Szkopek, Badziak, Pawelec, Myszkowski – historia Polaków w World Superbike
Mick
15 marca 2015

Irek Sikora zadebiutuje w najbliższy weekend w mistrzostwach świata World Superbike jako piąty Polak w historii. Poznajcie czwórkę, która zrobiła to przed nim. Jak wspominają swoje starty, co robią dzisiaj i jak oceniają szanse Sikory?

Czytaj także: Irek Sikora w World Superbike – Zapowiedź i Wywiad

Do tej pory w 27-letniej historii World Superbike na starcie tej serii ustawiło się tylko czterech Polaków; Paweł Szkopek, Adam Badziak, Andrzej Pawelec i Teodor Myszkowski. Cała czwórka przed laty dominowała i toczyła zacięte boje w mistrzostwach Polski, swoich sił próbując także w innych seriach, w tym WSBK czy MŚ World Endurance. Szkopek z powodzeniem ściga się zresztą do dzisiaj.

Przecieranie szlaków

To właśnie Paweł jest jedynym Polakiem, który ma na swoim koncie nie tylko starty, ale także punkty wywalczone w World Superbike. 29-letni wówczas zawodnik z Dobrzykowa pod Płockiem sięgnął po nie na francuskim torze Magny-Cours w 2004 roku. Startujący wówczas na Suzuki w barwach własnej ekipy, Szkopek był jednym z trzech naszych reprezentantów, którzy otrzymali wówczas tzw. „dzikie karty”, finiszując odpowiednio na piętnastym i trzynastym miejscu, a więc sięgając łącznie po cztery mistrzowskie punkty. Dwoma pozostałymi Polakami byli Andrzej Pawelec i Teodor Myszkowki.

25-letni wówczas Pawelec reprezentował ekipę polskiego importera Yamahy, ale po wypadku w treningach na rozlanym przez Australijczyka Garry’ego McCoya oleju, z powodu wstrząsu mózgu nie został dopuszczony do wyścigów. „Skończyło się pechowo, ale to było ciekawe doświadczenie – wspomina Pawelec. – Zabraliśmy do Francji kompletnie seryjną R1-kę. Kupiliśmy tylko koła 16,5 cala i wydech Akrapovica, a i tak kręciłem w treningach czasy porównywalne z czołówką Superstock 1000.”

31-letni wówczas Myszkowski startował Yamahą R1 ekipy UnionBike GiMotorsport, z pierwszego wyścigu wycofując się z powodu problemów technicznych, a drugi kończąc na ostatniej, szesnastej pozycji, z okrążeniem straty do zwycięzcy, ale tylko ułamki sekund od bezcennego punktu.

„Wystartowałem na wynajętej R1 w najbiedniejszym zespole w stawce – mówi Teo. – Ich motocykl zdecydowanie odstawał od reszty, a ekipa miała problem z zawodnikami, którzy z tego powodu często rezygnowali. Zabrakło im zawodnika na ostatnią rundę. Nie miałem problemów z zakwalifikowaniem się do wyścigów, choć już na pierwszym treningu w jednym z motocykli rozleciała się skrzynia biegów. Do wyścigu wystartowałem na drugim, ale z nim też były takie same problemy. W efekcie skrzynia rozleciała się już na pierwszym okrążeniu wyścigu. Rezerwowy silnik był w rozsypce, a zespołowi było zwyczajnie głupio. Pożyczyli silnik od innego teamu i podczas drugiego wyścigu wszystko działało tak jak trzeba. Na mecie zabrakło mi trzech metrów do piętnastego zawodnika i jednego punktu! Atakowałem go jeszcze na cztery zakręty przed końcem, ale nie udało się.”

To właśnie Myszkowski był pierwszym Polakiem, który postanowił spróbować swoich sił podczas dwóch niemieckich rund World Superbike na torach Lausitzring i Oschersleben w roku 2002. W swoim zaledwie szóstym sezonie na torze, pewnie jadąc po pierwszy z trzech tytułów mistrza Polski klasy Superbike, Teodor rzucił się na głęboką wodę. Na wysłużonej Yamasze R7 po Januszu Oskaldowiczu, o 50 koni mechanicznych słabszej niż maszyny czołówki, poznaniak nie zdołał niestety zakwalifikować się do wyścigów. Na Oschersleben do limitu 107% czasu pole position zabrakło mu sześć dziesiątych sekundy. Na Lausitz sekundy i jednej dziesiątej.

