Furcio, Maciek, Denat, Eddie, Stefan i Olo opowiadają o motocyklowej wyprawie za wschodnią granicę
MotoRmania
3 kwietnia 2013

25-lutego 2012 roku na jednym z tzw. spotkań „przy piwku” rozpoczęliśmy dyskusję na temat wyprawy. Padło pytanie: „Gdzie w tym roku pojedziemy?”. Jasne było, że będzie to gdzieś na wschód. Maciek powiedział „Sankt Petersburg”, Denat: „no to i Moskwa”, ja dorzuciłem „do Smoleńska”. Popatrzyliśmy na mapę i zaznaczyliśmy miejsca, które były warte odwiedzenia.

Na naszej liście pojawiła się Białoruś i takie miejsca jak Ryga, Tallin, Helsinki, Sankt Petersburg, Moskwa, Smoleńsk, Katyń i Czarnobyl. Łącznie trasa zaplanowana na 5,5 tyś kilometrów.

Kim jesteśmy? Przyjaciółmi. Każdy z nas jest zupełnym przeciwieństwem drugiego. Maciek 42 letni finansista, menadżer w dużej korporacji, Denat 32 letni przedstawiciel handlowy, Eddie 42 letni właściciel restauracji, Stefan 45 letni górnik, Bocian 35 letni dekarz, Olek 30 letni informatyk. Ja (Furcio) 25 lat – również informatyk. Łączy nas wspólna pasja: motocykle i dalekie wyprawy. Jeździmy na przeróżnych sprzętach, głównie to ciężkie i głośne motocykle. W tym roku zabrakło z nami Bociana i w jego miejsce, zaledwie 3 tygodnie przed wyjazdem wskoczył Olek. Ale zacznijmy od początku.

Przygotowania

Białoruś odpadła z naszej listy ze względu na brak możliwości otrzymania wiz. Trasę mieliśmy dość szczegółowo zaplanowaną, noclegów w ogóle. Uznaliśmy, że będziemy szukać na bieżąco, korzystając z darmowego Internetu lub innych cudów techniki. Motocykle mieliśmy przygotowane bardzo szczegółowo. Kto miał kasę to kupił nowe opony, kto nie miał, pojechał na starych. Ja pojechałem na “starej” (rocznej) tylnej oponie, ponieważ przy mojej wadze motocykla i szerokości opony (240) jej żywotność jest bardzo krótka. Klocki, płyny, linki, sprzęgło wymieniłem samodzielnie, chodź mechanikiem nie jestem. Z pomocą manuala każdy może sobie bez problemu poradzić oszczędzając przy tym kupę kasy. Z racji, że nasze motocykle nie są przeznaczone do dalekich podróży, ciężko jest je wyposażyć w osprzęt, który jest dostępny dla motocykli turystycznych. Sakwy i stelaże do łatwego demontażu, zrobione własnoręcznie przez dobrego kolegę. Z Olkiem spędziliśmy bardzo dużo czasu w garażu, żeby dostosować maszyny do wyjazdu. Czasem palnik w rękach dwóch informatyków wyglądał niebezpiecznie. Odskakujący spod płomieni chrom nie jednego złapałby za serce lecz dla nas najważniejszy był efekt praktyczny a nie wizualny. Poza sprawnością mechaniczną bardzo ważnym aspektem był dla nas system komunikacji. Zdecydowaliśmy się na wyposażenie motocykli w CB radio. Kto miał z poprzedniej wyprawy lub mógł pożyczyć, zainstalował ręczne radio ALAN 42. Denat wpadł na innowacyjny pomysł przerobienia radia CB samochodowego. Gruszkę rozebrał i przerobił na słuchawki komputerowe wraz z mikrofonem. Radio owinął taśmą i dzięki temu żaden deszcz nie zakłócił jego działania. Ja z Maćkiem byliśmy w posiadaniu interkomu Midland BT NEXT 2, który działa po bluetooth do 1,6 km. Dzięki temu Maciek jako prowadzący, a ja jako zamykający nasz peleton w razie problemów z CB radiem mogliśmy pozostać w kontakcie. Komunikacja to bardzo ważna sprawa, która znacząco wpływa na bezpieczeństwo podróży. Ciuchy. Najlepiej sprawdzają się ciuchy typu Gore-tex. Zważając na koszty, większość z nas wyposażona była w kurtki i spodnie wodoodporne ze zwykłego sklepu z odzieżą BHP. Z pomocą szarej taśmy naprawdę były wodoodporne! Olkowi zabrakło kasy na luksusowe buty wodoodporne i z pomocą wcześniej wspomnianej szarej taśmy oraz folii spożywczej zamieniał każdy but w wodoodporny. Oczywiście pod warunkiem, że się w nich nie chodziło.

