Gymkhana jako wstęp do wyścigów torowych? Dlaczego nie!
Monika Pacyfka Tichy
15 maja 2014

Monika zauważyła, że treningi i starty w Gymkhanie procentują świetnymi umiejętnościami jazdy po torze. Dlaczego doszła do takiego wniosku? Sprawdźcie sami na przykładzie trzech młodych zawodników!

28 kwietnia 2014. Stary Kisielin pod Zieloną Górą, tor kartingowy. Marc Marquez pewnie by się tu nudził, ale motocykliści, którzy swoje rekordy prędkości do tej pory bili na Tora Bora, trójpasmowej ulicy Generała Bora-Komorowskiego, mają mnóstwo frajdy z odkręcania manetki bez obawy, że przyłapią ich na tym strzegące śródmiejskiej obwodnicy Błękitne Anioły w kwadratowych rydwanach z rejestracjami HPW. Trzydziestu paru jeźdźców z krakowskiego forum motocyklowego Grupy Południe spotkało się tam na pierwszej tegorocznej edycji imprezy „Bezpieczeństwo i Rywalizacja”. Idea jest prosta: zrzuta na wypożyczenie toru, cały dzień treningów w podziale na grupy, a na koniec wyścig w dwóch klasach. Pośród trenujących jest trzech chłopców, o których można było przeczytać jesienią na MotoRmanii, w relacji z mistrzostw Gymkhana GP: „Zobaczymy, co w przyszłym sezonie pokażą świetnie zapowiadający się rookies – Dziki, Smelka i Dr Marino.”

Złam set i wygraj

Gymkhana czyli jazda precyzyjna na czas między pachołkami, to jedna z najtańszych i najbardziej dostępnych dyscyplin dla amatorów sportów motocyklowych. Aby ją trenować, wystarczy kawałek asfaltu, pachołki można zastąpić butelkami pet, a motocykl nie musi spełniać żadnych szczególnych wymogów. Nie trzeba dojeżdżać na tor, płacić startowego, wyrabiać licencji. Start w organizowanych przez motoFUNdację ogólnopolskich zawodach jest bezpłatny i nie wymaga żadnych uprawnień oprócz prawa jazdy. Oczywiście ci, którzy chcą walczyć o miejsca w klasie profesjonalnej, inwestują w swoje maszyny, najczęściej zmieniając przełożenie, kierę i dodając klatkę, ale początkujący startują w klasie amatorów, tak więc nawet debiutant na najzwyklejszym, drogowym motocyklu może walczyć o podium…

Pierwsza, majowa runda ubiegłorocznej Gymkhany nazwana była „Dniem złamanego seta”. W ów dzień ze szczecińskiego nieba lało strugami grubszymi niż te, które krzyżują się w męskiej toalecie po maratonie piwnym. Zatem gleby były wyjątkowo częste, a najczęściej uszkadzającym się elementem motocykli był set. Jednym z poszkodowanych był debiutant ze Szczecina, Dziki, Krzysiek Dzikowski. Pojawił się na zawodach po raz pierwszy, złamał set w CBR 600F4 w pierwszym przejeździe konkursowym, ale otrzymał pomoc od nieznajomych, zdążył dokończyć rywalizację i wjechał od razu na szczyt pudła w klasie amatorów. Taki sukces oznaczał w tamtym sezonie awans do klasy profesjonalnej. Młody debiutant nawet nie przypuszczał, że będzie mógł walczyć o liczące się miejsca, ale w kolejnych rundach dwukrotnie wykręcał czasy lepsze od większości zawodników „pro”. Dwa razy wylądował na czwartym miejscu, tracąc podium dosłownie o tzw. „piczykłak”: raz zabrakło 0,1 sek, raz 0,4…

Od komentarza na MotoRmanii do podium w Pucharze Polski

DrMarino, czyi Mariusz Juszczak, siedemnastolatek z Krakowa, czytelnik MotoRmanii, był bohaterem historii jak z filmu – a konkretnie z filmu „Efekt Motyla”. Nie przypuszczał jak wiele w jego życiu zmieni moment, gdy dodał komentarz pod jednym z moich artykułów o gymkhanie. Spodobał mi się wyrażony przezeń sposób myślenia i dodałam go do znajomych, a parę miesięcy później zaprosiłam na pierwszą majową Gymkhanę. Z braku funduszy przyjechał do Szczecina pociągiem, jedynie aby wystartować w GP8 na motocyklu udostępnionym przez organizatora. Byłam pod takim wrażeniem jego poświęcenia (14h na siedząco w pociągu dla 2x po 30 sekund rywalizacji), że mimo iż widziałam człowieka pierwszy raz w życiu na oczy, dałam mu swój motocykl na konkurs główny.

