Ben Spies w MotoGP – Texas Terror czy Texas Error? – Pech czy jednak coś więcej?
Mick
29 sierpnia 2013

Nie ma wątpliwości, że Ben Spies jest jednym z najbardziej utalentowanych zawodników na świecie, a w stawce MotoGP nie znalazł się przez przypadek. Tego, co dzieje się z Teksańczykiem w tym roku, nie można jednak tłumaczyć zwykłym pechem. Jak wygląda jego przyszłość w królewskiej klasie?

Spies potwierdził swój talent, determinację i ogromną odporność psychiczną, trzy razy pokonując piekielnie szybkiego Australijczyka Mata Mladina w drodze po mistrzostwo USA klasy Superbike. Po tym, co działo się wówczas w Stanach, sięgnięcie po mistrzostwo świata World Superbike w pierwszym sezonie wydawało się w roku 2009 spacerkiem po parku. Aby w ogóle to zrobić, Ben musiał najpierw pokonać osobiste lęki. Jako dziecko przeżył bowiem awaryjne lądowanie samolotu z powodu zapalenia się silnika i jeszcze w latach startów w AMA panicznie bał się latać. Perspektywa jazdy w Europie wydawała się wtedy bardzo odległa.

Kiedy jednak „Elbowz” trafił wreszcie do MotoGP, sytuacja zaczęła się komplikować. Spies nie był w stanie dopasować swojego niezwykle agresywnego stylu jazdy do wymagań preferującej płynność Yamahy, stąd tylko jedno zwycięstwo, w Assen w sezonie 2011. Prawdziwe problemy, a raczej istna suma plag egipskich, zaczęły się rok temu; błędy mechaników, awarie motocykla, problemy zdrowotne, kontuzje… wszystko to sprawiło, że obie strony straciły do siebie cierpliwość i w połowie sezonu było już jasne, że dni Spiesa w Yamasze są już policzone.

MotoGP potrzebowało go jednak w stawce z uwagi na zaplanowany na początek sezonu 2013 wyścig w jego rodzinnym Teksasie, stąd pomoc organizatorów przy zaaranżowaniu fabrycznego kontraktu z Ducati i miejsca w zespole Pramac. Zanim jednak Spies po raz pierwszy zdążył przetestować kapryśne Desmosedici, pod koniec sezonu 2012 z walki wyeliminowała go paskudna kontuzja.

Podczas wyścigu w Malezji Amerykanin nie tyle wybił, co obrócił w pył swój prawy bark. Po serii operacji, z przeszczepami tkanek od martwych dawców włącznie, bardzo szybko stało się jasne, że rehabilitacja potrwa nie tygodnie, a całe miesiące. W końcu zrośnięcie się pozrywanych mięśni i ścięgien to nie to samo to kilkanaście dni potrzebnych na zrośnięcie się złamanej kości.

Przekonał się o tym Valentino Rossi. Kiedy w sezonie 2010 doznał otwartego złamania nogi na torze Mugello, po 41 dniach mógł już wrócić na tor. Uszkodzony bark i ścięgno zerwane przed sezonem ciągnęły się jednak za Włochem przez cały sezon, długo po tym, jak problemy z nogą przeszły do historii. Pod koniec tamtego roku Rossi poddał się operacji i jeszcze kilka miesięcy późnej, na starcie sezonu 2011, nie był w pełni sił kiedy debiutował oficjalnie na Ducati w Katarze.

Kontuzja Spiesa była dużo poważniejsza, a rehabilitacja o wiele bardziej czasochłonna, ale chęć startu w domowym wyścigu, połączona zapewne z ogromną presją ze strony zarówno Ducati, jak i organizatorów, aby pojawić się na polach startowych w Austin, wzięły górę. Wbrew zaleceniom lekarzy, Spies pojechał w zimowych testach i dwóch pierwszych wyścigach, ale jeszcze zanim wystartował na torze w Austin, było już jasne, że po drugiej rundzie będzie musiał zrobić sobie dłuższą przerwę.

„Chciałem wrócić na tor za wszelką cenę i popełniłem błąd” – tłumaczył wtedy, po czym zniknął na kilka miesięcy i pod czujmy okiem lekarzy w pocie czoła wracał do zdrowia, a następnie do formy. Kiedy wreszcie po siedmiu kolejnych wyścigach Spies na dobre wrócił na tor podczas Grand Prix Indianapolis, podkreślał, że kontuzja prawego barku to już historia, ale teraz potrzebuje czasu, aby nadrobić zaległości i znaleźć wspólny język z Ducati Desmosedici.

