Chorwacja we dwoje V-Stromem
MotoRmania
28 maja 2012

Na pewno zaczynacie już snuć wakacyjne plany wyjazdowe. Niech podróże naszych czytelników, będą dla was inspiracją do zwiedzania świata na dwóch kółkach. Na początek krótka, 3000 kilometrowa trasa, niewymagająca ogromnych umiejętności i wielkiej odwagi.

Ruszamy

Tegoroczny wyjazd miał być naszą pierwszą wyprawą prawdziwie motocyklową. Jako osoba słabo doświadczona w dalekich trasach nie chciałem mierzyć się od razu z trasą długości rzędu 7 tys. kilometrów. Dlatego wybór padł na Chorwację. Ruszyliśmy z Nienaszowa na Podkarpaciu o godz. 6.20 rano. Jeszcze tego dnia chcemy dotrzeć do Senji. Droga mija nam bardzo szybko. Po 3 godzinach jesteśmy już na granicy z Węgrami. Na najbliższej stacji kupuję winietę, umożliwiającą poruszanie się na autostradach (750Ft, czyli ok. 12-13zł) i jedziemy w kierunku Budapesztu. Na autostradzie wieje niemiłosiernie, jadąc 110km/h ciężko utrzymać motocykl w normalnym torze jazdy. Okazuje się, że wystarczy przyspieszyć do 140-150 i problem znikał. Przy tej prędkości V-Strom obładowany 3 kuframi, tankbagiem i 2 osobami spalał 5,5-6 litrówna 100km. W Budapeszcie zatrzymujemy się na zrobienie kilku zdjęć. Chwilę później zatrzymuje nas korek, który był, jak się okazało, spowodowany przebudową jednej z ulic. Dzięki niemu, staliśmy dobre 10 minut na jednym z mostów, ciesząc oczy jego widokiem. Gdy wyjeżdżamy z Budapesztu zapala się rezerwa. Po tankowaniu zmieniamy plan, nie jedziemy prosto do Senji, lecz odwiedzimy rodziców Kingi w miejscowości Nagyatad, jakieś 70km od Balatonu. Kemping w Nagyatad kosztuje3500 Ftza 2 osoby i motunga. Jest tu bardzo dobrze wyposażona kuchnia oraz łazienki. Podłoże jest z trawy i nie mamy problemów z rozstawieniem namiotu. Za dodatkowe 1500Ft mamy wstęp na baseny. Okazuje się, że oprócz zwykłych basenów jest tu także gorący basen borowinowy. Następnego dnia wstajemy o dziewiątej i po śniadaniu wyruszamy do Senji. Z Nagyatad jest20 kmdo przejścia granicznego z Chorwacją. Na granicy znajduje się tylko malutki budynek, a wokół same pola uprawne. Krótka rozmowa z celnikami, pieczątka w paszporty i witamy w Chorwacji.

Górskie trasy

Jedziemy 80km wiejskimi drogami (tu, wiejskie drogi są lepszej jakości niż miejskie w Polsce) nim dojeżdżamy do autostrady w kierunku Zagrzebia. Ciekawym elementem podróży jest przejazd przez tunel Sveti Rok. Jest to tunel o długości 5670 metrów. W środku, znajdują się ogromne wentylatory, wymuszające obieg powietrza. Po wyjechaniu z tunelu wjeżdżamy na bardzo wysoki wiadukt. Widok jest tu naprawdę imponujący. Po kilku godzinach dojeżdżamy do morza.  Zjazd z gór, serpentynami, w połączeniu z widokiem na Adriatyk dostarcza niesamowitych wrażeń. W górach było dość ciepło – ok. 28-30 stopni. Jednak po zjechaniu na dół odczuliśmy takie uderzenie gorąca jakby ktoś włączył ogrzewanie na maxa. Jadąc magistralą adriatycką na południe dojeżdżamy do kempingu Raca, znajdującego się ok.10 kmod Senji. Zostajemy tam na 2 noce. Kemping ma własną plażę, oraz oferuje nurkowanie (40 euro). Za 2 noce w Senji płacimy 33 euro.

