Polskie bezdroża są piękne. Tu nic nie ma, a jest wszystko… U progu lata Pacyfka na Małej (Honda CBF250) i Shayba na Mariannie (Honda CB500) przejechali Polskę na ukos i wszystkie góry wzdłuż. Przeczytajcie pierwszą część relacji!

“Wielka to rzecz, być znowu W DRODZE” – Fridtjof Nansen

I my już też bardzo chcemy. Przejść w ten stan bycia-w-drodze. Dlatego mimo, że fajrant późno, jeszcze ze dwie niespodziewane duperele wyskoczyły tuż przed, to o 19:30 jesteśmy spakowani i ruszamy przed siebie. I jesteśmy w podróży. Nie chcemy czekać do rana na to uczucie, że gdy mamy pod sobą motocykl, na baku mapę, a w kuferku śpiwór, to cała Europa należy do nas.

02-Ruszamy-ze-Szczecina-fot-Adasko

Droga krajowa 31 to chyba najgorszy wyjazd ze Szczecina, ciągnie się kilkadziesiąt kilometrów przez suburbia i wioski, ale później wynagradza to z nawiązką: w lasach za Gryfinem szereg cudnych zakrętów i bardzo dobrej nawierzchni. Cudownie się po nich lata.

Gdy wyjeżdżamy z lasów, zza wzgórz wyłania się nagle strzelista wieża kościelna – jedyny prosty i ostry element krajobrazu złożonego z łagodnych pagórków, falistych linii granic pól i krętej drogi. Kusi i przyciąga. I droga doprowadza nas pod nią – na rynek w miasteczku Chojna. Gotycki kościół, ładnie odnowiony ratusz, a w nim urocza restauracja z miłą obsługą i – jak się po chwili przekonujemy – dobrym jedzeniem.

Na licznikach: 60 km.

Rano okazuje się, że pada deszcz. Patrzę na niezawodny regenradar na WetterOnline.de. Otóż największy deszcz w całej tej części Europy pada właśnie tutaj, nad Chojną, o której mało kto słyszał. Ale też regenradar obiecuje, że za godzinę z hakiem przestanie padać, więc powoli pakujemy się, żegnamy z kotami pensjonatowymi, jemy brunch. Niemieckie meteo działa ze szwajcarską precyzją. Deszcz ustaje, a my ruszamy dalej drogą 31.

06-Woodstock-fot-Pacyfka

Którędy na Woodstock?

Dojeżdżamy do Kostrzyna i szukamy Woodstockowego Pola. Ciekawe, czy coś tam się już dzieje? Do festiwalu ponad miesiąc. Skręcamy na znajomym rondzie, za lasem na znaku drogowym bazgroły – aa, spray, to pewnie niedaleko, myślę sobie. Droga się wije, ale gdzie to pole – rozglądam się, skręcam, mijamy park przemysłowy i nic. Co jest? Shayba podjeżdża i mówi – przejechaliśmy już cały Woodstock! – Jak to? – Wracamy do zamalowanego znaku, zatrzymujemy się i dopiero teraz widzę. Tu na tym wzgórzu, gdzie teraz trawa po pas, zawsze rozbijamy namiot; w tych chaszczach zazwyczaj stoi Duża Scena, a teraz tu same świerszcze grają i ptaki śpiewają. Zupełnie nie poznałam tego miejsca. Jest takie jakby – mniejsze.

07-Woodstockowe-pole-tu-stoja-namioty

Ale Kostrzyn nad Odrą, teraz zwyczajne miasteczko, bez stad punkowców i hipisów, mimo to pełen jest pozytywnej energii, którą czujemy tankując na Shellu. Podjeżdża auto i wysiada z niego całkiem bosa dziewczyna z tatuażem na plecach i tak sobie chodzi po stacji, bez butów.

Dobrzy ludzie

Plątanina dróg wojewódzkich: 139, 134, 288, 295. Jedzie się cudownie w migocie polnych kwiatów. Słońce świeci, ale nie za mocno. Asfalt dobry, ruch niemal zerowy. Jak pola, to widoki przestrzenne, jak lasy, to też fajnie. W jakiejś wiosce Shayba zapatrzył się na widoki obok drogi, a właśnie wtedy audica przed nami zheblowała gwałtownie, bez kierunkowskazu, skręcając na swoje podwórko. Nie jechaliśmy szybko, tyle co on, jakieś 50/h – ja odhamowałam, słysząc za sobą okropny pisk, w lusterku widzę przód przewracającej się Marianki. Ale człowiekowi nic nie jest, motocyklowi też – gmole zrobiły swoją robotę. Odjeżdżamy stamtąd paręset metrów, by w spokoju i bez komentarzy właściciela auta i jego sąsiadów sprawdzić czy wszystko jest ok. Podchodzi do nas po chwili jeden z nich i pyta, czy coś nie pomóc, czy nie przynieść narzędzi. Super. „Ludzi dobrej woli jest więcej”, jak śpiewał Czesław Niemen.