Ruszamy!

14 czerwca 2012 roku obudziłem się już o 5 rano. Wyjrzałem za okno. Lało, lało i lało! Jeszcze nie wyjechaliśmy a już ciuchy ze sklepu BHP i szara taśma poszły w ruch. Około 8 rano wyjeżdżamy w czwórkę z Raciborza: Denat (Yamaha XV1600 custom), Olo (Honda VTX1300), Maciek (Yamaha Fazer) i ja (Suzuki VZR 1800R). Zgarnęliśmy po drodze przed Wodzisławiem Śląskim Stefana na Yamaha Warrior oraz Ediego (Yamaha Road Star 1700). Eddie w trakcie przygotowań motocykla skupił się głównie na sferze wizualne czego efektem była awaria po pierwszych 30 km. Zabrakło prądu. Szybko uporaliśmy się z problemem i ruszyliśmy dalej. Przed nami był pierwszy nocleg w Augustowie i cały dzień jazdy w deszczu. Oj, był to najgorszy dzień w całej wyprawie. Począwszy od pierwszej awarii Eddiego, poprzez zgubioną antenę CB Maćka, niebezpieczny poślizg Denata, który wpadł w koleinę pełną wody, zalania mikrofonów i słuchawek CB radia, po gumę Maćka zaledwie dwa kilometry przed hotelem w Augustowie. Dzień pełen emocji i nerwów doprowadził do małych zgrzytów między nami.

Dzień następny Litwa i Łotwa

Z pomocą tubylca – Huberta, Maćka opona zostaje naprawiona w najbliższym warsztacie. Humory sporo lepsze. Sprzęt polutowany, antena CB założona i koło zamontowane. Doprowadziliśmy się do porządku po ciężkiej nocy, z bikerami z Elbląga, których poznaliśmy w Hotelu. W ten oto sposób zamiast rano dopiero około południa wyruszyliśmy w stronę Litwy. Z opowiadań innych wiedzieliśmy, że policja w Litwie łapie pod byle pretekstem. Nic takiego tam się nie dzieje. Jedno rzuciło nam się w oczy – niesamowita kultura kierowców wobec motocyklistów. Praktycznie cały czas mieliśmy środek dla siebie. Litwę udało nam się przelecieć szybko i sprawnie. Drogi dobrej jakości i szerokie. Zatankować możecie spokojnie np. na Orlenie.
Na granicy litewsko-łotewskiej postanowiliśmy zrobić sobie fotkę na okoliczność przekroczenia granicy. Z piskiem opon zajechał duży czarny SUV z przyciemnianymi szybami. No to się będzie działo – pomyśleliśmy. Z wozu wyskoczył chłop jak dąb i zawołał po polsku: “Cześć chłopaki jak mogę wam pomóc?” No i pomógł… “Memory fajnt” i w 5 minut hotel w Rydze załatwiony. Koleś był na tyle uprzejmy, że zawiózł nas pod samą recepcję.

