Wypad na Silverstone – emocje MotoGP od środka!
MotoRmania
13 września 2013

Jeden z naszych czytelników, Paweł, wybrał się na MotoGP na tor Silverstone – przeczytajcie opis jego wrażeń!

tekst: Paweł Pankiewicz
foto: Grzegorz Czwerenko (aka Wujek)

Pracuję w UK dla firmy, której sprzętu używa się w wyścigach wszelkiego kalibru. Między innymi MotoGP – o tak, GP. Już od jakiegoś czasu chodziło mi po głowie, żeby się wybrać na Silverstone. Jednak każdy pracujący i posiadający rodzinę człowiek wie jak to jest. Pieniądze i czas, bo chęci nie brakowało. Jakiś miesiąc przed Grand Prix w UK, na mój dział przychodzi koleżka Raj i jak to zwykle bywa – czegoś chce. Krótka piłka, co i jak, odpowiadam „no problem mate”, ale jak to w życiu bywa nic za darmo. „Dla Ciebie wszystko mate”, więc ja na to: „bilety na MotoGP Silverstone”. Odpowiedź pada szybko, biletów nie może załatwić, ale przepustki tak. „Wszystko załatwię” – zapewnia mnie. Kilka osób z mojej firmy było też zainteresowanych, więc został zorganizowany autokar. Ale tylko na jeden dzień i to w piątek… Trochę się zmartwiłem, lecz mój człowiek mnie nie zawiódł i zapewnił, że mogę zaliczyć cały weekend. Gdy doszło do konkretnej rozmowy, zapytałem czy da radę więcej niż jedną wejściówkę. Na myśl nasuwał mi się mój przyjaciel Grzesiek (nick Wujek), z którym śmigam na moto gdzie i kiedy się da, no i brat Sławek (nick Witek). Kolejny raz Raj nie zawiódł – „damy radę, dostaniesz trzy”.

Dzień wyjazdu 30 sierpień 2013, dojeżdżam do pracy widzę autobus i kilku znajomych z pracy. Do Silverstone mamy jakieś 2 h, ale drogi są trochę zatłoczone, więc na miejscu jesteśmy po 2,5h. Zero problemu. Na miejscu od razu, gdy tylko mam okazję, idę w stronę toru. Wycieczka została zorganizowana przez naszą firmę, więc przez jakaś godzinę chodziliśmy i oglądaliśmy technologie. Nie narzekałem, bo to dzień testowy i jak na razie na torze latały małe pojemności. Pierwsza liga miała zacząć około 14:00. Dostaliśmy trochę swobody, wiec idę po swojemu – wchodzę wszędzie gdzie mogłem wejść z moją przepustką.

Cykam fotki i oglądam co się da… Chwila namysłu, ja znam tego faceta, był to Jeremy Burges – szef mechaników teamu Yamaha! Podchodzę i grzecznie pytam, czy nie ma nic przeciwko, jak zrobię sobie z nim zdjęcie. Nie odpowiedział, tylko stanął w pozycji do zdjęcia, więc szybko zmotywowałem kolegę do zrobienia fotki. Podziękowałem Jeremiemu, a on poszedł dalej w tłumek ludzi, którzy już zerkają by uczynić to samo, co ja. Powłóczyłem się jeszcze trochę i nastała godzina dużych chłopców. Było słychać różnicę miedzy niższą ligą, brzmienie było niesamowite. Jazdy testowe trwały jakieś 45 min. Po zakończeniu zbiórka, wspólna fota i powrót do firmy po samochód, potem do domu. Ale to jeszcze nie koniec, to dopiero początek!

W domu jestem dość późno, więc jeść i spać, a jutro wyruszamy wcześniej. Wyjeżdżam z domu o 6 rano po Wujka i do mojego brata, a stamtąd do Silverstone. Kilkadziesiąt mil przed torem już są korki i na miejsce dojeżdżamy około 10, lipa, ale bez stresu. Telefon do koleżki – jest nieźle, mamy wjazd na parking w środku toru. Parkujemy, aparat, wejściówki i idziemy jak najszybciej, aby znaleźć się jak najbliżej toru. Dużo nie straciliśmy, MotoGP miało dopiero warm-up, a kwalifikacje zaczynały się 13.30. Mieliśmy trochę czasu, więc lecimy gdzie się da i cykamy fotki. Jest czym nacieszyć oko, nie tylko różnego rodzaju moto, ale także płcią piękną. Żeby nie podpaść pięknej i wspaniałej mojej żonie, to ja robiłem za paparazzi, a za modeli Wujek, Witek i dziewczyny w barwach różnych teamów. Pod ciężarówkami Yamahy i Hondy non stop tłumy, wszyscy czekają na mignięcie sławnej twarzy. Kilka fotek i idziemy dalej. Trochę nam zeszło, bo okazji do zrobienia sobie zdjęcia z hostessami było naprawdę bardzo dużo…