In the middle of nowhere

Jest dobrze – skończyło się na zadrapaniu na gmolu i na nodze. Wioska Urad, dojeżdżamy do DK 12. Droga krajowa od przejścia granicznego, ale na szczęście ruch jest mały. Lubię ten odcinek dwunastki, z podjazdami i zjazdami ze wzgórz, z aleją wielkich drzew po obu stronach drogi.

Duży Shell po prawej. Parkujemy w skrawku cienia tuż przy wielkich, lustrzanych witrynach frontu stacji. Wychodzę z budynku z dwoma smoothiesami i dwoma batonikami musli. Jemy je sobie niespiesznie, patrząc jak szosą śmigają auta, suną wielkie ciężarówki.

Krosno Odrzańskie tym razem nawet bez korków. Wielki most, potem rynek pod barokowymi wieżami. Mijamy Novigrad Bobrzański. Po kilkudziesięciu kilometrach zatrzymujemy się na Orlenie – in the middle of nowhere. Wielka stacja, chociaż wokół nic nie ma. Na skraju obszernego parkingu stoi kilka tirów. Wielkie niebo nad nami. Kitramy się odpocząć w cieniu za zamkniętym grill barem. W szczelinie między deskami gra niesamowicie głośno jakiś wielki, czarnożółty, futrzasty owad. Cudowny spokój kompletnego zadupia. Nikt nic od nas nie chce, nie dzwonią telefony, nie pikają mesendżery. Możemy zostać, możemy jechać. Nigdzie nie musimy zdążyć. Nic nas nie goni i my nie gonimy niczego. Genialny stan ducha.

13-In-the-middle-of-nowhere-fot-Pacyfka

Nasza droga przejeżdża nad węzłami dwóch autostrad, dwunastki i czwórki. Plątanina nitek wjazdowych i zjazdowych. Uwielbiam ten widok. Wjeżdżamy do miasteczka Bolesławiec – tego od słynnej ceramiki. Fabryka na samym wjeździe, nad bramą dzbanki chyba dwumetrowej wielkości. Uroczy rynek, kute bramy i szyldy kamieniczek, fontanny, kwiatki, społeczność gromadzi się tu by spędzić miło wieczór, co jest nie tak częste w miastach tej wielkości. Działająca od XI wieku (tysiąc lat!!!!!) restauracja „Pod Złotym Aniołem”; jadali w niej królowie, a także sam Napoleon. W progu dziewczyna ubrana w etosie kelnerskim, w jej włosach zaplątane całe płomienne bogactwo zachodzącego słońca, twarz prześliczna, a w oczach czyste dobro. To jest ten „Złoty Anioł”…

14-Sliczne-miasto-Boleslawiec-fot-Pacyfka

Zostalibyśmy tu na noc, bo słońce nisko, miasto piękne, a wokół dobrzy ludzie. Ale we Wrocku czekają stęsknieni przyjaciele. Więc siodłamy koniki i ruszamy DK 94 na wschód. Piękna trasa, nad zachodnim horyzontem cudowne kolory. Autostrada A4. Po jakimś czasie jest już całkiem ciemno i węzeł obwodnicy witamy z radością. Nasza meta na Psim Polu, więc objeżdżamy całe miasto. A8 – most na Odrze niczym harfa dla giganta – stalowe liny, podświetlone na tle aksamitnoczarnego nieba, przejazd pomiędzy dwoma wachlarzami tych strun światła to przeżycie podobne do przechodzenia z przestrzeni w nadprzestrzeń. Zjeżdżamy na węźle Wrocław Północ do naszego Rivendell, ostatniego przyjaznego domu na trasie.