Ryga robi niesamowite wrażenie, szczególnie nocą. Starówka pełna ludzi praktycznie do rana. Akurat był piątek, a życie tętniło mocniej niż na ostrawskiej Stodolni. Przez białe noce zatraciliśmy się w czasie a do hotelu dotarliśmy dopiero o 5 rano. Po kilku godzinach snu ruszyliśmy na północ w kierunku Tallina malowniczą trasą Via Baltica. Po drodze zaliczyliśmy obowiązkową kąpiel w zimnych wodach Bałtyku. Plaże jak u nas tylko ludzi mniej. Łotysze na plaży bardzo sympatyczni. Proponowali piwko, ale niestety “nam nie nada”, więc wypiliśmy tylko dla smaku. Do Tallina docieramy wieczorem. Niestety leje. Wieczorem wspólnie z Rosjanami oglądamy mecz Polska – Czechy i Rosja – Grecja. Po przegranych meczach obu reprezentacji przyjaźń wzrasta. Na zdarowie riebiata! Nic się nie stało, Rosjanie nic się nie stało …  Następnego ranka niestety znowu leje. Orientujemy się, gdzie jest port i spróbujemy się dostać promem do Finlandii. Po drodze zwiedzamy zabytkową starówkę w Tallinie. Jest na co popatrzeć.

Przeprawa promem

W porcie czeka nas niemiła niespodzianka. Jest niedziela, więc milion Finów z weekendowych balang w Estonii chce powrócić do domu zabierając ze sobą hektolitry alkoholu i setki sztang fajek. Miejsc na promach nie ma. Miła pani w kasie proponuje abyśmy sprawdzili na innym terminalu. Mieliśmy naprawdę niewiarygodne szczęście. Rzutem na taśmę zdobyliśmy ostatnie 6 biletów dla nas i naszych maszyn! Wjazd na prom przebiegł sprawnie. Maszyny bez problemu ustawialiśmy na pokładzie nawet specjalnie ich nie zabezpieczając. Podkładki blokujące przesuwanie się motocykli w zupełności wystarczyły. Na samym promie podczas podróży, kiedy mogliśmy się schować w ciepłych pomieszczeniach, pogoda się poprawiła i z najwyższego poziomu mogliśmy podziwiać widoki na morze. Niestety w miarę zbliżania się do Finlandii niebo stawało się coraz bardziej ołowiane.

Na miejscu lało już porządnie. W Helsinkach zadokowaliśmy się na ulicy przy McDonaldzie w centrum miasta. Na piechotę dość szybko przebiegliśmy po centrum. Ceny w Finlandii zwalają z nóg, a robiło się coraz później. Zwiedziliśmy co się dało i po szybkiej naradzie zdecydowaliśmy się nie płacić horrendalnych kwot za kilka godzin snu w hotelu po czym o 23:00 wyruszyliśmy w nocną podróż do Rosji. Było naprawdę zimno i ciągle padało. Na całe szczęście nie było zbyt ciemno ze względu na białe noce. Dodatkowo drogi w Finlandii są oświetlone, więc jechało się w miarę bezpiecznie. Limit alkoholu we krwi w Finlandii to 0,5 promila, więc w razie przenikliwego zimna można się wzmocnić małym sznapsem.

Rosja

Na granicę z Rosją zmarznięci i przemoknięci dotarliśmy około 1 w nocy. Sama przeprawa przez granicę zajęła nam 2 godziny. Trzeba było oczywiście wypełnić całą masę dokumentów. Na szczęście opisy w formularzach były też po angielsku, no ale oczywiście trzeba było odstać swoje w kolejkach do Panów celników. Musieliśmy zadeklarować wartość motocykli, podać nawet ich przebieg, pochwalić się, ile mamy gotówki i co zamierzamy robić w Rosji. Tu ważna informacja, jeżeli jedziecie motocyklem, który nie jest na was zarejestrowany, to konieczne jest specjalne notarialne upoważnienie właściciela, które trzeba załatwić jeszcze w Polsce. Oczywiście przetłumaczone na język rosyjski przez tłumacza przysięgłego. Warto pamiętać, że w Rosji papier i pieczątka ważniejsze są od człowieka.
Po paru chwilach spędzonych na rosyjskich drogach i pierwszych mijanych “gajach” (nie gejach, to takie specjalne posterunki kontrolne policji) przekonaliśmy się, że to wszystko, co można zobaczyć na ten temat na YouTube to prawda. Wyprzedzanie z każdej strony i na trzeciego to standard. Kierunkowskazy praktycznie nie są używane. Klaksony ależ owszem. Istna walka. Byliśmy na to jednak przygotowani. Zwarliśmy szyk i pilnowaliśmy, aby nikt nas nie wyprzedzał z prawej strony. Chociaż i mimo to zdarzały nam się przypadki wyprzedania nawet poboczem. Przy wjeździe do Sankt Petersburga mieliśmy zrobić sobie fotkę. Niestety Olo, który prowadził akurat wtedy grupę nie znał cyrylicy. “Skąd k-wa miałem wiedzieć, że C to po rusku S. Szukałem napisu Sankt Petersburg” …

