyr, Kijów dojechaliśmy o 22.00 do miejscowości Uman. O której wyjechaliśmy żeby przejechać taki dystans i być na 22:00, nie będę wspominał. Jeszcze w Polsce po prostu zrobiliśmy ściepę na 100 dolarów jako suweniry w razie spotkań z kolegami w mundurach policyjnych. Bardzo uprzejma ukraińska policja o nazwie DAI – tyko proszę bez żadnych skojarzeń;-) – nic nie kazała nam dawać i nie ukarała nas żadnym mandatem.

Pierwsza i w zasadzie jedyna nieoczekiwana przygoda spotkała nas już po 200 kilometrach jazdy. Okazało się, że motocykle jadące z prędkością, której nie powstydziłby się Pejser na torze Poznań, spalają znacznie więcej niż statystyczna średnia Kowalskiego. W ten sposób w Hondzie Kuby brakło paliwa jeszcze przed Tarnowem. Ten niepotrzebny pośpiech kosztował nas 1,5h kombinacji z dowozem paliwa.

Podczas tego pierwszego dnia towarzyszyła nam piękna pogoda i gdyby nie fakt, że zabrakło paliwa na autostradzie koło Tarnowa naszej Hondzie Fireblade 954, to można by powiedzieć, że wszystkie pitstopy były dobrze zaplanowane i szybko realizowane. Gdy zorientowaliśmy się, że jednego z nas nie ma – domyśliliśmy się, że Jajkowi zabrakło benzyny. Zatrzymaliśmy się na stacji, zwerbowaliśmy taksówkarza który swoim Volvem podwiózł wachę do Fireblade i było po sprawie. Wzięliśmy taksiarza, bo po pierwsze był pod ręką, po drugie nie mieliśmy tej wiedzy co on o zjazdach na nowym kawałku autostrady pod Tarnowem.

Przejście graniczne zaliczyliśmy w Korczowej, gdzie odprawa okazała się sprawna i bezproblemowa. Już pierwsze kilometry pokonane na terenie Ukrainy zwiastowały, że opowieści o fatalnych drogach na Ukrainie nie są aktualne. Nasi sąsiedzi najwidoczniej wzorowo przygotowali się do zeszłorocznego Euro. Świetny asfalt, równy i dopracowany niczym bokobrody Pejsera (się uczepili… – przyp. red.), dobre oznakowanie i darmowe autostrady aż do Kijowa pozwoliły nam przejechać 1200 km pierwszego dnia bez większego wysiłku. Zdecydowanie widoczna była również życzliwość kierowców, którzy chętnie i bez ociągania się ustępowali nam drogi.

Pierwszy nocleg w mieście Uman w hoteliku o nazwie Forteca z parkingiem strzeżonym i śniadaniem kosztował nas jedyne 60 złotych od łba. Super warunki, czysto, bezpiecznie, w każdym pokoju łazienka i bezpłatne WiFi. Oczywiście można było płacić gotówką lub kartą. Piszemy o tym specjalnie, bo straszono nas, że na Ukrainie nie będzie łatwo z korzystaniem z ‘plastikowego pieniądza’.

Drugiego dnia ruszyliśmy po śniadaniu i jadąc przez Mykalaiv, Kherson, Simferopol dojechaliśmy do Sevastopolu. Rozgrzani po pierwszym dniu i mało zmęczeni pokonaliśmy kolejne 800km.

Kwaterę typowo przeznaczoną na wynajmowanie turystom załatwiliśmy jeszcze w Polsce. Koszt za noc od osoby to 40 zł. W pokoju TV, lodówka, łazienka.

Ponieważ jesteśmy zgraną ekipą i lubimy ułatwiać sobie życie, postanowiliśmy założyć wspólny budżet. Jeden z nas, a konkretnie Dycha zebrał od każdego ‘haracz’ i trzymał kasę. Pozwoliło nam to szybko i bezproblemowo regulować wszystkie rachunki, robić codzienne zakupy i płacić za wszelkiej maści bilety. To bardzo dobre rozwiązanie, które bez wahania polecamy.

