Ale się porobiło! Szef sponsoringu Marlboro, szara eminencja sportów motorowych, w miniony weekend odwiedził włoskie Mugello, aby porozmawiać o… możliwości powrotu Valentino Rossiego pod skrzydła Yamahy. W czerwieni!

Maurizio Arrivabene to prawdziwa szara eminencja sportów motorowych i kluczowa postać w gigantycznej korporacji, jaką jest właściciel tytoniowej marki Marlboro, Philip Morris. Mówiąc wprost, to on decyduje, ile kasy na swoje starty dostaje w F1 Ferrari, a w MotoGP Ducati.

Choć od kilku lat przepisy unijne zabraniają reklamowania produktów tytoniowych, Marlboro jako jedyna marka z branży pozostała zaangażowana w sporty motorowe na najwyższym poziomie i z ogromnym rozmachem. W końcu wszyscy wiedzą, dlatego bolidy Ferrari w Formule 1 i motocykle Ducati w MotoGP ścigają się właśnie w czerwieni…. i nie, nie chodzi tutaj wcale o to, że jest to tradycyjny kolor kojarzony z tymi dwoma markami.

Marlboro wspiera Ducati w MotoGP od debiutu Włochów w królewskie klasie w 2003 roku. Tytoniowy koncern każdego roku przelewa na bolońskie konto aż trzydzieści milionów dolarów i nie jest tajemnicą, że bez tego kontraktu, starty Ducati w MotoGP nie byłyby możliwe. Starsi kibice pamiętają jednak z pewnością, że wcześniej Marlboro przez lata związane było z Yamahą. Miniony weekend na torze Mugello może doprowadzić do nietypowego zwrotu akcji.

Jak donosi portal motocuatro.com – mający rację częściej niż będący w błędzie – Arrivabene pojawił się na Grand Prix Włoch i w trakcie weekendu rozmawiał zarówno ze swoim bliskim przyjacielem, Valentino Rossim, jak i szefem organizującej MotoGP firmy Dorna Sports, Carmelo Ezpeletą.

9-krotny mistrz świata nie ukrywa, że obawia się przedłużenia kontraktu z Ducati, ponieważ włoska maszyna wciąż nie jest konkurencyjna. Co gorsza, wczorajsze testy na Mugello także nie przyniosły przełomu. Rossiemu nie zależy na pieniądzach – Włoch chce wygrywać, a jego przyjaciel ma podobno tajemny plan. Według hiszpańskich mediów klamka już zapadła i Rossi podpisze kontrakt z Yamahą za dwa tygodnie na torze Laguna Seca w USA, ale pomijając wszystkie inne aspekty, jakim cudem Yamahę miałoby stać na pozyskanie Włocha?

Tutaj właśnie pojawia się Arrivabene. Według motocuatro.com Marlboro zastanawia się nad zakończeniem współpracy w Ducati i ponownym połączeniem sił z Yamahą, której bardzo przydałby się sponsor tytularny i cenny zastrzyk gotówki. Oczywiście razem z czekiem na trzydzieści milionów Euro, Yamaha pod swoje skrzydła musiałaby przyjąć ponownie Valentino Rossiego, który zostałby raz jeszcze team-partnerem Jorge Lorenzo.

Czy taka sytuacja oznaczałaby koniec startów Ducati w MotoGP? Absolutnie nie. Od niedawna właścicielem włoskiej marki jest przecież niemiecki koncern Audi, który z pewnością wypełniłby dziurę budżetową, jaka powstałaby po odejściu Marlboro. Zresztą Audi może być nawet powodem zmiany frontu Marlboro, które przecież w wyścigach samochodowych wspiera należący do koncernu Fiata, zespół Ferrari. Z drugiej strony, kto wie, może bez Marlboro, nawet Audi nie dałoby rady udźwignąć projektu MotoGP i Ducati całkowicie zniknęłoby z królewskiej klasy?

Wygląda na to, że saga związana z przyszłością Valentino Rossiego będzie umilała nam czas podczas wakacyjnej przerwy, ale w czeskim Brnie, pod koniec sierpnia, poznamy chyba jego dalsze losy. Teraz, kiedy awans Marca Marqueza do MotoGP zamknął drzwi do zespołu Repsol Honda, fabryczna Yamaha jest dla Rossiego jedyną alternatywą. Nie jest tajemnicą, że szef marki, Lin Jarvis, prowadzi rozmowy z managementem włoskiego zawodnika.

W obliczu braku postępów Ducati, Rossi, któremu zależy tylko na wygrywaniu, może nie mieć wyjścia, a taki sprzymierzeniec jak Marlboro, może tylko pomóc w podjęciu decyzji. 9-krotnemu mistrzowi świata nie zostało już przecież wiele czasu. W końcu ma już 33-lata, a jego kariera nieuchronnie, choć jeszcze małymi kroczkami, zbliża się ku końcowi. Czy „Doktor” może sobie pozwolić na zmarnowanie kolejnego roku? Chyba nie. Tym bardziej, że na horyzoncie pojawiła się tak atrakcyjna alternatywa. Co Wy o tym sądzicie?

Źródło: motocuatro.com

Tekst i zdjęcie: Michał „Mick” Fiałkowski