Nocleg mieliśmy wstępnie zarezerwowany w polskim domu prowadzonym przez polskiego księdza o nazwisku Lato. Nazwisko jak widać zobowiązuje, bo przy płaceniu skroił nas niemiłosiernie i ani brewka mu nie drgnęła jak brał kasę. Był to zarazem najdroższy nasz nocleg w tej całej wyprawie. Do tego warunki, które tam mieliśmy były zdecydowanie skromniejsze od hotelu 3 gwiazdkowego na sąsiedniej ulicy, a który kosztował tyle samo co u wielebnego… Ot ksiądz polak – smutne, ale prawdziwe. Zaletą było to, że byliśmy praktycznie w centrum miasta i wszędzie można było dotrzeć z buta. Była też jednak wada naszego noclegu, o której przekonaliśmy się próbując dotrzeć do domu w środku nocy. Zwiedzanie Sankt Petersburga zaczęliśmy od słynnej Aurory – najpotężniejszej broni na świecie – jeden wystrzał i 70 lat katastrofy. Samo miasto robi niesamowite wrażenie. Stara, zabytkowa zabudowa. Zdecydowana większość budynków odrestaurowana. Cerkwie ociekają złotem. Przy nich chromy na naszych maszynach nie robiły na nikim wrażenia. Klimatyczne kawiarenki nad kanałami jak w Wenecji. A do tego jeszcze białe noce. Melanż po knajpkach zakończył się wspomnianym wcześniej problemem, gdy nad ranem postanowiliśmy powrócić na nocleg. Nasz wielebny zapomniał nam powiedzieć, że wszystkie mosty nad Newą są w nocy pootwierane i gotowe do jazdy dopiero od 5 rano. Przedostanie się z jednego brzegu na drugi jest praktycznie niemożliwe. Nie było wyjścia, trza było wypić jedno z najdroższych w życiu piw (w przeliczeniu 30 zł za 0,5 l), ale za to na statku przy Ermitarzu.

Sankt-Petersburg z lotu ptaka

Kolejnego dnia znów zwiedzaliśmy miasto. Tym razem nie tylko na piechotę. Postanowiliśmy wypróbować wszystkich lokalnych środków transportu takich jak metro, autobus, tramwaj i …helikopter. Denat wypatrzył na niebie helikopter i wymyślił, że było by fajnie zobaczyć miasto z lotu ptaka. Jak się okazało pomysł w tej kwestii okazał się całkiem realny. Po krótkich negocjacjach cenowych z pilotem oglądaliśmy Sankt Petersburg z poziomu chmur. Wrażenia niezapomniane. Nikt nie kazał nam zapinać pasów, a trzęsło niemiłosiernie. Mogliśmy również do woli raczyć się piwkiem. Następnego dnia, ze względu na remonty i totalny brak drogowskazów, mieliśmy problem z wyjechaniem z miasta w stronę Moskwy. Z pomocą przyszedł nam lokalny biker na harusie, który wyprowadził nas do rogatek miasta.