Morze czarne nad którym wypoczywaliśmy jest czyste i ciepłe. Większość plaż jest kamienista choć nam udało się także znaleźć piaszczyste.  Z naszej kwatery aby dostać się na plaże trzeba było zejść z klifu skalnego. Czas zejścia po schodach około 15-20 minut. Gorzej z wejściem na koniec dnia po kilku piwach. Świetny trening kondycyjny, co by nie mówić.

Podczas naszego pobytu miał miejsce 18 BIKE SHOW – największy zlot motocyklowy. Ten zlot zaszczyciło swoją obecnością 30 tysięcy ludzi!! Grały takie kapele jak The Rasmus, UDO, Semantic Halucynacje, Grigorij Leps, Aria, Cruise, 7B, Secret Service, E-type. Zlot organizowali rosyjscy motocykliści, a kulminacyjnym punktem był wyjazd wszystkich Rosjan kolumną do Stalingradu (obecnie Wołgograd). Warto wspomnieć, że ten zlot odwiedził Prezydent Rosji, Putin!

Sewastopol, w którym mieszkaliśmy, był naszą bazą wypadową przez 8 dni.

Krym nazywany jest „światem w miniaturze”, dlatego też posiada tak wiele wyjątkowych i różnorodnych atrakcji.

Podróż na Krym, półwysep w basenie Morza Czarnego należący do Ukrainy (ma własną konstytucję i parlament!), była naszym marzeniem. Dodatkową pokusą była chęć odwiedzenia miejsca jeszcze kilkanaście lat temu dostępnego jedynie dla zasłużonych dygnitarzy komunistycznej partii. Odpoczywali tu w pałacach wzniesionych w czasach carskich. Stąd, w 1991 r., ze swej letniej rezydencji, Michaił Gorbaczow pojechał podpisać dokument potwierdzający rozpad Związku Radzieckiego. Wcześniej – w 1945 r. – w pałacu w Liwadii na skraju Jałty, „wielka trójka” podzieliła Europę i zadecydowała o kształcie granic Polski.

Krym nazywany jest „światem w miniaturze” – morze łączy się tu z górami, jaskiniami, stepem, kanionami i wodospadami. Łączna długość plaż wynosi około 1000 km. Na wybrzeżu wschodnim i zachodnim panuje klimat śródziemnomorski, w głębi lądu – subtropikalny. Krym to również „muzeum pod gołym niebem” – wszędzie widać tu ślady dawnych cywilizacji: ruiny starożytnych miast greckich Pantikaepei (obecnie Kercz) i Chersones (w Sewastopolu), bizantyjskie fortece w Ałuszcie i Gurzufie, klasztory wykute w skale. Bakczysaraj, Stary Krym, Dżankoi – to zabytki z epoki panowania dynastii tureckich, Czufut Kale to spadek po Karaimach. Nadal na każdym kroku widoczna jest wielokulturowość, choć najwięcej jest tu Rosjan. Dlatego wszędzie można się dogadać w języku rosyjskim (po angielsku tylko w hotelach i dużych kurortach).

Obejrzyjcie video z całego wypadu:

Co warto i udało nam się zobaczyć na Krymie:

Jaskółcze gniazdo – niebezpieczne gniazdo rozkoszy

Przybytek rozkoszy usytuowany na skarpie nawiedzanej trzęsieniami ziemi. Trzeba mieć nie lada fantazję, by właśnie tam uwić miłosne gniazdko.