Na dziennym liczniku: 365 km

Czasem szuka się niczego, ale niczego nie ma

Robert Pirsig pisał: „Najlepsze drogi zawsze łączą nic z niczym i biegną wzdłuż innej, która doprowadzi cię tam szybciej”. Próbujemy po raz kolejny znaleźć taką drogę między Wrocławiem a Krakowem. Ale tam nie ma niczego i niczego – tam wszędzie jest coś. Peryferia, albo miasteczka, albo wioski, które ciągną się jak kura smarki. Na nielicznych i krótkich między nimi odcinkach niezabudowanego emeryt w dwudziestoletniej skodzie wyprzedza z prędkością 65 km/h innego emeryta w ładzie, jadącego 63 km/h. Na zakręcie, podczas gdy z przeciwka jedzie ciężarówka. W Oławie skręcamy i zatrzymujemy się, wpatruję się po raz kolejny w mapę próbując z niej wydobyć jakąś alternatywę dla DK 94. Po drugiej stronie zatrzymuje się srebrne auto na katowickich numerach. Kierowca wychyla się przez okno i pyta: „Which way to Kathoveetzeh, left or right?” Ma dredy i cały jest czarniutki. „Turn right and follow signs reading ‚A4′, it’s a highway”.

W Brzegu się poddajemy. Jak jest alternatywa: męczyć się na podrzędnej krajówce, albo na autostradzie, to ten drugi wariant będzie przynajmniej trwał krócej. Skręcamy na A4. 250tka to nie jest sprzęt do jeżdżenia po takiej drodze, zwłaszcza jak jest wiatr. A matołów i tu nie brakuje, jak kierowca Polskiego Busa, który zjeżdża na mój pas zanim mnie wyprzedził.

17-Ruszamy-z-Wrocka-fot-Mis

Na Stacji Obsługi Podróżnych Góra Św. Anny zatrzymujemy się odpocząć. Na parking koło nas zajeżdża srebrne auto z czarnoskórym kierowcą. Super, znalazł drogę na Katowice :-)

Im bliżej Krakowa tym fajniejsze widoki. W okolicach węzła o krasnoludzkiej nazwie Balin dogania nas dwóch chopperzystów na ukraińskich blachach. Dołączają się do nas i lecimy sobie w cztery maszyny. Oni też zjeżdżają na Balicach, ale na węźle Modlniczka biorą zjazd na centrum. Machamy do siebie dziękując za wspólną jazdę. Nie wiemy jak wyglądają ich twarze ani jak mają na imię.

Na dziennym liczniku: 265km

Sezon burz

Wyjechać z Krakowa, przebijając się przez korki, remonty i objazdy w nieludzkim upale. Kierunek Tarnów. Na horyzoncie burzowe kłęby, w których czasami się błyska. Jak się później okazało, ten dzień to było apogeum burz na Podkarpaciu. Krajowa 94/73 zaczyna się coraz bardziej wić, wznosić i opadać. Przed Pilznem zatrzymujemy się na parkingu przed przydrożnym barem. Taki tu spokój.  Stąd po raz pierwszy widzimy Góry. A właściwie ich zarysy w przerwach między mokrymi, burymi chmurzyskami, które oblepiły pasma zalesionych wzniesień. Na najwyższych z chmur wisi wielobarwny, podwójny łuk tęczy.

W deszcz wjeżdżamy już 30 km dalej, za Brzostkiem. Niezrażeni jedziemy dalej, ale wkrótce grzęźniemy w sznurze aut, sunących wolno za nieradzącą sobie na podjazdach ciężarówką. Ulewa się nasila; w końcu, widząc przydrożny Orlen, zjeżdżamy pod daszek. Mokre motodżinsy przebieram na spodnie z membraną, bez żenady na krawężniku na brzegu parkingu. Kolesiom z auta, które właśnie odjeżdża spod dystrybutora, prawie się szyje pourywały. Wielka mi sensacja, motocyklistka zmienia portki. Jako że się przebrałam na wodoszczelne ciuchy, to deszcz od razu przestał padać. Zawsze tak jest :-)

19-pod-Krakowem-fot-Pacyfka

Czy w Zimnej Wodzie staje?