Droga do Moskwy

Droga z Sankt Petersburga do Moskwy to najbardziej uczęszczana trasa w Rosji i jednocześnie spełnienie największych koszmarów drogowych jakie znacie z filmików w sieci. Od razu można zrozumieć, dlaczego Putin lata do domu samolotem. Dużo się jednak buduje i za kilka lat będzie inaczej. Jednak póki co innej drogi nie ma i trzeba zaliczyć to małe extreme.
Wieczorem, zmęczeni walką z tirami, poboczami i dziurami postanowiliśmy zjechać z trasy w głąb Rosji. Drogą dziurawą jak szwajcarski ser dotarliśmy na zapomniany przez ludzkość, ale malowniczo położony nad jeziorem kemping. Na całe szczęście bar był czynny, a obsługa (żeńska) całkiem miła. Za to komary miały rozmiar ruskich bombowców, na które nie działały żadne środki i trucizny. Obsługa campingu śmiała się z nas, że niepotrzebnie smarujemy się jakimiś owadobójczymi środkami, bo to na te potwory i tak nie działa. Faktycznie, byliśmy niezłą kolacją dla tych mutantów.

Rankiem cali w czerwone kropki po ukąszeniach wyruszyliśmy do Moskwy. W miarę zbliżania się do miasta droga robiła się lepsza i szersza. Ale wraz z lepszą drogą pojawił się problem w jednym z motorów. W moim VZR zaświeciła się czerwona kontrolka FI oraz kontrolka oleju-temperatury. Zatrzymujemy się na najbliższej stacji benzynowej i widzimy dość niemały wyciek oleju z kardana suzuki. Szybka narada i pada decyzja, że nie jesteśmy w stanie tego naprawić na trasie. Kupujemy zapas oleju i zostałem skazany na bardzo częste dolewki, a żeby mnie błąd komputera w oczy nie raził naklejkami “pogasiłem“ kontrolki:).

Przedzierając się często poboczami przez kolejne wielokilometrowe korki dotarliśmy do Moskwy. Sama Moskwa powitała nas swoim ogromem. Tu wszystko jest wielkie. Drogi szerokie po kilka pasów, niezliczona liczba obwodnic (transportnyje koła) pozwala tylko nieco rozładować korki. Przy jednej z takich tras napotkaliśmy dużą knajpę motocyklową, a przed nią setki motocykli. Denat na cb zawołał: “zawijamy do nich!” Z pewnym niepokojem zajeżdżamy – ciekawość i chęć poznania nowych ludzi wygrywa. Jak się później okazało nasze obawy były zbędne. Chłopaki z Bikers Brothers Russia MC przyjęli nas godnie. Zaproponowali nam własny hotel – całkiem nowy i dali nam naprawdę wysoki rabat. Dodatkowo ekspresowo zorganizowali spawanie lusterka w motocyklu Maćka. Fazer przewrócił się na miękkiej szutrowej powierzchni przed knajpą. Pomogli też pousuwać inne drobne usterki w naszych motocyklach. Dmitry, chłopaki, dziękujemy (!).

Integracja przyjacielska trwała do samego rana – wychodziliśmy jako ostatni klienci. Trzeba się było jednak spieszyć, bo o 10:00 czekał na nas przewodnik Alex i zwiedzanie miasta. Do podróżowania po Moskwie najlepsze jest metro. Sieć jest rozbudowana a stacje na bogato wykładane marmurami, zdobione pięknymi monumentami i żyrandolami. Dubrowka, Łubianka, Duma Państwowa, GUM, Plac Czerwony, Kreml to miejsca, które każdy musi zobaczyć. Szczególne wrażenie robi Arbat – ulica artystów. Na Arbacie udało nam się nawet zarobić kilka rubli śpiewając piosenki Dżemu. Generalnie miasto robi wrażenie bogatego i przeogromnego. Wszechobecne maybachy i inne okropnie drogie fury dodają poczucie luksusu. Ale, jak stwierdziliśmy jednogłośnie, przy Sankt Petersburgu Moskwa jednak wymięka.