Pierwszą willę na klifie Aurory pobudowano w 1895 roku. Drewniany dom został zaprojektowany dla rosyjskiego generała, który uczynił z niego swój dom schadzek. W 1911 roku willa została odkupiona przez barona von Steingela, który w Baku zrobił majątek na ropie. Kazał on przebudować posesję według wzorów neogotyckich. Na pionowym klifie wyrósł zameczek wprost z legend o Rycerzach Okrągłego Stołu. Zamek Miłości nie pozostał zbyt długo w rękach naftowego barona. Już w 1914 roku przeszedł w posiadanie rosyjskiego kupca, który postanowił uczynić z niego miejsce komercyjne. Zmienił niezbyt chlubną nazwę z „Zamku Miłości” na Jaskółcze Gniazdo i otworzył tam restaurację. W 1927 roku Jałtę nawiedziło silne trzęsienie ziemi o mocy około 7 stopni w skali Richtera. Klif Aurory został poważnie uszkodzony, ale sam budynek ocalał, tracąc jedynie smukłe sterczyny wieżyczek. Z powodu uszkodzeń spowodowanych trzęsieniem ziemi, przez ponad 40 lat Jaskółcze Gniazdo było zamknięte dla turystów. Skałę Aj – Todor i jej największy skarb można było podziwiać jedynie ze statków pływających po Morzu Czarnym. Kilkuletnie prace renowacyjne doprowadziły do ponownego otwarcia romantycznego zamku. Obecnie w Jaskółczym Gnieździe znajduje się włoska restauracja, a turyści z całego świata podziwiają oszałamiający widok rozciągający się ze szczytu klifu Aurory.

Aj-Petri

Pionowa, postrzępiona, szczerząca zęby krawędzi wapienna ściana Góry Świętego Piotra (Aj-Petri po grecku) wznosi się nad południowym wybrzeżem Krymu.

To może nie najwyższa, ale robiąca największe wrażenie zewnętrzna krawędź Gór Krymskich. Od strony Morza Czarnego to nawet kilometrowej wysokości (jak w przypadku Aj-Petri) urwiska lub gigantyczne amfiteatry – szerokie, opadające ku morzu doliny. I tak na długości 80 km. Skały to jurajskie wapienie leżące na znacznie starszych łupkach i piaskowcach.

Aj-Petri, choć nie jest najwyższym szczytem Krymu, to jednak tysiącmetrowa wapienna ściana, zwieńczona ostrymi trzema skalnymi kłami. Owe zęby wprost nazywają się Zębiskami. Zachodni, najłagodniejszy, jest dostępny dla turystów, którzy wędrują tam setkami, by podziwiać panoramę południowego wybrzeża Krymu. Wschodni, bardzo stromy, wieńczy czerwona flaga. Co roku jest zmieniana na nową przez odważnych alpinistów. Równie niezdobyty jest środkowy. Na nim z kolei stoi… krzyż. Za jego postawienie zapłacili włoscy filmowcy, którzy kręcili tu film, a Aj-Petri grało Alpy. Wyjeżdżając nie zapłacili za zdjęcie krzyża, wiec stoi do dziś.

Na szczyt Aj-Petri wiedzie kolejka linowa o różnicy wysokości 833 m pomiędzy dolną a górną stacją. Jazda nią należy do ekstremalnych przeżyć, gdy skrzypiący wagonik niebezpiecznie zbliża się do skał, jakby miał się za chwile o nie rozbić, po czym sunie niemal pionowo w górę.

Nieliczne drzewa na szczycie są obwiązane tasiemkami, a zwykle kawałkami plastikowej folii. To przeniesiony z Syberii zwyczaj obłaskawiania duchów. Każdy zawiązuje na gałęzi jakiś węzełek, albo rzuca obok choć kopiejkę, w tym samym celu.

