IV runda Gymkhana GP: Smelka Mistrzem, a to jeszcze nie koniec!
Monika Pacyfka Tichy
2 września 2014

Działo się na warszawskiej rundzie Gymkhany! Smelka okazał się niepokonany, Beniamin powrócił, a Gruszka zaliczył świetny występ!

Ciepła i słoneczna sobota 30. sierpnia. Na przekór całej Warszawie ganiającej w biało-czerwonych szalikach, my spotkaliśmy się w Centrum Handlowym Marywilska 44, poganiać między czerwonymi, niebieskimi i żółtymi pachołkami. Gospodarz miejsca co czwartek wieczór udostępnia je nieodpłatnie gymkhanerom na treningi, a tym razem miała tam miejsce 4 runda organizowanego przez motoFUNdację cyklu Gymkhana GP – zawodów w randze Mistrzostw Polski w gymkhanie(*).

Cała śmietanka Polskiej Gymkhany stawiła się niemal w komplecie. Największym faworytem był oczywiście lider tabeli Smelka Tomek Smela ze Szczecina – dwudziestolatek w tym roku debiutujący w klasie zawodowej i od początku sezonu wygrywający po kolei wszystkie zawody. Startuje na motocyklu Honda Franca custom, skonstruowanym własnoręcznie wraz z kumplem na bazie trzech modeli Hondy. Ale wiadomo było, że nie będzie miał łatwo, jego rywale to ostrzy zawodnicy. Reprezentant gospodarzy Grześ Uliński (Honda CBR 400) – vicemistrz 2013, dwukrotnie drugi w tym sezonie – raz do Smelki zabrakło mu 0,4 sek, raz 1,0 sek sumy czasów. I powracający po poważnej kontuzji Beniamin Mucha (Wrocław, Honda CBR600RR), Mistrz Polski Gymkhana GP 2013, który w maju złamał nogę w kostce i mimo to zajął 4 miejsce, a kolejne dwie rundy opuścił zakuty w gips. Rehabilitacja jeszcze trwa, więc Beniamin nie trenował, ale tydzień wcześniej pojechał do czeskiego Kolina na Motoslalom i z marszu objechał wszystkich braci Czechów. Czesi również wystawili na Warszawską rundę swoją reprezentację – do Warszawy przyjechał ojciec założyciel MotoSlalomu, Maty Landa, pierwszy mistrz Czech 2012, vicemistrz 2013 i aktualny lider tabeli za południową granicą. Wiadomo było też, że ostro walczyć będą dwaj bardzo ambitni pretendenci: Dziki Krzysiek Dzikowski (Szczecin, Honda CBR600F4i) – złote dziecko ubiegłego sezonu, w tym roku zawsze trzeci, podgryzany przez zwycięzcę kategorii amatorów z pierwszej rundy, startującego już w klasie PRO, mistrza Polski na ćwierć mili, Łukasza „A mogłem być trzeci” Tabora 69 (Warszawa, Suzuki GSX-R 750)

Na scenę wróciła w końcu gwiazda dwóch poprzednich sezonów gymkhany kobiecej Ola Frost z Gdańska – Mistrzyni Polski Honda Gymkhana 2012 (*) i zawsze na szczycie pudła pań Gymkhana GP w 2012 i 2013. W tym roku jeszcze nie startowała, więc korzystając z jej nieobecności, wyrosła Oli poważna konkurencja w osobie Maiyi Staniszewskiej z Wrocławia. Maiya wygrała feminoklasę w cuglach już w swym debiucie na 1. rundzie (robiąc zarazem 7 czas w klasie amator i zdobywając punktowane miejsce), powtórzyła ten wynik w 2. rundzie, ale miesiąc temu w Łodzi zakręciła się bardzo, nie ukończyła przejazdu i wygrała… nagrodę pocieszenia dla zdobywcy największej ilości punktów karnych.