Do Smoleńska

Następnego ranka lecimy dalej – na Smoleńsk! Zakorkowanymi do granic możliwości drogami wydostawaliśmy się z Moskwy na wschód przeciskając się pomiędzy tysiącami samochodów. Wykorzystaliśmy nawet do tego celu pas rządowy, który prowadzi od Kremla na główne wyloty z miasta. Oczywiście pas ten przeznaczony jest tylko dla pojazdów uprzywilejowanych (i dla nas :-)). Jednak przy wjeździe na ten pas co chwilę pojawiał się za nami nie wiadomo skąd wóz policyjny. My w pokorze zjeżdżaliśmy na prawo, po czym wracaliśmy na niego. Żeby się stamtąd wydostać w miarę szybko innej metody po prostu nie ma! Na całe szczęście milicjanci byli dla nas łaskawi i obeszło się bez kar. Wieczorem przed Smoleńskiem dopadła nas koszmarna ulewa. Całe szczęście droga, w przeciwieństwie od trasy Sank Petersburg – Moskwa, jest w dobrym stanie i da się jakoś przemieszczać. W deszczu pozalewało nam wszystkie źródła komunikacji. Wymiękły CB i bluetoothy. Nawet Maćka fazer został tak zalany, że przestał palić na jeden gar. Z pewnymi przerwami i w ciągłym deszczu wieczorem dotarliśmy do Smoleńska. Tu na samym wjeździe byliśmy światkami “driftu“ smoleńskiego, czyli łada na kostce. Kręcąc się wokół własnej osi niczym kula bilardowa celowała w nas (to chyba taki smoleński bowling albo kolejny „zamach” na Polaków ; ) ).

Nocleg pomógł nam znaleźć lokalny taryfiarz całkiem za darmo obwożąc nas po mieście. Hotel Rosija był dopasowany do naszego budżetu i do tego z dodatkowymi atrakcjami – bal absolwentek liceum. Olo przejechał wokół hotelu chyba ze 100 km obwożąc dziewczyny. Rano wyruszyliśmy do Katynia – miejsca kaźni polskich oficerów. Cmentarz zrobił na nas niesamowite wrażenie. Z ciarkami na plecach dla uczczenia zamordowanych zadzwoniliśmy dzwonem pamięci. Po Katyniu skierowaliśmy się w stronę lotniska Siewiernyj, jednak poza symbolicznym miejscem na złożenie kwiatów pod brzozą więcej nie pozwolono nam zobaczyć. Tam spotkaliśmy polskich tirowców, którzy byli w trakcie podróży za Ural. Z przyjemnością porozmawialiśmy chwilę w naszym ojczystym języku.

Zwiedzanie Katynia i Smoleńska zajęło nam sporo czasu i wyjechaliśmy dość późno. Trasę tego dnia mieliśmy dosyć sporą, bo około 600 km. Noc koniecznie chcieliśmy spędzić po stronie ukraińskiej więc musieliśmy zap..ć. Szybka jazda opłaciła się. Udało się dotrzeć do granicy, oczywiście jak na nas już tradycyjnie przystało, ciemną nocą. Granica, jak to granica, sporo papierów i czasu straconego, ale gorszy problem czekał na nas później. Nie mieliśmy żadnego noclegu ani namiarów na jakiekolwiek łóżko. Jednak wjeżdżając na Ukrainę poczuliśmy się naprawdę swojsko no i okazało się, że znalezienie noclegu na Ukrainie w nocy też jest możliwe. Miejscowość Hlukhiv, w której się zatrzymaliśmy jak na środek tygodnia tętniła wyjątkowo życiem. Ulice pełne ludzi, pootwierane przyuliczne sklepy spożywczo-monopolowe, zabawy i dancingi w knajpach – krajobraz, jednym słowem, jak z naszego poczciwego PRLu. Tu chyba nikt o zdrowych zmysłach nie odważył by się zostawić motorów na noc bez opieki. Na szczęście gospodarz, u którego spaliśmy upchał nasze maszyny w swoim garażu.

