Dwa motocykle, 8000 kilometrów i 3,5 tygodnia w trasie.

autor: Don Yapko

Wyprawa motocyklowa do Hiszpanii była moim marzeniem od powrotu z wyprawy motocyklowej na Sycylię oraz do Chorwacji, która odbyła się w 2011 r. Po powrocie w maju 2016 r. z wyprawy motocyklowej na Korsykę oraz do Alp zacząłem planować wyprawę do wokół Półwyspu Iberyjskiego oraz kompletować ekipę. Miesiące mijały na planowaniu trasy, korygowaniu trasy i ponownym żmudnym przeliczaniu kilometrów, czasu, miejsc noclegowych oraz przygotowywaniu siebie oraz sprzętu do wyprawy motocyklowej. Moto Spain 2017 została zaplanowana jako 3,5 tygodniowa wyprawa, w trakcie której chcieliśmy przejechać około 8 tyś km.

moto spain 2017 - trasa

Dzień 1 – 27 kwietnia 2017 r.

Zapakowałem na Kucyka (Kawasaki VN 2000) 75-litrową torbę, która odbyła już ze mną parę wypraw i przejechała kilkadziesiąt tysięcy km oraz namiot. W wyprawie wziął udział także Jarek, który jechał na Trampku (Honda Translap 650).

Dzień 2 – 28 kwietnia 2017 r.

Plan na dzisiaj to dojechać do granicy francusko-niemieckiej, w optymalnej wersji nocować we Francji. Cały dzień to było tankowanie, sikanie, jechanie niemieckimi autostradami. Około godziny 17 przekraczamy granicę francusko-niemiecką i dojeżdżamy do alzackiej Miluzy. Przed wyjazdem na wyprawę ustaliliśmy, że we Francji śpimy w hotelach F1, więc przed wjazdem do Miluzy ustawiłem w nawigacji adres hotelu F1. Podjechaliśmy pod hotel, który z zewnątrz był średnio przyjazny, w środku również miał średni wygląd ale na jedną noc oraz w cenie 16 euro od osoby był najlepsza opcją.

Dzień 3 – 29 kwietnia 2017 r.

Pobudka bardzo wcześnie około 6 rano, po godzinie 7 ruszamy w dalszą drogę. Zaczyna się robić coraz cieplej, jesteśmy na południu Francji, jedziemy do Awinionu. Za plecami zostawiamy Alpy, przed nami Prowansja. Jedziemy dalej, zmienia się krajobraz oraz klimat. Wokół Nas widzimy palmy, z pól czuć zapach traw, ziół, jest pięknie. Zbliżamy się do Awinionu, jest sobota, spory ruch autostradzie miejscowych oraz turystów. Zmasakrowani przez upał oraz buchające ciepło od motków parkujemy pod F1, gdzie szybko się meldujemy i idąc brzegiem Rodanu kierujemy się w stronę najstarszej części Awinionu. Przekraczamy średniowieczne bramy i nagle znajdujemy się w innym świecie, takim bardzo high life, do którego średnio pasujemy. Podziwiamy Pałac Papieski, oglądamy legendarny most w Awinionie, kolację zjadamy siedząc na krawężniku, konsumując miejscową francuską chińszczyznę.

Dzień 4 – 30 kwietnia 2017 r.

Dzisiaj planujemy dojechać do Hiszpanii i nocować pod klasztorem Montserrat. Od rana naszej jeździe towarzyszą niesamowite widoki Prowansji oraz Langwedocji. Po lewej stronie widzimy Morze Śródziemne i czujemy jego zapach, po prawej mijamy pola lawendy, winnice ze stojącymi w oddali u szczytu szpaleru drzew chateau. Taka trasa mogłaby trwać godzinami, pełna wolność, zmysły skupione na wchłanianiu otoczenia, motocyklizm w czystej, nieskażonej postaci. Powoli przed nami wyłaniają się Pireneje, widać ich ośnieżone szczyty, robią niesamowite wrażenie oglądane z odległości kilkudziesięciu kilometrów, widać jak prawie stykają się z Morzem Śródziemnym. Lecimy autostradą w stronę Barcelony ale nasz plan na dziś nie jest taki prosty, zjeżdżamy z autostrady i jedziemy francuską N116 nazywana francuską drogą 66, o czym informują rozmieszczone tam tablice.

