Ducati oficjalnie potwierdziło podpisanie dwuletniej umowy z Calem Crutchlowem. Co strzeliło do głowy wygadanemu Brytyjczykowi, aby aż tak utrudniać sobie życie w MotoGP? A może w tym szaleństwie jest metoda?

Crutchlow to zdecydowanie najlepszy zawodnik prywatny w MotoGP od wielu lat. Poza imponującą szybkością, 27-letni Brytyjczyk ma także wyjątkową osobowość, którą zdobywa kolejnych fanów równie skutecznie, co swoimi wybrykami na torze. Tutaj też zawodnik ekipy Monster Yamaha Tech 3 ma się czym pochwalić. W tegorocznych dziewięciu wyścigach Crutchlow aż cztery razy stawał na podium, a raz wywalczył pole position.

Wygląda na to, że jego pierwsze zwycięstwo, a także pierwsza wygrana w królewskiej klasie Brytyjczyka od 32. lat, to tylko kwestia czasu, ale jeśli Cal nie zrobi tego w tym sezonie, na szczycie podium MotoGP może nie stanąć już nigdy.

Mimo świetnych wyników na satelickiej Yamasze, były mistrz świata Supersportów postanowił jednak zmienić barwy i prowadzącą się jak po sznurku M1-kę zamienić na kapryśne, podsterowne, nerwowe, ale fabryczne Ducati. Dlaczego?

Pieniądze to nie wszystko, ale wszystko bez pieniędzy to…

Po pierwsze, ale chyba nie najważniejsze, dla kasy. Za dwuletni kontrakt, Crutchlow otrzyma od Ducati trzy miliony Euro. Choć to zdecydowanie mniej niż kilkanaście milionów Euro, jakie rocznie inkasował w barwach ekipy z Bolonii słynny Valentino Rossi, to jednak Brytyjczyk przez dwa sezony zarobi w Ducati kilkaset tysięcy Euro więcej, niż jego nowy-stary kolega zespołowy, Andrea Dovizioso.

Yamaha za roczne przedłużenie umowy na starty w zespole Tech 3 zaproponowała jednak Crutchlowi w Niemczech aż milion Euro, dlatego decyzja Brytyjczyka z pewnością nie jest zmotywowana wyłącznie chęcią łatwego zysku. Idźmy więc dalej.

Żadnych romansów, tylko poważny związek

Ducati daje Crutchlowi status fabrycznego zawodnika i potencjalnie numeru jeden w zespole jeśli będzie w stanie zostawić w tyle Dovizioso (a on sam jest o tym święcie przekonany, czego dowiecie się z naszego ekskluzywnego wywiadu, opublikowanego w sierpniowej MotoRmanii). Tego niestety Yamaha nie mogła mu zaoferować.

Co prawda Japończycy zaproponowali Brytyjczykowi fabryczny kontrakt i fabryczny motocykl, co było warunkiem absolutnie koniecznym, ale nie zgodzili się na nic więcej. A tym „więcej” – a przy okazji języczkiem u wagi, który przechylił szalę na korzyść Ducati – była właśnie dłuższa perspektywa.

Crutchlow domagał się od Yamahy dwuletniej umowy i gwarancji, że po kolejnym sezonie w barwach Tech 3, za rok awansuje do fabrycznego zespołu. Na to oczywiście szef Yamaha Motor Racing, Lin Jarvis nie mógł się zgodzić i trudno mu się dziwić. Co prawda kontrakty Jorge Lorenzo i Valentino Rossiego ważne są do końca roku 2014, ale kto wypuściłby z rąk takich zawodników?

Crutchlow mógłby oczywiście podpisać roczny kontrakt i liczyć, że za rok Rossi zdecyduje się zakończyć karierę lub że Honda straci cierpliwość i postanowi pożegnać się z Danim Pedrosą. Oba scenariusze wydają się jednak mało prawdopodobne, a gdyby Cal przegapił w tym roku pociąg o nazwie Ducati, ktoś inny wskoczyłby na jego miejsce i podpisując dwuletnią umowę skutecznie zamknąłby Brytyjczykowi drzwi na sezon 2015.

Cal nie miał więc zbyt wielu alternatyw i mimo fabrycznej maszyny oferowanej przez Yamahę, zdawał sobie sprawę, że dla japońskiej marki będzie co najwyżej numerem trzy (a może nawet cztery, jeśli w MotoGP dobrze odnalazłby się Pol Espargaro, który dołączy do Tech 3 za rok). Cal ma też świadomość, że jego kariera nie będzie trwała wiecznie. Niezależnie od dokonanego wyboru, za dwa lata Crutchlow szczyt formy z pewnością będzie miał już za sobą, a co za tym idzie nie będzie mógł liczyć na równie lukratywny kontrakt, jak ten, jaki zaproponowało mu obecnie Ducati.

Grzech pychy?