Marino w swoim pierwszym przejeździe w życiu tak popieprzył trasę, że był ostatni. Ale po drugim przejeździe wszystkim opadły póły. Zrobił czas lepszy od wielu zawodowców, a z amatorów szybszy od niego był tylko wspomniany wcześniej Dziki… Na kolejnej rundzie w Szczecinie Marino poprzycierał podnóżki mojej nieprzystosowanej Hondę CBF250 do granic jej geometrii i wygrał kategorię amatorów w cuglach – zawodnik na drugim miejscu miał sumę czasów większą o prawie 13 sek!!

Nagrody oraz przyjaźnie zdobyte w gymkhanie umożliwiły nastoletniemu Marinowi debiut w Wyścigowym Motocyklowym Pucharze Polski na Torze Poznań dwa tygodnie później. Startując swoją starą i zajechaną Aprilią RS125 z 2001 roku (!) na drogowych oponach, po jednym zaledwie treningu (bo na sliki i więcej sesji już kasy nie wystarczyło), okrążając tor po raz ósmy w życiu, Marino wykręcił czas 2:05, a następnie objechał wielu doświadczonych zawodników na wyśrubowanych maszynach, kończąc swój dziewiczy wyścig na miejscu piątym. Kolejne rundy pokazały, że to nie szczęście czy błąd rywali, ale talent decyduje o jego wynikach: w sierpniu był czwarty (2:01), we wrześniu trzeci, w kwietniu w tym sezonie na Slovakiaring – drugi.

Francę się łapie z miłości…

W czasie wrześniowej Gymkhany, w kategorii amatorów moim faworytem był dziewiętnastolatek ze Szczecina, Smelka – Tomek Smela. Wcześniej wygrał w tej klasie w lokalnych zawodach w Gdańsku, a przy okazji wykręcił tam drugi czas generalki. Z zawodu mechanik motocyklowy, startował na blisko dwudziestoletnim Suzuki GN 250 odkupionym ze szkoły nauki jazdy. Jak się okazało Smelka nie tylko wygrał w klasie amatorów, ale też na tej sędziwej 250tce wykręcił piąty czas zawodów, zaraz po zawodowcach na CBRkach. Objechał też o 4,6 sek. Miondira, jak się parę tygodni później okazało – Mistrza Czech.

Z myślą o rywalizacji w kategorii profesjonalnej, Smelka wraz z kolegą Bodziem stworzyli przez zimę prototypowy motocykl z różnych dostępnych części. Mocno przerzeźbiona rama od Hondy CB 450S z 1986 roku, przednie zawieszenie od CBR 600F4i, tylne oraz silnik od Hondy CBF500. Do tego mnóstwo autorskich rozwiązań typu chłodnice z nagrzewnic od Opla Astry i rurek polutowanych przez hydraulika. Honda pozszywana została z pozostałości po różnych koniach, niczym Frankenstein, stąd jej słodkie imię Franca.

Tak wygląda Franca. Wow!

Bezpieczeństwo i Rywalizacja

Tymczasem wracamy na tor w Kisielinie. 1042m asfaltu, siedem zakrętów, jedna szykana, czterdziestu jeźdźców. Uczestnicy imprezy „Bezpieczeństwo i Rywalizacja”, głównie Krakowiacy z Grupy Południe, śmieją się, że bezpieczeństwo było w nocy pod namiotami, a na dzień zostawiają tylko to drugie. Coś w tym jest – dla obu aspektów ważne jest odpowiednie ogumienie. Mimo kozackich deklaracji, kierowcy w bardzo zdyscyplinowany sposób jeżdżą po torze w dwóch grupach, podzielonych ze względu na umiejętności. Niedoświadczeni mogą liczyć na wsparcie merytoryczne, instruktaż teoretyczny i praktyczny (jazda po torze z trenerem). Półgodzinne naprzemienne sesje trwają od rana, po południu zaś chętni mogą pobrać urządzenie do pomiaru czasu. Najlepszy z uzyskanych czasów okrążenia to podstawa do kwalifikacji do wyścigów, które odbędą się w dwóch klasach – maszyn o mniejszej i większej mocy, obliczonej na podstawie stosunku mocy do masy. Granicę stanowi wartość 0,24 kW/kg. CBRka Dzikiego kwalifikuje się do klasy „mocniejszej”, zaś Aprilia Marina oraz Franca Smelki (58KM, 170kg) – do „słabszej”. Konie szczecinian mają gymkhanowe przełożenie (zębatka 51 typu pizza z tyłu), co daje im większą zrywność potrzebną w jeździe sprawnościowej, ale mniejszą wydajność przy większych prędkościach.