Zbliża się czas kwalifikacji, czas iść pod tor. Fajną miejscówkę znaleźliśmy już wcześniej, więc tam się udajemy. Piękny dzień, gorąco, świeci słoneczko, siedzimy na trawie – no to zdrówko za udaną wyprawę. Kończymy piwko – oczywiście bezalkoholowe;) – i się zaczyna, nadciąga horda motocykli w niesamowitym huku sportowych tłumików. Po kilku przejazdach można już było rozpoznać po dźwięku, kto się zbliża jeszcze zanim wyskoczy zza zakrętu. Słuchaliśmy tego jak koncertu w wydaniu pięknie brzmiących tysiączków z rożnych stajni. Po kwalifikacjach idziemy na małe zakupy, a wszędzie gdzie się odwrócimy, zobaczyć można w tłumie akcent numeru 46. Żółte koszulki z Doktorem, flagi, czapeczki i tym podobne widać wszędzie. Valentino Rossi, chodź już nie wygrywa, jest najbardziej kochanym kierowcą dla fanów GP. Przenosi się to na ceny przy stoiskach z gadżetami VR. Zmęczeni już trochę, decydujemy wracać, by ominąć korki i odpocząć – jutro startujemy o 4 rano. Powrót do domu był długi, a ja zmęczony poszedłem szybko spać.

Budzik o 3:00. Dziś na dojazd do brata wybrałem moto (Suzuki GSX-R 750) i zajęło mi to mniej czasu, niż wczoraj samochodem, ale nie ze względu wcześniej pory i braku ruchu… Na miejscu czekał już na mnie Wujek i jego Yamaha FZ1. Pakujemy ekipę w auto i szybko wyruszamy, drogi prawie puste, więc docieramy na miejsce o wiele szybciej niż wczoraj. Parkujemy i wypełniamy plan – kimnąć się parę godzin by nie wyglądać ja zombie. Pobudka, szybkie dojście do siebie, odświeżenie i lecimy dalej. Zaczyna się rozgrzewka i orkiestra tłumików zaczyna znowu grać. Słuchamy, oglądamy i robimy masę zdjęć. Wtem komunikat: Honda i Yamaha zaliczyły wywrotkę. Marc Márquez, który uderzył w motocykl Cala Crutchlowa (trzeci już rozbity w ten weekend), prawdopodobnie połamał nadgarstek. Szok na trybunach – no to już zakończył sezon. Po chwili korekta: Marquez wybił sobie bark, ale już został „naprawiony” i będzie startował w wyścigu. Twardy zawodnik!

Następne śmigają Moto2 i jeszcze kilka innych grup, ale każdy jest tu dla MotoGP. Czekając na start ustawiamy się koło linii startowych. Przed rozpoczęciem wyścigu jest jedno okrążenia testowe, potem zawodnicy ustawiają się na swoich miejscach. Zaczyna się. Każdy przekręca gaz w swoim moto tak, że daje to wrażenie wielkiego roju wściekłych os szykujących się do ataku – coś wspaniałego. Wystartowali, rój rozpoczął atak – już nie wspólnie, ale pomiędzy sobą. Po starcie zmieniamy miejsca, by mieć możliwość zobaczenia jak najwięcej. Prowadzenie od początku obejmuje Lorenzo z Yamaha Factory Racing, cały czas atakowany przez team Honda Repsol. Trzy okrążenia do końca. Marquez atakuje i przejmuje prowadzenie, by po kilku sekundach oddać je Lorenzo. Na ostatnich wirażach ponawia atak i po raz kolejny na kilka ledwie sekund obejmuje pozycję na szpicy, ale na kolejnym wyjściu z zakrętu Yamaha broni się i to ostatecznie zawodnik nr 99 kończy wyścig na pierwszej pozycji. Ulubieniec tłumów, czyli Valentino -the Doctor- Rossi zajmuje 4 miejsce. Dwadzieścia okrążeń i trzy kwadranse mijają nam jak 5 minut.

Po wyścigu spotykamy się ze znajomym pracującym na GP, a ten zaprasza nas do Australii na kolejny z etapów MotoGP. My na to „jak kupisz bilety na samolot, to jesteśmy”. „Ja załatwię wejściówki, a wy tylko przejazd” – odpowiada ze śmiechem. Na tym kończy się nasz wyjazd do Australii.

Wielkie dzięki dla paru osób, które przyczyniły się do naszego wyjazdu na MotoGP. Było super i mam nadzieję, że to powtórzę, może nawet w innym kraju. Trzeba spełniać marzenia i mieć kolejne do spełnienia!

MotoRmania
Redaktor naczelny

to lifestylowy magazyn o tematyce motocyklowej. Ekskluzywność tego tytułu podkreśla nie tylko doskonałej jakości papier, ale przede wszystkim wyjątkowe materiały. Masz sprawę ? Skontaktuj się:

Materiały premium

czytaj kolejne artykuły