Kiedy rozmawiałem z nim w Niemczech, Cal był przekonany, że Ducati wreszcie wróci na właściwą drogę i zbuduje konkurencyjną maszynę. Sęk w tym, że na to samo liczymy od kilku lat, a powrotu na szczyt nie zapewnił Włochom ani Valentino Rossi, ani głośne przejęcie przez niemiecki koncern Audi i drastyczna restrukturyzacja działu wyścigowego.

Na Sachsenringu szef mechaników Valentino Rossiego, Jeremy Burgess, powiedział mi, że projektu Ducati nie „kładą” ludzie, którzy pracują na torze, a kierownictwo, które nie słucha zawodników i „wierzy, że w jakiś magiczny sposób podczas kolejnego wyścigu wszystko się zmieni”. Teraz, kiedy Filippo Preziosiego zastąpił Bernhard Gobmeier, wydawać by się mogło, że sytuacja uległa zmianie, ale nie do końca.

Andrea Dovizioso podkreślał w Niemczech podczas naszego krótkiego wywiadu, że: „Ducati musi najpierw zmienić bardzo wiele w swoich strukturach, a dopiero potem zabrać się za motocykl”.

„Spodziewałem się trudnego początku, ale liczyłem na postępy i jestem rozczarowany ich brakiem” – dodał Andrea, powtarzając dokładnie to samo, co przed nim chociażby Valentino Rossi. Wszystko to może wskazywać, że Ducati czeka jednak dość długa droga.

Crutchlow wierzy, że los w końcu uśmiechnie się do Włochów, ale na pierwszy rzut oka może się wydawać, że 27-latek popełnia grzech pychy – dokładnie tak samo jak przed nim Rossi. „Valentino nie podobało się, jak w siłę w Yamasze urósł Jorge Lorenzo, dlatego w 2010 roku postanowił przejść do Ducati i zostać tam numerem jeden w zespole” – JB powiedział mi podczas fascynującej rozmowy, której zapis znajdziecie w sierpniowej MotoRmanii.

Bilet w jedną stronę?

Teraz dokładnie to samo robi Crutchlow. W najgorszym razie za dwa lata Brytyjczyk znajdzie się w takiej samej sytuacji, jak Nicky Hayden, którego zastąpi za rok w Ducati. Zbliżając się do trzydziestki, mając za sobą najlepsze lata i dwa sezony bez wyników, po sezonie 2015 Cal może mieć problem z pozostaniem w MotoGP, ale przynajmniej zarobi tyle, że do końca życia nie będzie musiał martwić się o finansową przyszłość dla siebie i swojej rodziny (pod koniec roku Crutchlow planuje ślub ze swoją narzeczoną Lucy).

A może jednak lepiej byłoby, gdyby schował dumę do kieszeni i dogadał się z Yamahą? Gdyby został w Tech 3, w najlepszym razie mógłby wygrać kilka wyścigów, a może nawet zakończyć sezon w pierwszej trójce, ale u boku Lorenzo i Rossiego, marka z Iwaty raczej nie pozwoliłaby Brytyjczykowi na sięgnięcie po tytuł… nie mówiąc już o przeszkodzie pod nazwą Marc Marquez!

A co jeśli…?

Decyzja Cala o przejściu do Ducati, choć z pozoru wydaje się szaleństwem i wyścigowym samobójstwem, może więc okazać się najbardziej rozsądną. Z drugiej strony wszyscy zapominamy o czymś jeszcze: nawet jeżeli Ducati nie odnajdzie drogi i nie zbuduje konkurencyjnego motocykla, w przyszłym roku może okazać się, że Cal po prostu wsiądzie na Desmosedici i najzwyczajniej w świecie dogada się z motocyklem tak, jak robił to kilka lat temu Casey Stoner.

Oczywiście po klęskach, jakie odnieśli chociażby Rossi i Dovizioso, nie mówiąc o Haydenie, Melandrim, Barrosie i kilku innych zawodnikach, dzisiaj sukces Crutchlowa wydaje się mało prawdopodobny, ale z drugiej strony, kto trzy lata temu – po mocno przeciętnym, debiutanckim sezonie Cala w królewskiej klasie – przypuszczałby, że ten wygadany chłopak z Coventry będzie dzisiaj najbardziej rozchwytywanym i jednym z najpopularniejszych zawodników w MotoGP?

Szczerze mówiąc sami jesteśmy szalenie ciekawi, co Crutchlow pokaże na Desmosedici. Chyba nawet bardziej, niż przed dołączeniem do ekipy z Bolonii Andrei Dovizioso, czy samego Valentino Rossiego.

Zanim to jednak nastąpi, mamy nadzieję, że Cal utrze nosa Japończykom i jeszcze w tym roku napije się szampana na szczycie podium… w końcu za chwilę jego domowy wyścig na Silverstone! Póki co trudno powiedzieć, czy większym przegranym po odejściu Crutchlowa do Ducati jest on sam, czy też właśnie Yamaha, która wypuszcza z rąk taki talent… Ale wkrótce się o tym przekonamy!