Włoska maszyna nie dała jednak 29-latkowi takiej szansy, wyrzucając go z siodła podczas treningów wolnych. Efekt? Uszkodzony lewy bark, kolejna operacja i od kilku do kilkunastu tygodni przerwy w startach.

W najlepszym razie Ben wróci do MotoGP pod koniec tego sezonu. W najgorszym dopiero za rok; dysponuje w końcu dwuletnim kontraktem bezpośrednio z Ducati Corse, a organizatorzy, z uwagi na wyścig w Teksasie, liczą, że umowa zostanie uszanowana. Ostatnio jednak sytuacja zaczęła się komplikować, a zdaniem niektórych przyszłość Bena stoi jednak pod znakiem zapytania.

Frustracja w zespole

Zaczęło się od dość ostrych komentarzy managera zespołu Pramac Ducati, Francesco Guidottiego, który do końca sezonu 2011 szefował zespołowi Aprilii w World Superbike i był zaufanym człowiekiem Maxa Biaggiego.

Włoch stwierdził, że za wywrotkę na Indianapolis nie można winić pecha, a samego Spiesa. Dlaczego? Kontrola trakcji w motocyklach MotoGP działa dopiero po wrzuceniu drugiego biegu, aby nie kolidować z funkcjonowaniem systemu wspomagania startu launch control. Ben o tym zapomniał i po wyjeździe z pit-lane przejechał pierwsze cztery zakręty na jedynce. Kiedy dodał gazu na wyjściu z czwartego łuku, motocykl bez aktywnej kontroli trakcji bezlitośnie wystrzelił go przez kierownicę.

Spies i jego wieloletni szef mechaników, jeszcze z czasów AMA, Tom Houseworth – foto Pramac

Spies tłumaczył po wszystkim, że z pewnością wiedziałby jak działa kontrola trakcji, gdyby regularnie startował od początku sezonu. A że system Ducati działa jego zdaniem inaczej niż Yamasze, jaką jeździł wcześniej, Amerykanin po prostu o tym zapomniał.

Sęk w tym, że Guidotti ma rację, a kontrola trakcji w Ducati działa dokładnie tak samo, jak w Yamasze. Dwa lata temu boleśnie przekonał się o tym Jorge Lorenzo, który na torze Laguna Seca najpierw wykonał próbny start, a zakręt później, wciąż jadąc na jedynce, zaliczył widowiskowego high-side’a.

Całe to zamieszanie sprawiło, że zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem Yamaha nie wprowadziła po tamtym incydencie jakiś zmian. Być może przy kierownicy zamontowano przycisk, którym zawodnik sam mógłby aktywować kontrolę trakcji bez wrzucania dwójki. Postanowiłem więc zapytać się o to szefa mechaników Jorge Lorenzo, Ramona Forcadę.

„Po tamtym wypadku Yamaha niczego nie zmieniła – Hiszpan powiedział mi przed Grand Prix Wielkiej Brytanii. – Nie korzystamy z żadnego przycisku czy przełącznika. Aby aktywować kontrolę trakcji musisz wrzucić drugi bieg. Wtedy, na Laguna Seca, Jorge o tym po prostu zapomniał i stąd wywrotka, ale od tego czasu nic się nie zmieniło.”

Spies doskonale wiedział więc, jak działa w motocyklu MotoGP kontrola trakcji, ale po prostu popełnił głupi błąd – cóż, to zdarza się najlepszym, szczególnie po tak długim rozbracie z maszyną. Łatwo zrozumieć zarówno pomyłkę zawodnika, jak i frustrację zespołu, ale na tym moglibyśmy zakończyć temat, prawda? Niekoniecznie…

Wycieranie pudru z nosa

Kiedy już Spies trafił do szpitala, szybko okazało się, że potrzebna jest skomplikowana operacja, o czym Ben poinformował na swoim koncie na Twitterze. Zrobił to jednak w dość nietypowy sposób, pisząc: „Czeka mnie operacja, Carlo jest pewnie tak podekscytowany, że zapomniał wytrzeć pudru z nosa”.

Kim jest Carlo? Choć mama, a jednocześnie manager Spiesa, Mary, tłumaczyła po fakcie, że jej syn ma przynajmniej sześciu kolegów o imieniu Carlo, mało kto ma wątpliwości, że chodzi o Carlo Pernata, padokowego guru, wieloletniego managera takich zawodników jak Marco Simoncelli, Loris Capirossi, Alex de Angelis czy Andrea Iannone, a ostatnio także koordynatora ekipy Pramac.