Ukraina

Na Ukrainie, w porównaniu do reszty krajów przez które jechaliśmy ceny były w końcu ludzkie (taniej niż Polsce). Pora była późna, ale część z nas miała jeszcze trochę energii i wielkie chęci na integrację z lokalną społecznością. Polska wódka w ręce, no i w miasto…
Rano po śniadaniu (na szczęście wiedzą co to rosół) obraliśmy kierunek na Kijów i Czarnobyl. Wg mapy mieliśmy do przejechania około 450 km, a że wyjechaliśmy dość wcześnie dzień zapowiadał się przyjemnie. Warto w tym miejscu wspomnieć, że dzięki EURO 2012 główne drogi na Ukrainie w ciągu jednego roku zmieniły się nie do poznania. W zeszłorocznej wyprawie jechaliśmy tymi samymi drogami, które nie miały jednak nic wspólnego z pojęciem drogi szybkiego ruchu. W tym roku natomiast czuliśmy się jak na niemieckich autostradach. Nie potrafiliśmy się nadziwić piękną nawierzchnią, aż do zjazdu w kierunku Czarnobyla. Później drogi znów przypominają ser szwajcarski. Radzimy wszystkim udającym się w boczne drogi zaopatrzyć się w paliwo. Na tych trasach ciężko spotkać jakąkolwiek stację, a jeżeli już jest, to płatność możliwa jest tylko gotówką. To wiedzieliśmy jednak wcześniej. Gotówkę miał każdy. Ale walutę ukraińską miał kto? Nikt k-wa! Zbieranie klepaków po kieszeniach i jakoś daliśmy radę. W prawdzie paliwa było mało ale maszyny jechały – czyżby promieniowanie? Dotarliśmy do szlabanów “strefy zero”, gdzie rozpoczęliśmy ciężkie i długie negocjacje o zezwolenie na wjazd do Prypeci (wymarłego miasta). Zaskoczeniem było gdy Denat chciał wręczyć “załącznik” usłyszał “suvenirów nie nada”. Eddie, który zdawał lata temu maturę z języka rosyjskiego dopiero teraz musiał stanąć przed życiowym egzaminem próbując przekonać lokalne władze wojskowe do wydania nam zgody na wjazd do strefy. Kontakt udało nam się nawiązać z wewnętrznego telefonu dzięki uprzejmości strażnika, który wiedząc skąd pochodzimy i ile przejechaliśmy, bardzo chciał nam pomóc. Żeby możliwy był wjazd do “strefy zero” trzeba dwa tygodnie wcześniej wystąpić o zgodę do władz Prypeci. Ze względu na późną porę, dzień tygodnia oraz trwające na Ukrainie EURO otrzymanie takiej zgody dla turystów okazało się jednak niemożliwe. Podjęliśmy decyzję, że jeszcze tam kiedyś wrócimy i ruszyliśmy w drogę. Nasze motocykle w czasie negocjacji odpowiednio się napromieniowały i mogliśmy jechać dalej pomimo braku paliwa ; ). Pora była późna i motocykle wykończone (ale nie my), dlatego zdecydowaliśmy się na nocleg w najbliższej miejscowości – Ivankiv. “Motel” powalił nas ceną – taniej niż na polu namiotowym w Polsce, koce czyste, linoleum w łazience niczego sobie, była nawet umywalka a w kranie czasem nawet była woda (podobno).

Zainstalowaliśmy się w tym czymś i udaliśmy się na “miasto” upolować jakiś obiad. Ze względu na późną porę nie było to takie proste. Ale jak to na Ukrainie. Przy odpowiedniej zachęcie finansowej kucharka nawet w nocy obiad Ci ugotuje. Rano każdy z nas musiał wziąć jako plecaczek naszego pasażera na gapę, który nazywał się “zmęczenie połączone z napromieniowaniem”.