A poniżej rozciąga się łagodna jajła, porośnięty trawą, krzakami, z rzadka lasem płaskowyż. To klasyczna budowa krymskich gór; strome stoki, najwyżej wzniesiona krawędź, a dalej łagodnie pofałdowany płaskowyż. Ta jajła jeszcze przed wojną była pełna owiec i kóz pasionych przez tatarskich pasterzy. Dziś zwierzęta powoli wracają na jajły, ale na Aj-Petri ich nie ma. Rosną tam m. in. płożące jałowce, uważane przez miejscowych za lecznicze. Ponoć nawet umierający, gdy się położy wieczorem na takim krzewie, rano wstanie pełnym sił. Rzeczywiście, gdy się położy na jałowcu, czuje się bardzo przyjemny, dodający sił zapach. Prawdopodobnie rankiem rzeczywiście wstałoby się jak nowo narodzonym. Ale dziś lepiej się nie kłaść; to park narodowy, a strażnicy są bezwzględni; za samo zboczenie z trasy wlepia mandat, a co mówić za niszczenie przyrody…

Górski las na Aj-Petri jest upiorny. Pień czterystuletniego klonu przypomina wykrzywioną w straszliwym grymasie ludzką twarz. Inne drzewa (głównie buki) są nie mniej powykrzywiane i poobrastane brodami porostów. Krajobraz jak z Władcy Pierścieni… Na Aj-Petri rośnie najstarsze drzewo Europy, ponad tysiącletni cis. W lasach kryją się jelenie, lisy i dziki. Na niedostępnych skałach gniazda wiją sokoły i sępy kasztanowate.

Obok stacji kolejki linowej na wysokości 1176 metrów – miejsce do obdzierania turystów ze skóry. Kilka uliczek restauracji tatarskich. Karmią tam równie smacznie co drogo. Do szaszłyka czy czebureków podają wspaniałe wina, że najlepsze francuskie czy włoskie mogą się schować. A do tego za kilkanaście hrywien możliwość sfotografowania się z sokołem, wielbłądem, a nawet czarną panterą czy jaguarem. Oczywiście młodym.

W dół wiedzie droga, zaprojektowana przez jakiegoś geniusza inżynierii. Jazda nią dostarcza jeszcze większych wrażeń niż jazda kolejką. Zakręty o 180 stopni zwane językami teściowejto rzecz normalna. Z jednej strony pionowa skała, z drugiej – przepaść. Jeszcze kilkanaście lat temu było to ulubione miejsce radzieckich i postradzieckich reketów – okrutnych przestępców, przy których chowają się wszelkie mafie. Zapłacisz, może przeżyjesz. Nie zapłacisz – lecisz w przepaść…

Na tym jednym z najwyższych szczytów Gór Krymskich (1234 m n.p.m.) ciągle wieje. To najbardziej wietrzne miejsce na całej Ukrainie; 125 dni w roku wiatr dmucha tu z prędkością nawet 50 metrów na sekundę. Nazwa, podobnie jak większość nazw z wybrzeża Krymu ma grecki rodowód. Aj-Petri to Góra (św.) Piotra. Leżąca u jej podnóża łupka to lis. Jałta to z kolei zruszczony grecki brzeg.

Bakczysaraj

Bakczysaraj, albo Bachczysaraj bardziej kojarzy nam się z baśniami z tysiąca i jednej nocy niż z realnym miastem. Liczące zaledwie 33 tysiące mieszkańców, położone na wysokości 300m npm w Górach Krymskich przyciąga turystów przede wszystkim orientalnymi zabytkami, jakimi są zespół pałacowy dawnych chanów i meczet wraz z pięknymi ogrodami oraz okoliczne skalne miasta. Bakczysaraj znany jest też jako sławna stolica chanatu krymskiego oraz symbol krymskiego Orientu.