Prosto z biura na szczyt pudła

Jak zawsze równolegle z treningami dzień zaczął się od konkursu GP8. Jest to konkurencja, w której brak wyzwań intelektualnych kompensowany jest przez fakt, że wyniki z różnych zawodów i krajów można porównać. Rekord Polski 29,0 sek, ustanowiony przez Oscara Kubickiego w 2011 roku i wyrównany w maju 2013 przez Rufiego Rafała Dzikiego-Seredę jest zarazem rekordem Europy. W UK najlepszy nieoficjalny rezultat wynosi 29,67 sek, w Czechach 29,9. W bieżącym sezonie pucharami za 1. miejsce w tej konkurencji podzielili się po równo liderzy tabeli Smelka, Gruszka i Dziki. Najlepszy czas w tym roku, i to na lekko mokrym asfalcie wrocławskiego PZMotu wynosił 29,3. Kostka brukowa Marywilskiego parkingu jakoś nie podeszła szczecinianom, bo zrobili na niej rezultaty około sekundę słabsze niż zazwyczaj. Dziki pojechał pierwszy osiągając czas 30,94, Smelka objechał go o 0,18 sek i długo był liderem, do chwili gdy tuż przed zakończeniem konkursu, prosto z pracy na tor wbił się Gruszka. Mając w oczach takie iskry, jakby jego koła miażdżyły oprószonego podartym raportem finansowym prezesa stołecznej korpo, Grześ wykręcił czas 30,31 ku rozpaczy Tabora, który przez to spadł na czwarte miejsce. „A mogłem być trzeci”.

Niespodzianką GP8 był występ elektrycznej Julii ACME RS600. Prototypowy motocykl skonstruowany przez Chrisa Kupca z Krakowa własnymi środkami i przy pomocy czwórki przyjaciół, miał mieć swą premierę we wrześniu 2013, ale splot niefartów to uniemożliwił. O niezwykłej maszynie i jej historii pisaliśmy już na naszym portalu. Chris – człowiek, o takim szczęściu, że zapewne na środku saharyjskiej pustyni zginąłby przywalony lawiną śnieżną, w końcu przygotował swą przedziwną, bezgłośnie poruszającą się maszynę do startu, ale dwa dni przed zawodami miał bliskie spotkanie trzeciego stopnia z klasyczną konserwą z jagnięciny (baran w puszce z podporządkowanej). Został poszkodowany w wypadku, z urazami kończyn niegroźnymi, ale na tyle upierdliwymi by utrudnić start, więc jego pilotem-oblatywaczem został został jego brat duchowy i jeden z ochotników współkonstruujących Julię, Oscar Kubicki. Co ciekawe, rekordzista GP8, na swojej Suzuki GSX-R 750, którą jeździ od lat, dosłownie zmiażdżony był faktem, że miał czas o dwie sekundy gorszy niż na maszynie przyjaciela, na której zrobił zaledwie chwilę rozgrzewki. (Na Suzie 33,59 sek – na Julii 31,57 sek – o 0,02 sek (!) za sklasyfikowanym na piątym miejscu Beniaminem). Sam nie wiedział co o tym zadecydowało. Lżejsza? Moc dostępna od dołu? Czyżby ostateczna falsyfikacja powiedzenie „nie motocykl lecz technika czyni z ciebie zawodnika”? Dowód, że i to i to się liczy?