Dzien 4 -droga do Andory

Piękne krajobrazy oraz winkle tak nas pochłaniają, że po dłuższym czasie stwierdzam konieczność zatankowania motków, niestety do najbliższej stacji benzynowej, która jest przed nami mamy około 100 km, cofamy się na oparach do miejscowości gdzie zjechaliśmy z autostrady. Tankujemy motki na mega obskurnej stacji i ruszamy trasą N116 do Andory. Zanurzamy się w chłodny klimat Pirenejów. Każde góry są inne, inne są również zachwyty. Jest wąsko, bardzo dużo puszek, a nad nami wisi ołowiane niebo, które jest obietnicą deszczu. Wjeżdżamy na szczyty Pirenejów, widzimy ośnieżone szczyty.

sdr

Jesteśmy bardzo blisko Andory, mamy do wyboru trasę przez tunel lub trasę szczytami gór, wybieramy szczyty gór. Motki mozolnie się wspinają po winklach, jest mega zimno, na zboczach gór widać śnieg. Nasze obawy dotyczą tego, że problemem nie będzie deszcz, tylko śnieg, ale jedziemy dalej. Parę kilometrów przed Andorą dopada nas ulewa, która się zmienia w deszcz ze śniegiem. Przed wjazdem do Andory po raz kolejny mamy do wyboru tunel lub jazdę szczytami gór, wybieramy szczyty gór. Powoli zbliżamy się do szczytu, prószy śnieg, gdy wjechałem na szczyt góry to z wrażenia zatrzymałem Kucyka, przed sobą zobaczyłem ścianę padającego śniegu oraz zasypane śniegiem winkle, które ciągnęły się dalej w górę, do kolejnego szczytu. Jarek zatrzymał się obok mnie, szybka decyzja, jedziemy dalej. Motki powoli pokonują kolejne winkle, śnieg nie przestaje sypać, czuje że moja termoaktywna bielizna robi się mokra. Kolejny raz wiem, że dla takich chwil warto żyć. Zjeżdżamy w dolinę, Andora wita nas ścianą deszczu. W strugach deszczu znajdujemy parking, zostawiamy motki i idziemy zwiedzać miasto ubrani w kondomy oraz kaski. Ulewa przybiera na sile, zjeżdżamy na stacje benzynową żeby zatankować tanie paliwo. Andora żegna nas oceanem deszczu. Parę kilometrów po przekroczeniu granicy w Hiszpanii wita nas słońce, myślę jest pięknie, mam nadzieję że taka pogoda będzie do Montserrat. Mówią, że nadzieją jest matką głupich i tak się dzieje. Słonce się kończy, kolejne oberwanie chmury, widać tylko na drodze szare rozmazane kształty, które są samochodami. Deszcz nie przestaje padać, nic nie widzę, czuję że wjeżdżamy na szczyty gór, ponieważ uderzają w nas podmuchy wiatru, które powodują przechył motków. Targani uderzającymi wiatrem, zalewani przez hektolitry wody jedziemy przed siebie. Około godziny 22 dojeżdżamy do hotelu pod Monserrat.

Dzień 5 – 1 maja 2017 r.