Pałac chanów

Pałac należy do najważniejszych zabytków pozostałych po sławetnej wielkości panów Krymu. Powstał on na polecenie Adil-Sachib Gireja w XVI wieku i zajmował o wiele większa powierzchnię niż dziś. Poza samymi zabudowaniami ważne były również ogrody, sady owocowe, łąki a przede wszystkim cmentarz. Pałac zajmował tak ogromną powierzchnię, że na jego dziedzińcu zmieścił się jeden z największych na Krymie meczetów. Z założenia pałac w Bakczysaraju nie miał być twierdzą obronną, ale rajem, a właściwie jego ucieleśnieniem, dlatego podczas budowy zwracaną szczególną uwagę na bogactwo nie tylko budynków, ale i dziedzińców, zapełnionych zielenią, drzewami, kwiatami i licznymi fontannami. Ta idea ma też odzwierciedlenie w nazwie, która w języku tatarskim oznacza „bagca” czyli sad, oraz „saray” czyli pałac. Charakterystyczną cechą kompleksu jest różnorodność linii i form. Nie ma tu żadnego planu, kształtu, a każdy budynek, okno czy fasada ma swój własny, niepowtarzalny urok, ale brakuje w tym wszystkim chaosu, a wszystko ma swoje należne miejsce. Do dziś zachowały się dwa meczety, Wielki i Mały, dom muftia, cmentarz chanów, pokoje codzienne chanów , pokoje gości, straży, służby, harem, baszty, łaźnie, sześć wewnętrznych dziedzińców, 14 fontann i inne.

Jałta – perła w Koronie 

Jałta – centralny punkt Riwiery Krymskiej – otoczona jest górami z niepowtarzalnym mikroklimatem. Na kilkukilometrowym bulwarze nadmorskim wysadzanym palmami pełno luksusowych sklepów i restauracji. Jedyne wspomnienie minionej epoki to pomnik Lenina. Warto wstąpić do zbudowanego w stylu staroruskim sobo- ru Aleksandro-Newskiego, a potem wspiąć się po stromych schodach do ormiańskiej świątyni Ripsime. Atrakcją Jałty jest delfinarium. Można pływać z delfinami lub obejrzeć show (koszt ok. 36 euro, dzieci płacą połowę). W czasach komunistycznych zamiast zabaw delfiny uczono podczepiać bomby pod okrętami wroga. Krym to miejsce stacjonowania Floty Czarnomorskiej. Stworzył ją w 80. latach XVIII w. książę Grigorij Potiomkin, a jej główna baza to Sewastopol, który od Jałty dzieli 80 kilometrów.

Baza okrętów podwodnych w Bałakławie na Krymie

Jego budowę zaczęto w latach 50-tych w Bałakławie na półwyspie Krymskim jako baza-schron dla okrętów podwodnych w razie ataku nuklearnego. Jako baza wojskowa była tak tajna, że oficjalnie miasto nie istniało, gdyż wszyscy jej mieszkańcy pracowali w bazie i nie było możliwości przyjazdu do tego miasta bez specjalnej przepustki. Mowa o muzeum okrętów podwodnych na Ukrainie.

W czasach ZSRR wykuto w skałach zatoki w Bałakławie sztolnię, w której mieściła się fabryka łodzi podwodnych. Była to jedno z najpilniej strzeżonych tajemnic ZSRR. Sama baza powstała w połowie lat 60-tych na rozkaz Stalina w związku z wydarzeniem w Hiroshimie i Nagasaki. Roboty ziemne odbywały się wyłącznie w nocy. Dostęp do bazy mieli tylko pracownicy i oficerowie. Pierwszy okręt podwodny wpłynął do niej w 1961 roku. Do lat 90 była zamaskowana i niedostępna dla zwykłych ludzi.

W 2003 roku utworzono w tym miejscu muzeum floty czarnomorskiej Ukrainy. Zwiedzanie trwa ok. 1 godziny. Ogląda się miejsce gdzie naprawiano łodzie, a także przechowalnie torped i głowic. Przechodzi się tunelami z kilkoma drzwiami grubości 40-60 cm! W pewnym miejscu korytarze przykrywa 250m warstwa skał. To wszystko miało chronić przed atakiem bombowym silniejszym niż w Hiroszimie. Na końcu zatoki znajduje się brama wylotowa. Wszystkie wloty i wyloty z bazy były przykryte siatką maskującą, okręty wypływały i wpływały pod wodą, więc nigdy nie było wiadomo ile ich jest na terenie bazy w danym momencie.