„Chcieliśmy się przekonać, ile dzieli nas od światowej czołówki, w której w końcu od lat siedemdziesiątych i startów Ryszarda Mankiewicza w wyścigach Grand Prix, nie mieliśmy Polaka – wspomina Myszkowski. – Niestety, różnica w jakości motocykli była po prostu kosmiczna. Moja R7 po Oskaldzie przed remontem miała wtedy 149 koni. Fabryczne motocykle po 200. Nie było szans, aby zakwalifikować się do wyścigów, choć na Oschersleben niewiele brakowało. Wszyscy się śmiali i pytali „co on tam robi”, ale zdawałem sobie sprawę, że będę na końcu. Chciałem jednak sprawdzić, ile brakuje mi do czołówki. W mistrzostwach świata nawet ostatni zawodnik jest naprawdę kozakiem, a poprzeczka ustawiona jest bardzo wysoko. Tam nie ma słabych zawodników. To poważne zawody. Tak czy inaczej to było fajnym przeżyciem.”

Najwięcej razy swojego szczęścia w World Superbike próbował Szkopek. Debiutował w 2004 roku na włoskiej Imoli. W 2006 roku zastępował w Brnie kontuzjowanego Niemca, Maxa Neukirchnera, w ekipie Ducati Pedercini. Paweł startował także dwukrotnie w pełnym cyklu World Supersport; w 2005 roku w barwach czeskiego zespołu Intermoto, a w 2012 w lubelskiej ekipie Bogdanka PTR Honda. W 2009 roku rozpoczął sezon startując w Australii i Katarze, a rok później dwukrotnie zastępował kontuzjowanego McCoya na Triumphie, na angielskich torach Brands Hatch i Donington Park.

Trzykrotnie w World Superbike startował także mistrz Polski klasy Superbike, Adam Badziak, który swoich sił próbował w 2005 roku na torach w Brnie, Misano i Magny-Cours, dosiadając Suzuki GSX-R 1000 K5 w barwach POLand POSITION. „Pierwszy wyścig w Misano został przerwany – wspomina. – W drugim dostałem dubla. Pamiętam, jak dublował mnie Noriyuki Haga. Akurat pokazali na telebimach, jak mija mnie uślizgiem, strzelając dymem z opony prosto w twarz. Nie było to miłe! Z kolei w Magny-Cours przed kwalifikacjami rozpadł się silnik. Wyjechałem na ostatnie minuty na motocyklu Huberta Tomaszewskiego z Pucharu Polski i nie udało mi się zakwalifikować do wyścigów. W Brnie byłem 25. w pierwszym wyścigu, a w drugim zaliczyłem wywrotkę.”

Co robią dziś?

Co dziś słychać u polskich motocyklistów, którzy wówczas przecierali wyścigowe szlaki, otwierając drzwi młodszym zawodnikom, jak Andrzej Chmielewski, Adrian Pasek, czy Marcin Walkowiak, do startów w takich seriach jak World Supersport, Puchar Superstock 1000 czy Puchar Europy Juniorów?

39-letni dziś Szkopek nadal się ściga, a sezon 2015 rozpoczyna z ambitnym planem walki o kolejny tytuł mistrza Polski klasy Superbike na nowej Yamasze R1. „To mój cel numer jeden – podkreśla. – Celem numer dwa jest wygranie mistrzostw Alpe Adria i start w jednej rundzie World Superbike. Jeśli już, to będzie to właśnie Magny-Cours, ponieważ to jedyna runda, która odbywa się już po zakończeniu WMMP, a nie chcę ryzykować w żaden sposób celu numer jeden. Poza tym nadal możliwe są starty w World Endurance razem z ekipą Maco Racing.”

Andrzej Pawelec wyścigową karierę zakończył w 2008 roku, po sześciokrotnym wygrywaniu mistrzostw Polski startując w IDM Superbike, gdzie rywalizował wówczas m.in. z legendą Formuły 1, Michaelem Schumacherem. Po zejściu z motocykla „Andrew” skupił się na działalności biznesowej. W rodzinnym Nowym Tomyślu prowadzi m.in. salon samochodów BMW, ale w tym roku wraca na tor i razem z Sikorą wystartuje w pełnym cyklu IDM Superbike.