Zamienił stryjek Sicina na Kij’ek…

Trasa, którą ułożył Pedros (najlepszy strażak wśród gymkhanerów i najlepszy gymknaner wśród strażaków, jak to mówi Daniel Kisiel, „the voice of Poland’s Gymkhana”, który jak zawsze komentował zawody) z pozoru wydawała się dość łatwa. Pozornie niegroźna wydawała się innowacja w postaci „pit stopu” w połowie trasy, czyli koperta, w której trzeba było się zatrzymać, obrócić głowę w tył i ruszyć znowu. W jednym miejscu, gdzie można było się pomylić – przejeździe na prawo od czerwonego pachołka – narysowano nawet kredą strzałkę, dla jasności. Po spacerku z mapkami w ręku po trasie, jeszcze nikt się nie spodziewał, jaki deszcz pań zajmujących się komercyjnie public relations (stosunki publiczne) sypnie się na głowę Pedrosa. Zasłużenie zresztą, bo – jak sama podsłuchałam – autor, stojący na linijce, po kilku przejazdach amatorów krzyknął zaskoczony do któregoś z wolontariuszy – „Ty zobacz, ludzie nie mylą trasy!”. Przedwcześnie się dziwił, bo pomyłki później sypały się jedna po drugiej. Zepsuły m. in. występ jednego z bardzo obiecujących nowicjuszy – Sicina. Najmłodszy (16 lat) uczestnik zawodów, który na motocyklu – wróć, na chińskim szrocie – jeździ zaledwie od trzech miesięcy (!), ale ogarnia go już tak sprawnie, że pomyłka trasy w pierwszym przejeździe kosztowała go z dużym prawdopodobieństwem miejsce na podium, bo czas drugiego biegu miał lepszy niż w obu podejściach Wąski, Łukasz Gadomski ze Szczecina, który w rocznicę swego debiutu dopracował się 3 miejsca w amatorach. Jeszcze fajniej poradził sobie zwycięzca amatorów sprzed roku właśnie z Warszawy, Kij’ek Darek Sobótka. Kij’ek był czarnym koniem tamtej rundy, wcześniej trenując samotnie na podwórku wskoczył galopem na szczyt pudła klasy amator, natomiast początek tego sezonu po zmianie maszyny (Suzuki GSXR 1000 K3 Ptasiek) miał mniej udany. Teraz w Warszawie z dużym zapasem sumy czasów zdobył drugie miejsce. Objechał go, z sumą czasów 2:33,98 i czterosekundowym zapasem, tylko najstarszy stażem zawodnik na tej rundzie, Rafael Rafał Mazurkiewicz, który debiutował w pierwszych w historii zawodach Gymkhany w Polsce – w 1szej rundzie 2011 zawodów Hondy. To on właśnie z zawodów wrócił z kurtką Modeka Mesh 2, która w tym sezonie wręczana jest każdemu zwycięzcy kategorii amatorów.

Czwarty był szczecinianin Dragon, a zaraz za nim Maiya. Piąte miejsce w amatorach i tak samo jak w w 1. rundzie – 15-ty, punktowany czas zawodów. Ola Frost, ósma w amatorach i druga wśród pań, znalazła zatem godną siebie przeciwniczkę. Nieźle poradziły sobie także Totka (11. miejsce) i Aluśka (12.)

Taki duży, taki mały może kozę czcić

Dużo wrażeń widzom dostarczyli startujący poza konkursem jeźdźcy najmniejszej i największej maszyny na zawodach. Siedmioletni Szymek Budnicki, syn właścicieli OSK Motorista, współorganizatora rundy, pojechał trasę konkursową na pocket’cie offroadowym. Niestety mocno się pomylił i mimo gorącej owacji, był bardzo niepocieszony. Natomiast reprezentant MotoRmanii w osobie Piotrka Jędrzejaka postanowił połączyć przyjemne z pożytecznym i wykorzystał zawody do ujeżdżania testowej Hondy CTX1300. Landara o urodzie kaszalota z zacięciem heavymetalowym, pod tym umiejętnym jeźdźcem, w zaskakująco zgrabny i płynny sposób wiła się po meandrach tej trudnej trasy. Jędrzejak przycierając w złożeniach podnóżkami i jadąc czysto bez najmniejszego błędu zrobił 23-ci czas pierwszego przejazdu – na drugi nie mógł już czekać, gdyż wzywały go obowiązki dziennikarskie. W końcu była sobota po południu… 😉

Od Jędrzejaka: Masa motocykla 338 kg i rozstaw osi zaledwie o 45 mm krótszy, niż w Goldwingu… Mówili mi, że to niemożliwe (nawet sam w pewnym momencie miałem wątpliwości), a jednak wykręciłem czas lepszy, niż średnia w mojej klasie! Umiejętności umiejętnościami, ale Honda stworzyła naprawdę świetny motocykl. Pełny test CTXa 1300 znajdziecie w październikowym wydaniu MotoRmanii.