Ruszamy; na asfalcie kałuże i połamane gałęzie – chwilę temu musiało to nieźle lać i pizgać. Wypatrujemy cały czas chmur, zwłaszcza tych z szarymi włosami deszczu – czy nie lecą na nas, albo my na nie, ale jakoś ciągle udaje nam się być na skraju deszczu, czy to z prawej, czy z lewej strony. Krajowa 73 na obrzeżach Jasła kończy się; skręcamy na wschód na drogę 28, kierunek Przemyśl i przejście graniczne Medyka. W tym momencie ta chmura, co była po naszej lewej, jest na wprost i coraz bliższa. Krople na wizjerze większe i gęstsze. Na poboczu moknie duży chopper, a jego kierowca i pasażer machają nam spod budki PKSu. To chyba nie jest zły pomysł. Mijamy tablicę z nazwą wsi „Zimna Woda”. Słyszałam taką anegdotkę: na dworcu PKS w Jaśle mieszkanka okolic wiejskich pyta kierowcę autobusu jadącego do Krosna: „Panie, a w Zimnej Wodzie staje?” – on na to: „Chyba kaczorowi”. :-) Widać już zimnowodzkie przystanki PKS – przy tym bliższym, po lewej stronie stoi granatowa Fazerka. :-) Zatrzymujemy się przy budce po prawej i chowamy pod daszek. Machamy sobie z udupionym tu jak i my kierowcą Fazerki. Po kwadransie krople rzedną. Czarny chopper mija nas, dosiadający go znów nas pozdrawiają.

22-Nie-tylko-nas-dopadla-burza-fot-Pacyfka

Za Krosnem niebo nad horyzontem za nami przeciera się, zachodzące słońce świeci nam w lusterka i nadaje polom i domkom bajkowe barwy. Na wjeździe do Sanoka tablica zaprasza do hotelu „Pod Trzema Różami”. Ulica pnie się pod górę; w najwyższym punkcie, przed stromym zjazdem, znajdujemy ten uroczy i zaciszny przystanek. Jest dobra energia i jest wolny pokój, i spokojny parking. Maszyny odpoczywają, a my idziemy na rynek – dosłownie kilkadziesiąt kroków od hotelu zaczyna się deptak, który nas do niego prowadzi. Śliczne kamieniczki, wieża kościoła Franciszkanów, fontanna podświetlona na kolorowo, blask pięciokątnych latarń. Karczma z karpackim, lokalnym jadłem, wymyślonym przez zamieszkujących te ziemie Łemków, Hucułów, Bojków i Rusinów. To niesamowite, ile różnych kombinacji potraw można zrobić mając do dyspozycji jedynie mąkę, kapustę i cebulę. Jemy zupę łewesz, łazanki i smażone placki fuczki.

Na dziennym liczniku: 226km. Od wyjazdu z domu 1050 km.

W Góry, po skarb! (Księżniczkę już mam)

Królewskie Wolne Miasto Sanok to niezwykłe miejsce. Położone na wzgórzach, od siedmiu stuleci wznosi się  nad okolicą jak wyspa, w którą uderzają z każdej strony fale kilku mórz. Te fale wyrzucają na brzegi przyniesione nieraz z bardzo odległych krain muszle, perły i inne skarby, ale i bywa że niszczą. Mieszają się kultury i plemiona; historie pasterzy, i rodów królewskich; wielcy dawnych wieków i geniusze współczesności. To te ziemie są rajem utraconym Łemków, którzy po wojnie zostali wygnani stąd przez władze; to tu ślub brał Jagiełło (ruiny kościoła są do dziś) i mieszkała królowa Zofia; tutaj była jedna z najstarszych na świecie rafineria nafty; to tu urodzili się i tworzyli Zdzisław i Tomasz Beksińscy. Obrazy Zdzisława Beksińskiego, największego malarza mojego świata, oglądane na żywo w tutejszym muzeum, powalają totalnie, nawet jeśli zna się je z albumów – na żywo robią zupełnie inne wrażenie. To okna do innej rzeczywistości. Bardzo innej.