Trasa na Monserrat jest bajkowa, przepiękne formacje skalne, budząca się do życia roślinność oraz winkle pozwalają zapomnieć o wczorajszych mokrych dolegliwościach. Zgodnie ze wskazówkami naszego znajomego motocyklisty z Hiszpanii, Fazziego, jedziemy na najwyżej położony parking gdzie parkują motocykliści. Klasztor robi niesamowite wrażenie, swoja architektura, położeniem oraz szacunkiem dla ludzkiej myśli oraz pomysłowości, która zbudowała takie cudo na takiej wysokości. Jedziemy dalej winklami wzdłuż brzegu Morza Śródziemnego i wjeżdżamy do Sitges, które jest jednym z najbardziej popularnych europejskich centrów turystyki gejowskiej. Tradycyjne rozpakowanie motocykli, prysznic i w miasto na kolację. Idąc uliczkami miasteczka mam dziwne skojarzenie z kwestią, którą wygłasza Cheech Marin w filmie „Od zmierzchu do świtu”, parafrazując: widziałem pary gejowskie młode i stare, siwe i łyse, szczupłe i nieszczupłe, ładne i nieładne. Dzisiaj wieczorem będziemy jeść tradycyjne hiszpańskie hinduskie jedzenie. Podchodzi do nas kelner i zachwala hinduską kuchnię, protestuję mówiąc, że to nie jest hinduska kuchnia, a muzułmańska, na co kelner przyznaje rację. Dodaje, że nie jest Hindusem tylko Pakistańczykiem. Przygląda się nam badawczo, chyba ocenia jakimi jesteśmy gejami, odpowiadam na jego niewypowiedziane pytanie, że nie jesteśmy gejami, tylko motocyklistami z Polski. Pakistańczyk uśmiecha się złośliwie i zadaje pytanie, czy przyjechaliśmy na jednym na motocyklu. Przyznaję, że zaorał system. Pijemy sangrię i zajadamy się pakistańską hinduszczyzną. Po kolacji zwiedzamy miasteczko i wracamy do hotelu. Na wszelki wypadek śpię tyłkiem do ściany.

Dzień 6 – 2 maja 2017 r.

dav

Po szybkim śniadaniu ruszamy w dalszą drogę. Dzisiaj mamy w planach zwiedzanie twierdzy templariuszy w miejscowości Miravet położonej nad rzeką Ebro oraz spotkanie z Fazzim, polskim motocyklistą mieszkającym w Hiszpanii. Trasa prowadząca do Miravet jest zachwycająca, jedziemy przez góry Katalonii. Miravet jest bardzo malutkim miasteczkiem, ale jest też niezwykle urokliwie położone na wysokiej skarpie, nad którym góruje twierdza templariuszy. Po paru godzinach ruszamy we trzech w kierunku Walencji. Fazzi prowadzi nas piękną trasą wśród gór. Kilkadziesiąt kilometrów przed Walencją żegnamy Fazziego i ruszamy dalej. Niestety parę kilometrów od Walencji navi oszalała, jej szaleństwo trwało parę godzin. Około godziny 23 przyjeżdżamy do hotelu. Zmęczeni jako konie po westernie kładziemy się spać.

Dzień 7 – 3 maja 2017 r.

Plan na dzisiaj to Granada. Jest gorąco, późnym rankiem ruszamy w dalszą drogę. Jedziemy przez płaskowyż Andaluzji a przed sobą widzimy góry Sierra Nevada. Widoki jak ze wspomnianych wyżej westernów. Puste autostrady, nasze dwa motocykle i uczucie niezwykłej wolności. W drodze do Granady zwiedzamy Murcję oraz Lorcę nazywaną „miastem Słońca”, w której zwiedzamy twierdzę Fortaleza del Sol. Lorca zasłużyła na nazwę miasto Słońca, jest potwornie gorąco. Upał towarzyszy nam do gór Sierra Nevada, Słońce oślepia. Po dwóch godzinach takiej jazdy oczy są niesamowicie zmęczone. Na szczęście wjeżdżamy w góry Betyckie, jest cień oraz chłodno.

Dzień 8 – 4 maja 2017 r.

„Kto nie widział Granady, w ogóle nic nie widział” (Quien no ha visto Granada, no ha visto nada). Zwiedzamy okolice pałacu Alhambra, jest pięknie. Około godziny 14 wsiadamy na motki jedziemy w stronę Morza Śródziemnego. Będziemy szukać noclegu w okolicy Nerja. Jazda z goole maps autostrada A-44 wzdłuż gór Sierra Nevada zapiera dech w piersiach. Cudowne widoki, krzyżujące się wiadukty, połyskująca w dole woda zbiornika Beznar.

Dzień 9 – 5 maja 2017 r.