Bazę zaczęto likwidować w 1992 roku, a w 1995 wywieziono ostatnią łódź. Bałakława tak jak pobliski Sewastopol przez kilkadziesiąt lat była miastem zamkniętym, nieistniejącym na mapie, w którym ludzie żyli jak w więzieniu. Nie mieli możliwości kontaktu ze światem zewnętrznym. Za to niczego innego im nie brakowało. W tutejszych sklepach mogli kupić to czego inni Rosjanie nie widzieli nawet z okazji wielkich Świąt. Dzisiaj zatoka znowu pełni rolę przystani dla jachtów i łódek. Przepiękny widok na zatokę rozciąga się z położonych wyżej ruin twierdzy genueńskiej Czembalo. Pozostałości wybudowanej w latach 1357-1433 twierdzy są najsławniejszym zabytkiem i symbolem miasteczka.

Powrót do Częstochowy zajął nam też dwa dni. Cali i szczęśliwi z bananem na ustach zameldowaliśmy się w domach 25. sierpnia 2013, po 10 dniach od wyjazdu. Całkowity koszt wyjazdu to 2500 zł.

Kilka porad, które pozwolą lepiej się przygotować naszym ewentualnym naśladowcom:

– nie kupujemy waluty ukraińskiej w polskich kantorach, za 1000 hrywien płacimy tam 470zł a wypłacając pieniądze z ukraińskich bankomatów z wszystkimi opłatami koszt wynosi 400zł.
– nie boimy się jakości paliwa. Nasze konie dość nowoczesne co by nie mówić nigdy nie miały żadnej czkawki czy niedoboru mocy.
– na każdej stacji możemy płacić kartą kredytową. Paliwo na Ukrainie jest tańsze o około 1zł niż to w Polsce
– ludzie na Ukrainie to słowiańskie dusze – zawsze chętni do pomocy
– znajomość angielskiego to rzadkość
– żywność jest tańsza niż w Polsce o 10-20 %
– dla ludzi potrzebujących Internetu radzimy kupno tamtejszych kart telefonicznych z Internetem, aktywowanie ich przy pomocy ukraińskiego sprzedawcy i po sprawie
– barszcz ukraiński jest lepszy w Polsce niż na Ukrainie 😉
co ciekawe na Ukrainie nie ma obowiązku jazdy w kasku motocyklowym!

Moja sugestia co każdy powinien mieć:

– namiot (najmniejszy, najlżejszy jaki macie)
– śpiwór
– materacyk pompowany (znacznie mniejszy niż karimata)
– buty cywilne
– dżinsy długie
– krótkie spodenki
– 5 podkoszulek
– 5 par skarpet
– 5 majtek
– polar
– ręcznik
– kosmetyczkę
– latarkę
– klapki
– niezbędnik
– scyzoryk
– nową świecę
– spinkę łańcuchową (ogniwko)
– bezpieczniki
– apteczkę motocyklowa pierwszej pomocy sanitarnej
– krążek taśmy izolacyjnej
– wiadro optymizmu
– spray do opon
– spray do łańcucha

Gdzie to włożyć?

Kupić torbę nieprzemakalną tzw. wałek za 5 euro np z Louisa. Torba ma pojemność 50 litrów. Ją wystarczy przymocować pasem montażowym do ogona motocykla i po sprawie.

Dokumenty:

– Paszport
– Prawo jazdy
– Dowód rejestracyjny motocykla z aktualnym badaniem technicznym
– Polisa ubezpieczeniowa OC
– zielona karta w krajach spoza UE

Pozdro,
Dycha

MotoRmania
Redaktor naczelny

to lifestylowy magazyn o tematyce motocyklowej. Ekskluzywność tego tytułu podkreśla nie tylko doskonałej jakości papier, ale przede wszystkim wyjątkowe materiały. Masz sprawę ? Skontaktuj się:

Materiały premium

czytaj kolejne artykuły