Publiczne sugerowanie brania narkotyków, nawet jeśli pomiędzy wierszami i pod wpływem środków przeciwbólowych, jest dość mocno nie na miejscu i choć Spies natychmiast zadzwonił do Pernata i przeprosił, a ten przyznał, że sprawa jest zamknięta, niesmak – i to bynajmniej wcale nie w nosie – pozostał.

Łatwo wypaść z łask

Ben Spies stąpa po bardzo cienkim lodzie. Z jednej strony wszyscy wiemy, że zasługuje na szansę startów w MotoGP na konkurencyjnym motocyklu, a organizatorom, a także Ducati, bardzo zależny na jego obecności w stawce, ale w drugiej strony nikt nie będzie zbyt długo tolerował podobnych wybryków.

Choć tweet Spiesa został bardzo szybko usunięty, cała sprawa odbiła się bardzo szerokim echem we Włoszech, co nie było zbyt dobre dla wizerunku Ducati. Także organizatorzy mogą szybko stracić cierpliwość. Szczególnie jeśli na konkurencyjnym motocyklu uda im się posadzić za rok innego uwielbianego przez kibiców Amerykanina, Nicky’ego Haydena. Wtedy może się okazać, że Spies, choć bardzo szybki, popularny i utalentowany, przestanie być potrzebny, a co dzieje się z takimi zawodnikami?

O tym przekonał się w tym roku dość boleśnie wieloletni mentor Bena i były mistrz świata, Kevin Schwantz. To właśnie Teksańczyk ściągnął do Austin rundę MotoGP, współpracował przy projektowaniu „toru Ameryk” i wykonał ogromną pracę przy promocji wyścigu, ale kiedy właściciele „CotA” postanowili wykorzystać nieklarowną umowę i zostawić go na lodzie, organizujący mistrzostwa świata Hiszpanie nie wyciągnęli w jego stronę pomocnej dłoni. Sfrustrowany Schwantz skierował sprawę do sądu a dzisiaj jest w padoku MotoGP persona non grata.

Jeśli Spies przesadzi, jego dalsza kariera może stanąć pod znakiem zapytania. W końcu ci sami Hiszpanie nie tylko kontrolują MotoGP, ale od niedawna również serię World Superbike, a amerykańskie AMA Superbike są dzisiaj cieniem samych siebie sprzed kilku lat. Ben, nawet gdyby chciał, mógłby więc nie znaleźć dla siebie dobrej posady.

Kiedy rok temu pytałem Spiesa w Niemczech o jego plany na sezon 2013, Amerykanin odpowiedział pół-żartem, pół-serio; „Casey Stoner ma chyba wolny pokój, więc może będę razem z nim łowił ryby gdzieś w Australii” – ale dzisiaj obu nie jest chyba do śmiechu.

Nie ma wątpliwości, że po ubiegłorocznej, pechowej serii, z Benem Spiesem dzieje się coś bardzo niedobrego, a twitterowa frustracja jest tego najlepszym dowodem. Za tym, co stało się na Indianapolis, nie stoi już jednak pech, a błąd samego zawodnika. Spies musi więc wziąć się w garść aby nie podzielić losu Caseya Stonera.

Australijczyk, który przecież tak skrytykował serię przed swoim odejściem rok temu, już tęskni za jazdą motocyklem MotoGP, ale szef mistrzostw, Carmelo Ezpeleta, zapowiedział niedawno, że nie zgodzi się na przyznanie 2-krotnemu mistrzowi świata dzikiej karty na ewentualny start na torze Phillip Island! Stonerowi została więc samotna jazda w kółko podczas kolejnych testów na torze Motegi.

A co z Benem? Kibice mówią na niego „Texas Terror”. Oby tylko za rok nie musiał zmienić ksywki na „Texas Error”, ponieważ to naprawdę szybki gość. Miejmy nadzieję, że jeszcze udowodni nam to w MotoGP!

Mick
Redaktor naczelny

Redaktor działu sportowego. Kompendium wiedzy o wyścigach motocyklowych. Nie ma sezonu, nie ma klasy i nie ma zawodników, o których Mick chociażby nie słyszał. Odkryje kulisy zarówno WMMP, jak i zakamarki klasy MotoGP. Masz sprawę ? Skontaktuj się. Masz sprawę ? Skontaktuj się:

Materiały premium

czytaj kolejne artykuły