W wyścigu klasy słabszej Marino startuje z pole position. Smelka rusza z trzeciej lokaty i szybko wyprzedza „Wióra” na supermoto KTM LC4. Młody Marino, mający już całoroczne doświadczenie z wyścigów, perfekcyjnie dobiera linię w zakrętach i utrzymuje prowadzenie. Po glebie jednego z uczestników wyścig jest wstrzymany i wznowiony w sposób lotny, ale kolejność już się nie zmienia. Marino melduje się na mecie pierwszy, Smelka drugi. Jego rywal Wiór na ostatniej prostej próbuje go dogonić w tak desperacki sposób, że finiszuje wyścig na bandzie.

W klasie mocniejszej pole position ma Dziki, ale przez całe 7 kółek siedzi mu na ogonie Koroviov Marek Feliksik z Krakowa na Suzuki SV650S – człowiek, który swego czasu również jeździł na torze, a teraz pomaga młodym zawodnikom, także swemu synowi. Przepiękny pojedynek być może skończyłby się na korzyść Marka, ale w momencie gdy przypuścił atak, w kolejnym zakręcie znalazło się dwóch zdublowanych zawodników, którzy zmusili obu rywali do hamowania. Dziki, nie bez wysiłku, utrzymał swoje prowadzenie już do końca wyścigu.

Duży wyrasta z małego

Piękny był moment wręczania nagród, kiedy na szczytach pudeł stanęli w komplecie trzej obecni tam zawodnicy Pacia Racing – zespołu pod wezwaniem MotoRmanii. Trzej najlepsi debiutanci ubiegłorocznego sezonu Gymkhany – do tego dwaj którzy wcześniej nie jeździli na torze.

Właśnie w tym momencie zdałam sobie sprawę, jak umiejętności nabyte w Gymkhanie przydają się na torze wyścigowym. Dlaczego tak uważam?

1. Żeby umieć dobrze jeździć szybko, trzeba się nauczyć jeździć pomału. Odkręcenie manetki na prostej nie jest żadną filozofią, a kontrolowanie motocykla, który porusza się z niewielką prędkością, to jest właśnie wyższa szkoła jazdy.

2. Im więcej razy pocałujesz asfalt na treningu gymkhany, tym mniej gleb zaliczysz na torze. Pomijając oczywiste względy bezpieczeństwa, pomyśl też o kosztach. Lepiej się wypieprzać przy małej prędkości, niż na wejściu na dużą patelnię.

3. Sztuka gymkhany polega na kontroli gazu i hamowania, którą potem można zastosować do tych samych działań na torze. Różnica jest tylko ilościowa, a nie jakościowa.

4. Gymkhana daje oswojenie z kontrolowaną bliskością asfaltu z twojej lewej i prawej strony oraz pozwala poznać możliwości opon. Przyzwyczajenie do złożeń procentuje na torze, bo składanie się w zakręty na początku jest ograniczone bardziej psychiką kierowcy, niż możliwościami maszyny.

5. Gymkhana rewelacyjnie wyrabia nawyk patrzenia tam, gdzie chcesz pojechać. Bo jedziesz tam, gdzie patrzysz. Początkujący racer’zy, gdy popełniają błąd, często dokładają do niego drugi – patrzą w to, w co za chwilę się wpakują. A czasem jest tak, że można się wybronić koncentrując się na poprawnym kierunku jazdy. Jeśli właśnie przepałowujesz zakręt, to mimo to patrz nie tam gdzie się za chwilę znajdziesz, ale gdzie byś się chciał znaleźć.

Poprawność tej teorii udowodnili Smelka i Dziki, bo mimo że byli po raz pierwszy na torze (w przeciwieństwie do części innych zawodników), to osiągnęli od razu świetne wyniki w pierwszym z serii wyścigów MotoPucharu. Obiekt w Starym Kisielinie to wprawdzie tor kartingowy, ma niewiele ponad kilometr, ale stąd do dużego toru typu Poznań jest już znacznie bliżej, niż mogłoby się wydawać. Kolejne edycje „Bezpieczeństwa i Rywalizacji” będą się bowiem finalizować podobnym współzawodnictwem, a klasyfikacja generalna wyłoni zwycięzców sezonu, którzy otrzymają nagrody rzeczowe.

Last but not least, jest jeszcze jeden powód dla którego ci, którzy marzą o jeździe na torze, warto by zaczęli od gymkhany. Wyniki w niej osiągnięte, praktycznie bez kosztów (poza dojazdami na zawody), są dobrą podstawą do ubiegania się o niezbędny w tym sporcie sponsoring. Duże wyścigi to niestety duże koszty.

Monika Pacyfka Tichy
Redaktor naczelny

Felietonistka. Jedyna osoba z redakcji z nader stoickim i socjopsychologicznym spojrzeniem na świat, oaza spokoju i miłości. Można ją spotkać w trasie na Hondzie CBF250. Miłośniczka Gymkhany, gorąco kibicująca Adaśko "82" oraz Oscarowi "8". Masz sprawę? Skontaktuj się. Masz sprawę ? Skontaktuj się:

Materiały premium

czytaj kolejne artykuły