„Wracam do IDM razem z Irkiem i chcę przede wszystkim pojeździć – wyjaśnia. – Nie siedziałem na motocyklu od 2008 roku i brakowało mi tego, dlatego nie nastawiam się na wyniki, tylko bardziej hobbystyczną jazdę. Kiedyś jeździłem po to, aby wygrywać. Dzisiaj podchodzę do tego trochę tak, jak Janusz Oskaldowicz. Bardziej chodzi mi o to, aby tam być i to wszystko poczuć, niż wygrywać. Z drugiej strony testowaliśmy niedawno w Portugalii razem z Irkiem i mam wrażenie, że przez ten czas nie straciłem wiele. Jeśli ten sezon będzie udany, to za rok spróbuję powalczyć o wyniki.”

Na tor wraca także 38-letni dziś Adam Badziak, który karierę „zawiesił” – jak sam podkreśla – w 2011 roku, skupiając się na rozwoju swojego salonu motocyklowego, Yamaha POLand POSITION. Kibice doskonale znają go także jako wieloletniego komentatora wyścigów MotoGP w Polsacie Sport. Badziak zamierza w tym sezonie wznowić treningi, a w przyszłym roku ponownie ustawić się na starcie wyścigów.

Zupełnie inną drogę wybrał z kolei trzykrotny mistrz Polski klasy Superbike, 41-letni dziś Teodor Myszkowski, który motocyklową karierę zakończył w sezonie 2005, ale dwa lata później rozpoczął starty w wyścigach samochodowych. Przez sześć lat, głównie za kierownicą samochodów marki Porsche, poznaniak sięgnął m.in. po trzy tytuły mistrza Polski w długim dystansie oraz cztery tytuły mistrza Europy Środkowej. Po drodze z powodzeniem startował także m.in. w 24-godzinnym wyścigu w Dubaju. W sezonie 2011 wygrał wszystko, co było do wygrania, a rok później zakończył karierę.

Myszkowski od lat jest także jednym z najlepszych, jeśli nie najlepszym w Polsce, ekspertem zajmującym się naprawą automatycznych skrzyń biegów, rzut beretem od toru Poznań, na którym jest także okazjonalnym instruktorem jazdy, prowadząc własny warsztat, Teo Motors.

Starty na dwóch i czterech kołach pozwalają Teodorowi spojrzeć na wyścigi z unikalnej perspektywy. Niestety, w Polsce obie serie ledwie trzymają się dziś przy życiu: „W wyścigach motocyklowych 70% to zawodnik, a 30 motocykl – wyjaśnia. – W wyścigach samochodowych jest dokładnie odwrotnie. W 2005 roku testowałem na torze w Poznaniu drogową R1-kę, motocykl prosto z ulicy. Na moim Superbike’u miałem wtedy tempo w przedziale 1:37. Na drogowym motocyklu po trzech kółkach pojechałem 1:42, raptem o pięć sekund wolniej. Byłbym piąty w wyścigu Superbike’ów na motocyklu z lampami i drogowymi oponami. W wyścigach samochodowych nie masz z kolei najmniejszych szans nawet jeśli twoje auto jest tylko odrobinę gorsze. Moim Porsche w specyfikacji pucharowej jeździłem w Poznaniu 1:34. Drogową, nowiuteńką Carrerą, także model 997, pojechałem 1:53. To ogromna różnica.”

Podobnie jak Pawelec i Badziak, także Myszkowski planuje w tym roku powrót na tor, choć zupełnie rekreacyjnie: „Rok temu zabrałem moją starą R1 na trzy treningi na torze Poznań, choć jest problem z dostępnością opon 16,5 cala. Dobrze się bawiłem. Zamówiłem nową Yamahę R1M i chcę w tym sezonie po prostu pojeździć nią po torze, ale nie planuję startów w wyścigach. Rozwój motocykli, szczególnie elektroniki, poszedł przez tych dziesięć lat wyraźnie do przodu, ale takie surowe maszyny, bez tych wszystkich wspomagaczy, sprawiają mi chyba jednak większą frajdę, choć są dużo bardziej wymagające.”