Kolejny etap

Plaża, przy kampingu SIRENA, ok 5 km na południe od Omisiu i 25 od Splitu

Nasz następny cel to Zadar. Postanowiłem całą trasę aż do Dubrownika pokonać magistralą adriatycką. Cały czas mamy świetne widoki, a 500 metrowe proste są rzadkością. Dojeżdżamy do Zadaru, zatrzymujemy się w Sukosan na kempingu. Kemping znajduje się w dużym ogrodzie, pełnym drzew figowych i oliwkowych, a kosztuje tylko 10 euro za 2 osoby i motocykl. Po szybkim posiłku ruszamy na zwiedzanie Zadaru. Chciałem zobaczyć słynne ograny napędzane falami morskimi. Gdy doszliśmy na miejsce byliśmy zaskoczeni, że grają aż tak głośno…

W samym Sukosan jest również plaża, ale niestety jest również duży port dla jachtów i dzięki temu woda nie jest najczystsza. Następnego poranka pakujemy nasze graty na V-Stroma i jedziemy dalej na południe. Cel tego dnia to Omiś i kemping Sirena…

Kierunek południe

Im dalej na południe tym ciekawiej. Mijając Primosten zatrzymujemy się, żeby zrobić zdjęcia. Stare miasto wygląda bardzo ciekawie z perspektywy drogi. Zastanawiam się jak wygląda z bliska. Dojeżdżamy do Sireny. Cena za 2 osoby i motocykl to 18 euro. Zostajemy na 2 noce. Gdy przyjechaliśmy wiało niemiłosiernie. Podłoże to mocno ubite kamienie. Z pomocą cegły udaje nam się rozstawić namiot. Idziemy na plażę. Można tu wypożyczyć skuter wodny za 100 kun za 10 minut. Cena wysoka, ale zabawa jest niezła.

Trzeciego dnia wyjeżdżamy z Sireny i kierujemy się na Dubrownik. Jak wiadomo, aby dojechać do Perły Adriatyku trzeba przejechać przez kilkunastokilometrowy odcinek Bośni i Hercegowiny. Celnicy jednak niezbyt przejmują się swoją pracą – nie trzeba się nawet zatrzymywać tylko wskazują, żeby jechać. W końcu docieramy do celu naszej podróży. Zatrzymujemy się przy moście tuż przed miastem.

Dubrownik

Łapiemy kwatery za 800 kun. Pokój z aneksem kuchennym jest bardzo ładny, a chłód z klimatyzatora pozwala odpocząć.

Przeciętna, chorwacka kwatera

Ściągając kufry zauważam mały wyciek. Okazuje się, ze od wysokich temperatur, resztki smaru do łańcucha, które znajdowały się wokół zębatki na silniku zaczęły po prostu się rozpływać…

Wyruszamy na pierwsze spotkanie ze starym miastem. Już po przekroczeniu murów, zaskakuje nas urok tego miasta. Te wyślizgane chodniki, wąskie uliczki – tego nie da się opisać.

Następnego dnia postanawiamy iść na plażę. Wybraliśmy miejsce kilkaset metrów za starym miastem, można tu wypożyczyć parasole, leżaki, a nawet łóżka z baldachimem. Nie brakuje atrakcji dla fanów sportów wodnych. Są jazdy na bananie, na dętce, a także parachuting. Wieczorem, bardzo wąską i krętą dróżką jedziemy do miejscowości Bosanka zobaczyć ruiny starej kolejki. Niestety, ruiny zostały całkowicie wyburzone wiosną.

Następnego dnia postanawiamy jechać do Boki Kotorskiej. Droga do Czarnogóry jest bardzo dobra, zresztą jak pozostałe drogi w Chorwacji. Na granicy jednak widzimy ogromne kolejki dla wyjeżdżających z MNE. Pomyślałem, że z powrotem będzie kolorowo. Ludzie muszą wyciągać wszystko z bagażników, celnicy przeglądają nawet bieliznę. Po kilkunastu kilometrach dojeżdżamy do Boki. Robimy kilka zdjęć z widokiem na całość i postanawiamy wracać do Dubrownika.