Ruszyliśmy w stronę Lwowa. Jadąc uświadomiliśmy sobie, że nasza wyprawa powoli dobiega końca. Brakowało adrenaliny i zaczęliśmy odczuwać zmęczenie. Korzystając z Internetu na stacji paliw znaleźliśmy wolny nocleg we Lwowie, a nie było to łatwe, ponieważ w tym czasie odbywało się EURO. Ustawiliśmy GPS dokładnie na adres kwatery i jadąc pięknymi drogami dotarliśmy do Lwowa. Zatrzymaliśmy się dokładnie pod strefą kibica. Tak jak wskazała nam nawigacja. W koło nas nie widzieliśmy nic co mogłoby przypominać miejsce naszego noclegu. Zadzwoniliśmy zatem pod numer podany w Internecie. Okazało się, że naszą kwaterą jest mieszkanie w zabytkowej lwowskiej kamienicy. Nocleg przy strefie kibica był dla nas bardzo atrakcyjny, ale znalezienie miejsca parkingowego dla maszyn sprawiło nam największy kłopot w całej wyprawie. Z pomocą tubylców szukaliśmy w miarę bliskiego parkingu, ale w czasie EURO okazało się to niemożliwe. Ja wraz z Olem, który wcześniej wykazał się pomysłami McGyvera, rozpracowaliśmy zabytkową bramę nie uszkadzając jej w żaden sposób. Dzięki temu wprowadziliśmy motocykle do sutenery. Ze względu na potencjalny hałas nie odpalaliśmy maszyn tylko cichutko wprowadziliśmy je na placyk.

To była nasza ostatnia noc i ostatni wypad na wspólne zwiedzanie, jedzenie i piwko. Następnego dnia z wielkim żalem zapakowaliśmy się i wyruszyliśmy w stronę Polski.

Droga powrotna

Przejazd przez granicę był nieprawdopodobny. Zupełnie inny od tego, który doświadczyliśmy w zeszłym roku. Sztefan nawet nie musiał kupować celnikom kawy aby go przepuścili. Szybko i sprawnie przedostaliśmy się przez granicę. Ciekawe jak będzie za rok kiedy nie będzie już specjalnych procedur stworzonych na potrzeby EURO 2012? Drogi, ruch oraz kultura kierowców po stronie polskiej były dla nas wielkim zderzeniem z rzeczywistością. We wschodniej części naszego kraju, w porównaniu z Ukrainą, drogi okazały się o wiele gorsze … Wskazówki naszych prędkościomierzy przesuwały się coraz bardziej w prawo w miarę zbliżania się do domu. Ostatnie odcinki drogi do Raciborza pokonywaliśmy w rajdowym tempie. Nawet Valentino Rossi by wymiękł. Około 21:00 dotarliśmy do miejsca, z którego niecałe 2 tygodnie temu wyjeżdżaliśmy. Schodząc z motorów myśleliśmy już o kolejnej wyprawie.

Podsumowanie

Po 5,5 tys kilometrów udowodniliśmy po raz kolejny sobie i innym, że na każdym motocyklu można przeżyć niesamowitą przygodę. Jeździliśmy autostradami i fantastycznej jakości drogami, ale też i szutrem, poboczem i polami. Na trasie, niejednokrotnie spotykaliśmy się ze zdziwieniem i niedowierzaniem innych. Moto-turyści, których poznawaliśmy na drodze, poruszali się głównie endurasami. Ich zdaniem są to motocykle idealne do tego typu podróży. My udowodniliśmy, że może być inaczej. Kochamy swoje maszyny i jesteśmy gotowi pojechać na nich wszędzie. Poznaliśmy niesamowitych ludzi i widzieliśmy rzeczy, których nigdy nie doświadczycie w Europie zachodniej.
Kolejną wyprawę planujemy na południe Europy, ale nie myślimy o bogatych państwach UE. Chcemy zobaczyć i przejechać kraje, które jeszcze dziś są dla nas białą plamą na mapie i nie uległy jeszcze wpływom cywilizacji zachodniej.

Do zobaczenia na trasie …

Jeśli przeczytaliście relację z wyprawy do końca  polubcie jej autorów na Facebook: http://www.facebook.com/rkwtrip

MotoRmania
Redaktor naczelny

to lifestylowy magazyn o tematyce motocyklowej. Ekskluzywność tego tytułu podkreśla nie tylko doskonałej jakości papier, ale przede wszystkim wyjątkowe materiały. Masz sprawę ? Skontaktuj się:

Materiały premium

czytaj kolejne artykuły