Dzisiaj mamy ambitny plan odkryć i zdobyć największą atrakcję Nerja czyli koryto rzeki Chillar. Wcześnie rano rozpoczynamy marsz w górę rzeki, ubrani jesteśmy w buty i odzież, która pozwoli nam pokonać kamieniste dno, przejść przez wodospady oraz szybko wyschnąć. Zabieramy ze sobą jedzenie oraz picie, ponieważ koryto rzeki powoli pnie się w górę, gdzie nie ma miejsc, w których można się posilić. Wędrujemy przez Park Sierra de Tejeda, Almijara i Alhama. Mijamy turystów z całego świata, nikt z nich nie wygląda jak turysta idący na Kasprowy Wierch. Każdy jest profesjonalnie przygotowany do marszu w górskiej rzece. Dzielnie maszerujemy w nurcie rzeki, podziwiamy góry, roślinność, pokonujemy głazy, kąpiemy się w naturalnych basenach.

dav

Rzeka Chillar jest wartym odwiedzenia cudem natury. Wieczorem wracamy do Nerja, przeszliśmy około 26 km, podziwiamy jeszcze buty zwieszone na liniach energetycznych, które na pamiątkę zostawili poprzedni zdobywcy Chillar.

Dzień 10 – 6 maja 2017 r.

Jest piękna słoneczna pogoda, ruszamy w góry żeby zwiedzić Ronde, jedno z najpiękniejszych miast Andaluzji, a później skierować motki w stronę Gibraltaru. Jazda do Rondy upływa w miłych okolicznościach przyrody, towarzyszą nam łagodne wzgórza, na których zbudowano nowoczesne wiatraki. Wjeżdżając do Rondy towarzyszy nam upał, parkujemy motki na parkingu podziemnym pod głównym placem miasta. Idziemy zwiedzać Rondę, a w szczególności zobaczyć największe atrakcje czyli mosty. Podziwiamy Puente Nuevo, Puente Romano oraz Puente Viejo. Jedziemy wzdłuż brzegu morza, gdy nagle przed nami wyłania się skała Gibraltaru i dojeżdżamy do granicy hiszpańsko-brytyjskiej. Na parkingu przy minarecie zostawiamy sprzęty i idziemy pod pomnik poświęcony generałowi Władysławowi Sikorskiemu oraz pozostałym ofiarom katastrofy lotniczej w Gibralatarze. W barwach Stowarzyszenia Motocyklowego Filii Patriae oddaje hołd ofiarom katastrofy. Zmierzch powoli ogarnia drogę przed nami, gdy wjeżdżamy na kemping niedaleko Tarify. Rozbijamy namioty i robimy imprezkę z motocyklistami z Chorwacji, Bośni oraz Belgii.

Dzień 11 – 7 maja 2017 r.

Wstajemy wcześnie rano, z ekipą chorwacko-bośniacką robimy pożegnalną słitfocie i lecimy dalej. Zwiedzamy Punta de Tarifa czyli najbardziej na południe wysunięta część lądową Europy. W palącym Słońcu oraz w pustynnym krajobrazie jedziemy do Kadyksu. Zmęczeni oraz zgrzani parkujemy obok portu w Kadyksie. Przejeżdżamy przez most na rzece Gwadiana i wjeżdżamy do Portugalii. Na pierwszej stacji benzynowej smsowo płacimy za jazdę autostradą oraz na fonie znajdujemy bardzo tani nocleg w bardzo drogim ośrodku w portugalskiej Kalifornii, czyli w miejscowości Vilamoura. Dojeżdżając do Vilamoura widać niezwykły kontrast między nią, a pozostałą częścią Portugalii. W portugalskiej Kalifornii jest mega zielono, czysto, wkoło nas rozciągają się pola golfowe, miejscowość jak z folderu reklamowego, wyspa bogactwa i luksusu na morzu ubóstwa.

Dzień 12 – 8 maja 2017 r.

Plan na dzisiaj to jazda wzdłuż Algarve czyli najpiękniejszego wybrzeża Portugalii, następnie odbicie na północ do Lizbony. Sprawdzam stan licznika, od wyjazdu z Polski zrobiłem 5 tysięcy km. Dojeżdżamy do Benagil, gdzie znajdują się niesamowite plaże w jaskiniach, do których dostęp jest tylko od strony morza. Niestety kolejny stateczek zabierający na taką wycieczkę jest za godzinę. Po paru godzinach włóczęgi po Lagos jedziemy na przylądek Ponta da Piedade. Widziałem w życiu parę pięknych miejsc ale Ponta da Piedade jest numerem jeden, jest to jedno z najpiękniejszych miejsc Europy oraz największa atrakcja Portugalii. Przylądek składa się klifów, sięgających do 20 metrów wysokości.

dav

Spędzamy parę godzin na Ponta da Piedade, chciałoby się tutaj zostać dłużej ale Lizbona nas wzywa. Droga do Lizbony prowadzi nas wśród lasów oraz górskich winkli, jazda jest czystą przyjemnością.