Czekając na debiut Sikory

Całą czwórkę zapytaliśmy także, co sądzi i czego oczekuje po debiucie Irka Sikory w Tajlandii:

„Bardzo się cieszę, że kolejny Polak dołączy do grona startujących w World Superbike – powiedział Szkopek. – Wątpię jednak w punkty, choć kto wie, co się wydarzy, jeśli będzie padało. Musimy zdawać sobie sprawę, że nie jest łatwo wsiąść na nowy motocykl i pojechać szybko. Punkty byłyby miłą niespodzianką i nieprawdopodobnym sukcesem, i tego też Irkowi życzę, ale jeśli ich zabraknie, to też nic się nie stanie. Irka czeka debiut w World Superbike. Wszystko będzie dla niego nowe i nie będzie to łatwe, ale trzymam kciuki.”

„Po pierwsze bardzo mocno gratuluję Irkowi, bo szansa na taki start jest jak wygrana w toto lotka – dodał Pawelec. – Irek jeździ w IDM, jest w formie. Sezon dopiero się zaczyna, na wszystkich czeka nowy tor, więc wierzę, że jest szansa na punkty. Najważniejsze, to się nie nakręcać. Jeśli dobrze wystartuje i dobrze przejedzie pierwszy wyścig, to w drugim będzie miał szansę na jeszcze lepszy wynik. Duża część toru mocno przypomina ten z Poznania. Irek powinien szybko się go nauczyć, a do tego dobrze zna motocykl BMW. Ma duże szanse, a ja mocno mu kibicuję.”

„Irek jest jak wino; im starszy tym lepszy i coraz bardziej doświadczony – powiedział Badziak. – Problemem może być komunikacja z zespołem, bo Irek ma słabą wiedzę na temat tego, co zmieniać w motocyklu, ale tor w Tajlandii będzie dla wszystkich nowy i w tym widzę szansę. Irek jest w życiowej formie. Widziałem go podczas ostatniej rundy IDM Superbike rok temu i pozytywne mnie zaskoczył. To może być naprawdę miła niespodzianka. Co prawda szanse na deszcz są niewielkie, ale jeśli spadnie, to punkty byłyby realne. Irek jest w takich warunkach szybki. Rok temu Leon Camier startował w ostatniej rundzie IDM w lepszym zespole, a mimo wszystko Irek go doganiał. Jeśli będzie sucho, to myślę, że piętnastka będzie sukcesem. Będzie blisko i przy odrobinie szczęścia może się udać.”

„Ścigałem się z Irkiem i pamiętam, że w tamtym okresie byliśmy na podobnym poziomie – dodał Myszkowski. – Oczywiście od tego czasu dużo jeździł i cały czas się rozwijał, ale trudno powiedzieć, co pokaże w Tajlandii. Życzę mu, aby zdobył punkty, ale nie sądzę żeby mu się udało. Przynajmniej nie na początku. Ma na swoim koncie liczne starty w różnych seriach, ale ma też swoje lata. Z dwudziestolatkami, którzy są świrnięci, nie wygra. Albo z Baylissem, który jest trzykrotnym mistrzem świata. Nawet Troy w Australii ukończył ostatnio jeden wyścig bez punktów. W mistrzostwach świata nie ma żartów. To najwyższa liga. Irek na pewno wiele się nauczy, a potem zobaczymy. Życzę mu powodzenia. Oby przywiózł punkcik!”

Dziesięć lat temu, kiedy pierwsi rodacy przecierali szlaki w World Superbike, uparcie powtarzałem, że polską przyszłością na arenie międzynarodowej będą nie oni, lecz pokolenie ich dzieci. Dekadę później okazuje się jednak, że polskie gwiazdy sprzed lat faktycznie są jak wino i nie powiedziały jeszcze ostatniego słowa. W końcu i Troy Bayliss pokazuje, że 40-tka to nowa 30-tka. Może więc wkrótce Polska dopisze na swoje konto kolejne punkty w World Superbike. Kto wie, może już za tydzień?

Mick
Redaktor naczelny

Redaktor działu sportowego. Kompendium wiedzy o wyścigach motocyklowych. Nie ma sezonu, nie ma klasy i nie ma zawodników, o których Mick chociażby nie słyszał. Odkryje kulisy zarówno WMMP, jak i zakamarki klasy MotoGP. Masz sprawę ? Skontaktuj się. Masz sprawę ? Skontaktuj się:

Materiały premium

czytaj kolejne artykuły