25-Z-Sanoka-widac-juz-Gory-fot-Shayba

W uliczce prowadzącej na rynek jest brama, za którą opada zalesiony stok wzgórza, a po nim wiją się schody obrzeżone kamienną balustradą. Pomiędzy liśćmi widać stąd przestrzenną Dolinę Sanu i za nią pasma gór. I to w ich stronę ruszamy. Jest wczesne popołudnie i spory upał. Czuję się trochę jak hobbit, rycerz czy inny wędrowiec, który wierzchem, samowtór, wyrusza z grodu na wzgórzu położonego, ostatniego na szlaku, by za siedmioma górami i siedmioma lasami znaleźć skarb.  Tak właśnie jest – przejechawszy tysiąc kilometrów od domu opuszczamy właśnie ostatnie miasto na naszej drodze do Końca Polski i zagłębiamy się w Góry. Odwracam stronę w atlasie drogowym, otwierając go na ostatnim arkuszu, i wkładam pod plastik mapnika na tankbagu. Ulica stromo i długo opada, aż nad San; podążamy drogą 84, a w Uhercach Mineralnych skręcamy na 895. Szosa niesamowicie się zwija, cały czas się wznosząc; mijamy zapitoloną wczasowiczami zaporę Solina, między drzewami migają widoki na zalew i pływające po nim żaglówki. Wbrew obawom ruch jest niewielki, a za Soliną niemalże zerowy. Zakrętów coraz więcej i coraz fajniejsze, jakby wstążka drogi była wstążką we włosach tytanicznej tancerki, która właśnie potrząsa głową. Prawo, lewo, prawo, lewo, góra, dół, góra, dół. Lasy, coraz więcej lasów, coraz mniej domów, aż kończą się kompletnie. Dookoła grzbiety wzgórz, pasma polan i coraz bardziej przestrzenne widoki. Z jednej strony trzeba patrzeć na drogę, obserwować nawierzchnię, uważać na pobocza, czy spomiędzy drzew nie wyjdą dzicy mieszkańcy tych lasów (nie orki; sarny :-), a oczy, nasze oczy ludzi z miasta, wiecznie zamkniętych w kanionach ulic, ciągle by chciały chłonąć tę przestrzeń, to ogromne niebo, te tysiące odcieni koloru zielonego, tę łagodność linii, miękkość i kędzierzawość powierzchni, jakże różną od konkretnego, płaskiego i kanciastegeo betonu, wśród którego żyjemy na co dzień.

We wsi Czarna Górna, przy drodze karczma i zajazd. Stajemy na popas. Piszę w zeszycie podróżnym: „Pyszne jedzenie, pierożki obsmażane, zupa cebulowa z grzankami, kawa mrożona z prawdziwą bitą śmietaną. Jesteśmy szczęśliwi”.

Porcje były od serca, nie zmieściliśmy wszystkiego, więc dostaliśmy litrowy słoik po ogórkach by spakować sobie jadło na później. Droga wojewódzka 896 na południe. Zakręty pośród wysokich drzew, momentami pomiędzy nimi otwiera się na chwilę perspektywa na najwyższe szczyty w tej okolicy, w stronę których zmierzamy. Dogania nas auto Błękitnych Aniołów i przez chwilę jedzie za nami. Niby nie mamy nic na sumieniu, ale jednak zawsze lepiej jak nikt nie patrzy na plecy, więc rozglądam się gdzie by tu na chwilę zjechać. Mówisz i masz – w tym momencie znak, punkt widokowy za 500m. Skręt wyprowadza nas w górę, na niewielki parking. Nagle widzimy je jak na tacy w całej okazałości: Bieszczady. Magiczne i dzikie siedlisko biesów i czadów. Cichy, łagodny majestat Połonin, których kolejne pasma jawią się naszym oczom coraz mniej szmaragdowe, bardziej seledynowo-błękitne, im bliższe horyzontu. Ciemnozielone kudły bukowin na stokach i krótka, trawiastozielona sierść odsłoniętych grzebietów. Spomiędzy nich gdzieniegdzie wystają kryte brunatnym gontem wieże kościelne czy cerkiewne. Pośrodku charakterystyczny profil Tarnicy, najwyższego szczytu tych gór.

28-Chopperzysci-z-Krosna-fot-Shayba

Kiedy robimy zdjęcia, na parking wjeżdżają dwa ogromne cruisery z równie majestatycznymi jeźdźcami i przytulonymi do nich pasażerkami. Witamy się, podziwiamy: my – ich wypieszczone maszyny, oni – dystans, jaki przejechaliśmy. „Bo my jesteśmy stąd, z Krosna”. Aż jestem wdzięczna policji, bo gdyby nie oni to może przeoczylibyśmy to miejsce i nie spotkalibyśmy tych ludzi.

This is the end, my only friend, the end.

I dalej, nawijać asfalt na koła. Ruchu tu prawie nie ma. Jesteśmy coraz wyżej, coraz bliżej Tarnicy i topograficznego Końca Polski. Wbijamy się w ten czubek, który widać w prawym dolnym rogu mapy naszego kraju, na styku granic z Ukrainą i Słowacją. W Ustrzykach Górnych, ostatniej wsi na trasie, skręcamy na południowy wschód. Mijamy sklep o trafnej nazwie „ostatni sklep na szlaku”. Wołosate. Najdalsze miejsce w Polsce, gdzie można dojechać asfaltem. (mając enduro lub terenówkę, oraz pozwolenie parku narodowego, można by wjechać jeszcze półtora km dalej, na przełęcz Bukowską położoną na granicy). Stąd wyżej można pójść już tylko na nogach. Turyści w butach za kostkę i z wielkimi plecakami schodzą ze szlaku. Prosto nad nami bliska, zielona Tarnica (1346m n.p.m.). Wilgoć w oczach ze wzruszenia: te wszystkie połoniny, szczyty i szlaki dookoła złaziłam po wielokroć z mandżurem na garbie, jak byłam nastolatką.