Dzień 13/14 – 9/10 maja 2017 r.

Mamy dwa dni wolne od dłuższych tras na motkach. Pierwszego dnia zwiedzamy okolice Lizbony. Jedziemy zobaczyć Boca do Inferno czyli Wrota Piekieł, niesamowita formacja skalna, która przypomina naturalną studnię. Następnie kierujemy się na Cabo da Roca czyli najdalej na zachód wysuniętych przylądek Europy.

dav

Ruszamy do Sintry. Motki mozolnie wspinają się pod górę w deszczu, na szczytach gór widzimy pałace oraz zamki, które przed wiekami należały do Maurów. Wracamy do Lizbony, gdzie przejeżdżamy przez Most 25 kwietnia, który jest bardzo podobny do mostu Golden Gate w San Francisco oraz zwiedzamy Santuário Nacional de Cristo Rei, gdzie znajduje się pomnik Chrystusa, będący mniejszą kopią Chrystusa z Rio de Janeiro.

Dzien 13 - Lizbona most 25 kwietnia

Dzień 15 – 11 maja 2017 r.

Opuszczamy Lizbonę i jedziemy do Porto. Po siedmiu godzinach mega nudnej jazdy po portugalskich zadupiach dojeżdżamy do Porto. Nocujemy w małym pensjonacie, w pokoju który ma w rogu postawiony prysznic, czerwone lampki, w tv kanał z porno, duże łoże małżeńskie oraz kanapę. Wybieram kanapę, nie chcę wiedzieć jakie formy życia są w łożu małżeńskim. Późnym wieczorem zwiedzamy Porto, które ma zasadniczą przewagę nad Lizboną, nie ma pagórków.

Dzień 16 – 12 maja 2017 r.

Dzisiaj dzień wolny w Porto. Rano idziemy na stację metra, zamierzamy na nogach zwiedzać Porto. Metro okazuje się tramwajem, które dzielnie wiezie nas w stronę wybrzeża atlantyckiego. Spacer rozpoczynamy od portu a dokładnie od pomnika poświęconego kobietom czekającym na powrót najbliższych z wypraw morskich. Kierujemy się w stronę Oceanarium oraz fortu São Francisco do Queijo.

Dzien 16 - Porto twierdza

Kierujemy się w górę rzeki Duero, która prowadzi nas do najstarszej części Porto. Przed sobą widzimy potężny most kolejowy spinający brzegi rzeki, którego twórcą jest Gustave Eiffel. Most jest eksploatowany od 1877 r., spacerujemy po wszystkich jego poziomach. Niesamowite dzieło ludzkiego geniuszu. Z najwyższego kolejowego poziomu podziwiamy panoramę starego Porto.

Dzień 17 – 13 maja 2017 r.

Cel na dzisiaj to przylądek Fisterra oraz Santiago de Compostela. Deszcz odpuszcza na granicy portugalsko-hiszpańskiej, mamy słoneczną pogodę. Przy drodze widzimy tablice z napisem „Camino de Santiago”. Ulewny deszcz dopada nas w Santiago de Compostela. Zwiedzamy katedrę i ustalamy, że odpuszczamy przylądek Fisterra zwany przylądkiem Końca Świata, uważany do czasów średniowiecza za najdalej wysunięte miejsce Europy i całego znanego świata. Robi się późno oraz deszcz nie przestaje padać, w Ribadeo znajdujemy nocleg, ruszamy więc na północny atlantycki brzeg Hiszpanii. W trakcie jazdy przez góry spadają na nas hektolitry wody, wiatr rzuca moim 400 kg Kucykiem a widoczność jest ograniczona do paru metrów. Koszmar trwa około 1,5 godziny, deszcz przestaje padać a my rozkoszujemy się widokiem gór oraz oceanu Atlantyckiego. Gdy docieramy do Ribadeo robię podsumowanie, w ciągu 11 godzin przejechaliśmy 420 km.