Koncert pierwszych razów – Rambo pierwsza krew

Wyśrubowany poziom klasy PRO dostarczył niesamowitego widowiska licznie zgromadzonemu audytorium. Całkiem ładnie zaprezentował się debiutant w klasie i zwycięzca amatorów poprzedniej rundy Snajper, mimo ustrzelenia, jak na Snajpera przystało, sześciu pachołków, zrobił szósty wynik. AutoMateusz, również właśnie awansowany do Pro, który nigdy w życiu nawet pachołka nie trącił, tym razem pomylił trasę w obu przejazdach. W pit-stopie glebę i awarię konia zaliczył Oscar, któremu wszyscy liniowi i fotoreporterzy przybiegli pomóc odpalić Suzę na pych.

Jednakowoż największe napięcie towarzyszyło występom trzech muszkieterów i dzikiego D’Artagnana. Wiadomo było, że z trzema zwycięstwami z rzędu, Smelce wystarczy którekolwiek miejsce na podium, by już w tej rundzie zaklepać sobie tytuł mistrza sezonu 2014. Matematyczne szanse na tytuł mieli jeszcze tylko Gruszka i Dziki. Nie wiadomo było też, jak poradzi sobie osłabiony poważną kontuzją i długą przerwą Beniamin. Dziki w 1. przejeździe zrobił czas 1:08,54 plus sekunda kary. Smelka po czystym jak zawsze przejeździe miał jednak rezultat 1:07,00. Co na to Uliński? Grześ, jadąc bardzo dynamicznie potrącił pachołek, zawahał się też na jednym z meandrów tego Pedrosowskiego labiryntu i dotarł na metę z czasem 1:10,16 plus sekunda. Beniamin pokazał, że nawet potrzaskana kostka nie jest w stanie powstrzymać jego geniuszu. Mistrz 2013 pojechał bezbłędnie i po 1. kolejce ustawił się na miejscu drugim tracąc zaledwie pół sekundy do również genialnego Smelki.

Niesamowity jest fakt, że ci czterej wybitni zawodnicy jeżdżą zupełnie różnymi technikami. Ostry przeciwsiad wysokiego Beniamina stoi w skrajnym kontraście do wychyleń do wewnątrz zakrętu Smelki. Obaj oni jeżdżą bardzo płynnie, Beniamin wręcz – delikatnie, zaś Dziki i szczególnie niewysoki Gruszka – ostro i dynamicznie. Z nich czterech to właśnie reprezentant gospodarzy w drugiej kolejce jechał jako pierwszy. Rozprawiając się z kolejnymi rotacjami z subtelnością wnerwionego aborygena wyrąbującego maczetą australijski busz, Grześ radykalnie poprawił czas – 1:05,90, plus jeden pachołek. Jeszcze szybciej, o pół sekundy, pomknął Dziki rzucając się w kolejne złożenia jak królik po koksie, znów – o dziwo – bez gleby, o pół sekundy poprawiając Grzesia, ale również zaliczając pachołek. Beniamin, składając swoją Cebrę w transcendujące fizykę przytulenia do asfaltu i mimo to na nim nie lądując, w czystym przejeździe zrobił czas niemal identyczny jak w pierwszym. Smelka miał zatem cztery sekundy zapasu do Grzesia, dwie do Dzikiego i niecałą do Beniamina. Na całym parkingu Marywilskiej chyba nikt nie oddychał, gdy dwudziestoletni rookie z precyzją neurochirurgicznego skalpela i siłą spokoju buddyjskiego mnicha owijał muskularną sylwetkę Francy wokół kolejnych pachołków z taką kontrolą, jakby stanowili jeden, biologiczno-metalowy organizm.

A czas leci. Minuta i pięć, pięć i pół, sześć…

Stoper zatrzymał się na 1:06,96.

Entuzjastyczny wrzask wzbił się pod zachmurzone niebo nad Warszawą. Mamy Mistrza Polski!!! Smelka niepokonany w sezonie, wygrał po raz czwarty z rzędu, z półtora sekundy zapasu sumy czasów. I niczym Marc Marquez, z tego samego doskonałego rocznika 1993, został mistrzem już w w swym pierwszym sezonie w najwyższej klasie!