Powrót

Przemoczeni, bez deszczówek

Wykorzystujemy ostatnie promienie słońca i opuszczamy plażę dopiero, gdy nie ma już słońca. Następnego dnia już wyruszamy do domu. Tak więc ostatnie zakupy, pakowanie i rano pobudka. Wstajemy o 4.20, śniadanie, kończymy pakowanie i w drogę. Przed nami 1250km. Postanowiłem jechać przez Bośnię i Hercegowinę. Był to bardzo dobry wybór. Droga od samej granicy z Chorwacją niemal do miejscowości Banja Luka biegnie przez góry, miejscami na wysokości ponad 1000m. n.p.m., a widoki są jedyne w swoim rodzaju. Znów wjeżdżamy do Chorwacji, aby po 130km wjechać na Węgry. Następny przystanek to Budapeszt. Ok. 19 docieramy do stolicy Węgier. Zaczyna się ściemniać, kilka kilometrów za miastem zaczyna padać. Zapowiada się ciekawie. Do domu pozostało 400km. Kilkadziesiątminut później zaczyna lać jak z cebra. Suniemy po autostradzie w pióropuszach wody, żałując, że nie kupiliśmy przeciwdeszczówek. Dojeżdżamy powoli do granicy H-SK, kończy nam się paliwo, jest godzina 23, a wszystkie stacje, jakie spotkaliśmy były już zamknięte. Kilkanaście kilometrów przed granicą napotykamy czynną stację – na tej samej stacji kupowałem kiedyś winiety. Tankujemy DL’a i jedziemy. Na tym paliwie spokojnie dojedziemy już do domu. Od jakiegoś czasu drętwieje mi ręka, spowodowane jest to dużym zmęczeniem kręgosłupa. Powód jest prosty: szyba DL’a + mój wzrost + mój kask = ogromne turbulencje głowy. O ile na trasie 200km nie jest to dokuczliwe, to po przejechaniu 1000km kręgosłup zaczyna odmawiać posłuszeństwa. Dzięki tej dolegliwości nasza przelotowa stopniowo maleje. Serpentyny przed Svidnikiem pokonuję już na pierwszym biegu z prędkością 30km/h. Po wjechaniu na szczyt naszym oczom ukazuje się tir leżący obok drogi do góry kołami. Nie ma żartów, jest bardzo ślisko. Tuż za Svidnikiem kolejny tir leży na boku. Zapomniałem wspomnieć, że przed granicą węgierską zalewa mi nawigację, więc jedziemy bez jakiejkolwiek pomocy. Nie mam nawet mapy. Jedynym problemem okazuje się Presov, gdzie nie ma żadnych oznaczeń w kierunku Barwinka. O godzinie 3:30 dojeżdżamy do domu.

Podsumowanie

Całość trasy to 3000km. Średnie spalanie to ok.5 litrów. Najniższe odnotowałem jadąc przez BiH: 4.2litra, a największe na odcinku Miszkolc – Balaton: 6,5 litra. Napotkani ludzie byli bardzo mili i pomocni. Na kempingach bez obaw można zostawiać swoje rzeczy. Motocykl sprawdził się doskonale. Jako ciekawostkę mogę napisać, że przez całą trasę nie naciągałem łańcucha. Pierwsze smarowanie zrobiłem pierwszego dnia w Nagyatad, a kolejne dopiero podczas powrotu w połowie Bośni i Hercegowiny. Przez niemal 2 tys. km smar utrzymywał się na łańcuchu. Był to nasz pierwszy i z pewnością nie ostatni tego typu wyjazd.

Tekst i zdjęcia: Kinga Smolak i Paweł Kucharski

MotoRmania
Redaktor naczelny

to lifestylowy magazyn o tematyce motocyklowej. Ekskluzywność tego tytułu podkreśla nie tylko doskonałej jakości papier, ale przede wszystkim wyjątkowe materiały. Masz sprawę ? Skontaktuj się:

Materiały premium

czytaj kolejne artykuły