I ta cisza. Mimo że są tu ludzie, ale jacyś inni. Patrzą na świat, nie na ekrany smartfonów. Słuchają, ale nie przez słuchawki. Dziewczyna z plecakiem pochodzi do nas, bo wzięła mnie z daleka za swoją koleżankę. Rozmawiamy o motocyklach, proponuje, że zrobi nam fotki razem naszym Nikonem. Po płocie z brunatnych bali chodzi czarno-biały kot, leniwie się przeciągając.

30-Wolosate-w-tle-Tarnica-fot-Shayba

To jest koniec, dead end, najdalsze miejsce od domu. Stąd można tylko zawrócić. Zawracamy więc znów do Ustrzyk. Mamy teraz przed sobą wspaniałe widoki na Połoninę Caryńską i Wetlińską i to w ich kierunku skręcamy w Ustrzykach, DW 897. Ruchu zero. Szosa wznosi się i coraz bardziej wije, aż tuż przed przełęczą wpada w jakiś paroksyzm przeobłędnych zakrętów, które coraz ciaśniejsze, i nie o 180 stopni, ale więcej; szosa ma kształt nie zyzgaka, ale falbanki.  Jesteśmy wyżej i wyżej – fizycznie i duchowo. Shayba na CB500 przyciera podnóżkami w winklach. Przełęcz Wyżniańska 855m n.p.m. Żwirowato-kamienisty parking, kompletnie pusty. Jest wieczór i turyści zeszli już z gór. Ogromne, bliskie niebo, pasma górskie owijają się błękitną szarością nadchodzącego zmierzchu. Złocisty blask zachodzącego słóńca wplątuje się nam we włosy. Widoki na połoninę Wetlińską, już bardzo bliską. U jej podnóża będziemy szukać noclegu.

Szosa zjeżdża teraz gwałtownie w dół – zakręt za zakrętem, fantastyczna serpentyna zdaje się nie mieć końca. Na krótkim odcinku nieco ponad kilometra wytracamy 150 m deniwelacji. Na dole jest skrzyżowanie. Berehy Górne. Przed wojną i zaraz po niej mieszkało tu prawie tysiąc ludzi, grekokatolików, katolików i starozakonnych. Dziś jest tylko parking, sklep i jedno gospodarstwo. Ale nie myślę o tych smutnych rzeczach zbyt długo, bo przed nami kolejne spiętrzenie fantastycznych zakrętów. Kolejna przełęcz, Wyżnia, 872m. Najwyższy punkt tego dnia. By się do niej dostać przejeżdżamy kolejną niewiarygodną serpentynę. Na górze parking, cudowny widok na szczyty, które już minęliśmy.

32-Wolosate-najdalszy-koniec-Polski

Zniżka dla motocyklistów

Ruszamy, by przed zmrokiem znaleźć nocleg. Kilka kilometrów dalej, na wjeździe do Wetliny, Shayba wypatrzył napis: „zniżka dla motocyklistów”. Zajeżdżamy na kamienisty podjazd. „Wiklinowa Zatoka”. To co nas tu przyciąga to jednak nie zniżka, ale dobra energia. Za chwilę znajdujemy jej źródło, panią Ewę, która opiekuje się tym miejscem. „Jest wolny pokój?” Po zamelinowaniu się na poddaszu drewnianego domku schodzimy na werandę posiedzieć i pogadać, z gospodynią i inną nocującą tu parą (on jest motocyklistą i fotoreporterem, jak my). Pani Ewa opowiada o życiu Wetliny, remontach domków, organizacji wesel, przyjazdach podróżnych. Najwyraźniej uwielbia pracować i jeśli nie ma zajęcia, to zaraz je sobie znajdzie, i zrobi dobrze, bo jak człowiek robi coś z sercem, to robi to dobrze.

Miejsca zamieszkane przez ludzi mają w sobie dokładnie taką energię, jak owi ludzie.

CIĄG DALSZY NASTĄPI…
Niebawem na stronach MotoRmanii opublikujemy
kolejne części z podróży polskimi bezdrożami.

41-Wiklinowa-Zatoka-Holenderskie-dziewczyny