Dzień 18 – 14 maja 2017 r.

Wita nas piękny słoneczny dzień, jedziemy zobaczyć Playa de las Catedrales czyli plażę Katedr, które są ponad trzydziestometrowymi naturalnymi skalistymi łukami przypominające wnętrza świątyni, wznoszącymi się nad plażą. To było niesamowite rozpoczęcie dnia, który się jeszcze nie skończył. Dzisiaj jedziemy do Bilbao ale po drodze planujemy zobaczyć kolejne atrakcje. po prawie stronie widzimy potężne góry w Parku Narodowym Picos de Europa. Po obiedzie ruszamy do Bilbao, gdzie przejeżdżamy/przepływamy przez Most Biskajski nad rzeką Nervión, który jest największą atrakcją turystyczną Bilbao. Jest to pierwszy na świecie most gondolowy. Naszymi sprzętami jedziemy do Muzeum Guggenheima, gdzie zatrzymujemy się na dłuższy postój.

Dzień 19 – 15 maja 2017 r.

Dzień się rozpoczął pięknie, ale gdy jem śniadanie na dworze zauważam plamę pod motocyklem. Po uważnym obejrzeniu motka okazało się, że kapie płyn chłodniczy. Telefon do ubezpieczyciela w Polsce, obiecują załatwić sprawę. Po około dwóch godzinach przyjeżdża laweta i jedziemy do autoryzowanego serwisu Kawasaki w Bilbao. Dzisiaj był planowany dzień wolny w Bilbao więc awaria motocykla nie wpłynęła na harmonogram wyprawy. Jedziemy zwiedzać San Juan Bautista de Gaztelugatxe w kraju Basków. San Juan Bautista de Gaztelugatxe jest jednym z najbardziej wyjątkowych miejsc na świecie. Na samym szczycie wyspy znajduje się założona przez Templariuszy kaplica Ermita de San Juan, do której prowadzi 237 kamiennych stopni. San Juan Bautista de Gaztelugatxe zagrała twierdzę Smocza Skała w serialu „Gra o tron”.

Dzien 19 - San Juan Bautista de-Gaztelugatxe

Dzień 20 – 16 maja 2017 r.

Dzisiaj rozpoczynamy powrót do Polski, żegnamy Bilbao. Po 13 godzinach w siodle i przejechaniu 832 km dojeżdżamy do hotelu F1 w Limoges w Akwitani. Niestety jest już godzina 23 i hotel jest zamknięty. Rozbijamy więc namioty na trawniku przed hotelem i szybko zasypiamy.

Dzień 21 – 17 maja 2017 r.

Zmęczeni wczorajszym dniem, niewyspani ruszamy w dalszą drogę lokalnymi francuskimi drogami. Dzisiaj planujemy dojechać do Miluzy. Robi się co raz bardziej gorąco, w pewnym momencie oczy się same zamykają. Zatrzymujemy się więc i śpimy w rowie. Trochę wypoczęci ruszamy w dalszą drogę, niestety w samo mega upalne południe w sennym francuskim miasteczku przy szybkości około 30 km/h Jarek zasypia na moto i wjeżdża w ogrodzenie. Motocykl ma m.in. skrzywioną kierownicę. Rozmawiamy o całej sytuacji, o dalszej wyprawie. Uzgadniamy, że jadę dalej sam.

Dzień 22 – 18 maja 2017 r.

Wstaję bardzo wcześnie, prysznic, śniadanie i o godzinie 6 ruszam w drogę do Polski. W okolicach Norymbergi urywa się uchwyt navi, którą mocuję na srebrną taśmę. Jedzie się tak dobrze, że późnym popołudniem jestem 100 km od Wrocławia. Wieczorem, po przejechaniu tego dnia 1000 km, chłopaki uroczyście mnie witają polską flagą, chlebem, solą oraz smalcem. Mam mokro w oczach, piękna chwila, niesamowite jest być przywitanym przez przyjaciół na polskiej ziemi.