Dziki, tak samo jak w każdych zawodach od początku roku, był trzeci, ale Taborowi, lądującemu na piątym miejscu, tym razem zostało tylko pocieszenie, że gdyby nie powrót Beniamina, to mógł być tradycyjnie czwarty…

Ideał sięgnął bruku 😉

Na deserek tradycyjnie zaserwowano widzom rozgrywkę o Złote Kalesony, czyli Puchar Motoristy. Na ćwierćfinał Benek wylosował Kij’ka, Gruszka – Rafaela. Dragon i Wąski, często trenujący razem na szczecińskim pasku (na którym można dostać ptaka w butelce), tym razem mieli odwrotną kolejność niż w konkursie głównym. Smelka i Dziki – również kumple razem trenujący na pasku – spotkali się już w półfinale. Dziki, niepokonany do dziś rekordzista ilości gleb na jednych zawodach (pięć – we Wrocławiu) i tym razem dojechał do końca trasy gumą do dołu. Pierwsze w tym sezonie zawody bez gleby? Kim jesteś i co zrobiłeś z Dzikim, którego znaliśmy? 😉 Smelka jadąc przeciw niemu udowodnił, że można na tej trasie zejść poniżej minuta pięć i ustanowił rekord toru (1:4,91).

W półfinale Beniamin poprawił swój czas do minuty sześć, ale tym razem Grześ był szybszy, więc w finale spotkał się ze Smelką. I tym razem to świeżutki Mistrz Polski, dużą część swej przewagi zawdzięczający bezbłędnym, czyściutkim przejazdom, zrobił coś, czego nie zrobił jeszcze nigdy w karierze – w ostrej rotacji wylądował na kostce brukowej! Gruszka zatem, podobnie jak w Łodzi, zdobył puchar.

Współorganizatorzy: Pedros (pedros.com.pl; GymkhanaPolska.pl) i OSK Honda Motorista – zabrali się za zwijanie bannerów i składanie barierek, a wy pamiętajcie, że piąta runda Gymkhana GP już niedługo – za niecałe trzy tygodnie, 20 września, spotykamy się w Szczecinie. Tam rozstrzygnie się tytuł vicemistrza i drugiego vicemistrza Polski. Wstęp i uczestnictwo jak zawsze bezpłatne. motoFUNdacja zaprasza do Stolicy Polskiej Gymkhany! Będzie się działo!

Wszystkie szczegóły, rejestracja online, regulaminy, wyniki poprzednich rund, klasyfikacja generalna na stronie gymkhana-gp.pl, a bieżące aktualności na FB imprezy.

motoFUNdacja dziękuje za wsparcie: MotoRmania, Modeka Polska, Speed Day, Excavar Maszyny Budowlane, Garmin, OSK Motorista, Motopasja.eu, motopomocni.pl, pedros.com.pl, OSP Kobyłka, Centrum Handlowe Marywilska 44, GymkhanaPolska.pl. Szczególne podziękowania motoFUNdacja kieruje do swoich niezastąpionych wolontariuszy, bez których zaangażowania i ofiarności tych zawodów by nie było.

Autorami zdjęć są: Monika Pacyfka Tichy, Krzysiek Sopel Sopoćko i Mateusz Automateusz Jeżewski

(*) Zawody GymkhanaGP, jedyne w Polsce i największe w Europie kontynentalnej zawody w tej dyscyplinie, czy to z wrodzonej anarchii organizatorów, czy dla ułatwienia uczestnictwa amatorom, nie podlegają pod żadne związki i federacje, dlatego są to nieoficjalne Mistrzostwa Polski. Niemniej przyjęło się ich zwycięzców określać mianem Mistrza Polski. Analogiczny status miały w 2011 i 2012 roku zawody Honda Gymkhana.

Monika Pacyfka Tichy
Redaktor naczelny

Felietonistka. Jedyna osoba z redakcji z nader stoickim i socjopsychologicznym spojrzeniem na świat, oaza spokoju i miłości. Można ją spotkać w trasie na Hondzie CBF250. Miłośniczka Gymkhany, gorąco kibicująca Adaśko "82" oraz Oscarowi "8". Masz sprawę? Skontaktuj się. Masz sprawę ? Skontaktuj się:

Materiały premium

czytaj kolejne artykuły